„Na stoku pod Nosalem pozbyłam się złudzeń o moim małżeństwie. Pomógł mi w tym instruktor narciarski mojego syna”
„Nade mną stał mężczyzna w czerwono-czarnym stroju instruktora. Miał może trzydzieści pięć lat, kilkudniowy zarost i oczy w kolorze, który trudno zdefiniować – coś między szarością nieba a zielenią świerków”.

To miał być tydzień, który uratuje naszą rodzinę. Zapłaciłam fortunę za hotel z widokiem na Giewont, spakowałam najdroższe kombinezony i łudziłam się, że górskie powietrze przewietrzy duszną atmosferę między mną a moim mężem.
Potrzebowaliśmy oddechu
Pamiętam ten moment, kiedy mijaliśmy tabliczkę z napisem „Zakopane”. Powinnam czuć ekscytację. W końcu to były nasze pierwsze wspólne ferie od dwóch lat. Zamiast tego czułam ucisk w żołądku, ten sam, który towarzyszył mi od miesięcy. Mój mąż, Piotr, prowadził swojego suva z zaciętą miną, a w uchu miał słuchawkę Bluetooth, która zdawała się być do niego przyrośnięta chirurgicznie.
– Tak, rozumiem, wyślij mi to na maila, spojrzę wieczorem – rzucił w przestrzeń, ignorując fakt, że nasz syn, Leon, właśnie krzyczał z tylnego siedzenia, pokazując ośnieżone szczyty.
– Piotrek, jesteśmy na urlopie – szepnęłam, starając się nie brzmieć jak zrzędliwa żona, którą tak bardzo bałam się stać.
– Marta, proszę cię. To ważny kontrakt. Wiesz, że to wszystko – machnął ręką, wskazując na skórzaną tapicerkę i krajobraz za oknem – kosztuje.
Zamilkłam. To był nasz standardowy scenariusz. On zarabiał pieniądze, ja zarządzałam naszą „idealną” codziennością. Byłam menadżerką domu, matką, organizatorką czasu wolnego i reprezentacyjną żoną. W środku czułam się jednak jak wydmuszka. Pusta, krucha i samotna.
Nie miał czasu
Dojechaliśmy do hotelu. Był luksusowy, dokładnie taki, jaki Piotr lubił pokazywać na Instagramie. Drewno, kamień, kominek w lobby wielkości małego mieszkania. Kiedy on meldował nas w recepcji, flirtując nawykowo z młodą recepcjonistką (to był jego sposób bycia, „niewinny urok”, jak mawiał), ja zajmowałam się bagażami i Leonem, który był już zmęczony podróżą.
Następnego ranka staliśmy pod stokiem Nosala. Było mroźno, powietrze pachniało spalinami i oscypkami – specyficzna mieszanka Zakopanego. Piotr oczywiście został w hotelu. „Musi nadgonić maile z rana, dołączy do nas na lunch”. Wiedziałam, że nie dołączy. Leon marudził. Buty narciarskie go uwierały, kask był za ciasny, a rękawiczki „gryzły”. Czułam, jak narasta we mnie frustracja. Szarpałam się z zapięciem jego nart, spocona mimo minusowej temperatury, kiedy nagle poczułam na ramieniu czyjąś dłoń.
– Spokojnie, mamo. Ja to przejmę.
Podniosłam wzrok. Nade mną stał mężczyzna w czerwono-czarnym stroju instruktora. Nie był to typowy „góral z reklamy piwa”. Miał może trzydzieści pięć lat, kilkudniowy zarost i oczy w kolorze, który trudno zdefiniować – coś między szarością nieba a zielenią świerków. Na plakietce miał napisane: „Michał”.
Byłam zachwycona
– Przepraszam, myślałam, że damy radę sami – wydukałam, czując, jak rumieniec wstydu i czegoś jeszcze wypływa mi na policzki.
– Narty to stresujący sport, zwłaszcza dla rodziców – uśmiechnął się. To nie był uśmiech służbowy. Był ciepły, bezpośredni. Kucnął przy Leonie i w trzy sekundy zapiął to, z czym ja walczyłam od pięciu minut. – Cześć, młody. Jestem Michał. Zrobimy z ciebie mistrza, co?
Leon, który zazwyczaj był nieśmiały wobec obcych, natychmiast się rozpromienił. Michał miał ten dar – naturalną charyzmę, która sprawiała, że ludzie chcieli przebywać w jego pobliżu. Przez następną godzinę stałam na dole stoku, obserwując, jak Michał uczy mojego syna. Widziałam jego cierpliwość. Widziałam, jak przybija z Leonem piątki, jak podnosi go, gdy ten upadał. I widziałam coś jeszcze. Co jakiś czas Michał zerkał w dół, w moją stronę. Nie był to wzrok kontrolny. To było spojrzenie, które mówiło: "Wiem, że tam jesteś. I cieszę się z tego". Po lekcji Michał odprowadził Leona do mnie. Mój syn był zachwycony.
– Mamo, widziałaś?! Zjechałem pługiem! Pan Michał powiedział, że mam talent!
– Masz świetnego syna – powiedział Michał, zsuwając gogle na czoło. Jego włosy były lekko potargane, a na twarzy malowało się zmęczenie zmieszane z satysfakcją. – Ale mama wygląda na taką, która potrzebuje gorącej czekolady. Albo grzańca.
Zgodziłam się
Zabrzmiało to tak naturalnie. Powinnam odmówić. Powinnam powiedzieć: „Mąż na nas czeka”, ale Piotr nie dzwonił. Ostatnią wiadomość wysłał dwie godziny temu: „Przedłuża się, zjedzcie coś sami”.
– Grzaniec brzmi jak ratunek – odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Siedzieliśmy w drewnianej karczmie przy stoku. Leon pałaszował frytki, a my rozmawialiśmy. I to nie była rozmowa o pogodzie czy warunkach na stoku. Michał pytał o mnie. O to, co robię, co lubię, dlaczego mam w oczach taki smutek, mimo że uśmiecham się szeroko.
– Jesteś tu z mężem, prawda? – zapytał wprost, patrząc mi głęboko w oczy.
– Tak. Pracuje w hotelu.
– Ważny człowiek – skwitował, nie ukrywając ironii. – Wiesz, widzę tu takich mnóstwo. Przywożą rodziny, kupują najdroższy sprzęt, a potem siedzą z nosem w laptopie w lobby. Nie rozumiem tego. Jak można mieć taki skarb – wskazał głową na Leona, a potem przeniósł wzrok na mnie – i go nie pilnować?
Moje serce uderzyło mocniej. To było przekroczenie granicy, ale paradoksalnie, właśnie tego potrzebowałam. Kogoś, kto nazwie rzeczy po imieniu. Kogoś, kto zauważy, że jestem „skarbem”, a nie tylko elementem inwentarza.
Zauroczył mnie
– Może po prostu ufa, że nic złego się nie stanie – odpowiedziałam cicho, bawiąc się brzegiem kubka.
Michał pochylił się lekko nad stolikiem. Jego kolano musnęło moje pod stołem. Nie cofnął go. Ja też nie.
– Zaufanie to jedno. Obojętność to drugie. Nie pomyl ich, Marto.
To był moment, w którym zrozumiałam, że to nie jest już tylko flirt. To była gra, w którą właśnie weszłam, stawiając na szali wszystko.
Wieczór w hotelu był koszmarem. Piotr był obecny ciałem, ale nie duchem. Podczas kolacji ciągle sprawdzał telefon pod stołem. Kiedy zapytałam, jak minął mu dzień, rzucił zdawkowe: „dużo problemów z wdrożeniem systemu”.
Gdy Leon zasnął, Piotr wyszedł na balkon „zapalić”, choć rzucił palenie trzy lata temu. Stałam za firanką i patrzyłam na jego plecy. Nie rozmawiał przez telefon. Po prostu stał i gapił się w ciemność. Czułam, że coś jest nie tak. Intuicja żony, która przez lata nauczyła się czytać z mowy ciała swojego męża, biła na alarm, ale nie chodziło o inną kobietę. To było coś innego.
Myślałam o nim
Wtedy zadzwonił mój telefon. Nieznany numer.
– Leon zostawił rękawiczkę w mojej kanciapie – głos Michała był niski, chropowaty. – Będę w okolicy twojego hotelu za pół godziny. Mogę podrzucić.
– Zejdę do lobby – odpowiedziałam natychmiast.
Piotrowi powiedziałam, że idę do SPA na szybki zabieg, który rzekomo zarezerwowałam rano. Nawet nie podniósł wzroku znad tabletu.
– Jasne, baw się dobrze.
Spotkaliśmy się nie w lobby, ale na parkingu podziemnym. Michał oparł się o maskę swojego starego Jeepa. W kontraście do lśniących limuzyn gości hotelowych, jego samochód wyglądał jak bestia. Podał mi małą, niebieską rękawiczkę Leona.
– Dzięki. Jesteś niesamowity, że ci się chciało – powiedziałam, ściskając wełniany materiał.
– Nie chciało mi się – odparł szczerze. – Szukałem pretekstu.
Zamarłam. W podziemnym garażu było zimno, ale mnie ogarnęła fala gorąca.
– Michał, ja jestem mężatką.
– Wiem. I widzę, jak bardzo jesteś z tego powodu nieszczęśliwa.
To był moment
Zrobił krok w moją stronę. Nie był nachalny, po prostu zniwelował dystans. Czułam zapach jego wody kolońskiej, wiatru i tytoniu.
– Nie zapraszam cię do siebie, bo szanuję twojego syna – powiedział cicho. – Ale jeśli myślisz, że to, co się dzieje między nami, to tylko twoja wyobraźnia… to się mylisz.
Dotknął mojego policzka. Jego dłoń była szorstka, męska. Prąd, który przeszedł przez moje ciało, był silniejszy niż cokolwiek, co czułam z Piotrem przez ostatnie pięć lat.
– Co my robimy? – szepnęłam.
– Żyjemy, Marto. Przez chwilę po prostu żyjemy.
Pocałował mnie. To nie był delikatny, filmowy pocałunek. Był głodny, wymagający, pełen pasji i frustracji. Przycisnął mnie do zimnej karoserii Jeepa. W tamtym momencie nie istniał Piotr, nie istniał kredyt we frankach, nie istniały konwenanse. Istniał tylko on i ten obezwładniający głód dotyku. Odsunęliśmy się od siebie, gdy usłyszeliśmy dźwięk otwieranej windy.
– Jutro lekcja o 10? – zapytał, ciężko oddychając.
– Tak – odpowiedziałam, drżącym głosem. – O 10.
Wszystko się wydało
Wróciłam do pokoju roztrzęsiona. Czułam się winna, brudna, ale jednocześnie… ożywiona. Weszłam cicho, myśląc, że Piotr śpi, ale światło w łazience było zapalone, a drzwi uchylone.
– …nie mogę teraz tego spłacić, rozumiesz? – Głos Piotra był syczący, pełen paniki. – Wiem, ile jestem winien. Ona o niczym nie wie. Myśli, że firma prosperuje. Jeśli się dowie, odejdzie i zabierze małego. Daj mi jeszcze miesiąc. Te ferie to tylko zasłona dymna, musiałem to zrobić, żeby nie nabrała podejrzeń.
Oparłam się o ścianę, żeby nie upaść. To nie były maile od zarządu. Mój mąż, człowiek, który zawsze kreował się na pana sytuacji, był bankrutem. Okłamywał mnie. Te wakacje, ten hotel, te narty – to wszystko było na kredyt, którego nie mogliśmy spłacić. A co gorsza – traktował mnie jak idiotkę, którą trzeba uspokoić drogim wyjazdem, żeby nie zadawała pytań.
W jednej chwili moje wyrzuty sumienia względem Michała wyparowały. Zastąpiła je wściekłość. Zimna, kalkulująca wściekłość. Piotr nie pracował. On ukrywał się przed wierzycielami, grając na czas moim życiem i bezpieczeństwem naszego syna. Położyłam się do łóżka, udając, że śpię, gdy wyszedł z łazienki. Kiedy próbował mnie objąć, skurczyłam się w sobie. „Jutro – pomyślałam. Jutro zrobię coś tylko dla siebie”.
Nie żałowałam
Kolejne trzy dni były jak sen na jawie. Rano odprowadzałam Leone do szkółki narciarskiej, gdzie przejmowali go inni instruktorzy, a ja spotykałam się z Michałem. Piotr myślał, że jeżdżę na nartach na Kasprowym. „Idź, kochanie, wyszalej się, ja zajmę się młodym po południu” – mówił, wciąż grając rolę idealnego męża, podczas gdy w rzeczywistości siedział w hotelowym barze, topiąc stres w whisky.
Z Michałem nie chodziło tylko o seks, choć ten był… wyzwalający. Spotykaliśmy się w jego małym, drewnianym domku na obrzeżach Zakopanego. Nie było tam luksusów. Był stary piec kaflowy, skrzypiąca podłoga i widok na las. Rozmawialiśmy godzinami. Opowiedziałam mu o podsłuchanej rozmowie. Nie oceniał Piotra.
– Ludzie się gubią, Marto – powiedział, głaszcząc mnie po plecach, gdy leżeliśmy pod grubym, wełnianym kocem. – Ale najgorsze jest to, że on nie daje ci wyboru. Decyduje za ciebie. To nie jest partnerstwo. To niewola.
Michał był surowy, prosty, ale prawdziwy. Nie obiecywał mi, że uciekniemy razem w zachodzące słońce. Nie mamił wizją wielkiej miłości do grobowej deski. Dawał mi to, czego brakowało mi od lat: uwagę, szacunek dla moich emocji i fizyczną bliskość, która nie była walutą przetargową, ale wiedziałam, że to ma datę ważności. Że to tylko bańka mydlana, która pęknie w momencie, gdy zapakujemy walizki do samochodu.
Było mi wstyd
Przedostatniego dnia zdarzyło się coś, co ostatecznie zamknęło pewien rozdział w moim życiu. Byliśmy na Krupówkach: Piotr, Leon i ja. Rodzinny spacer. Piotr nalegał na zdjęcie pod słynnym napisem „Zakopane”.
– Uśmiechnij się, kochanie! – ponaglał, ustawiając telefon. – Musimy to wrzucić na fejsa. Niech widzą, jak się bawimy.
Wtedy zobaczyłam Michała. Szedł z grupą innych instruktorów. Nasze spojrzenia się spotkały. Zatrzymał się na ułamek sekundy. Jego twarz była nieprzenikniona, ale w oczach widziałam smutek i zrozumienie. Wiedział, że ta farsa na Krupówkach to moje prawdziwe życie, a chwile w jego chacie to tylko ucieczka. Piotr zauważył, że gdzieś patrzę.
– Kto to? Znasz go? – zapytał podejrzliwie.
– To instruktor Leona – odpowiedziałam spokojnie, nie odrywając wzroku od oddalającej się sylwetki Michała.
– A, ten robol. Dobra robota z młodym, ale mógłby się ogolić. Chodźmy na obiad, zarezerwowałem stolik w tej drogiej knajpie przy potoku.
Nie miał szacunku
„Robol”. To słowo zawisło w powietrzu. Mój mąż, bankrut i kłamca, gardził człowiekiem, który miał w sobie więcej godności i szczerości niż całe nasze towarzystwo razem wzięte. W restauracji Piotr zamówił najdroższe wino. Kiedy kelner odszedł, położyłam dłoń na jego ręce.
– Wiem o długach, Piotrek
Zamarł. Kieliszek z winem, który trzymał, zachwiał się, wylewając odrobinę na biały obrus.
– O czym ty mówisz? Marta, nie wymyślaj…
– Słyszałam twoją rozmowę. Wiem, że toniemy. I wiem, że te wakacje to kłamstwo.
Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Zniknęła maska pewnego siebie biznesmena. Pojawił się przestraszony chłopiec, a potem… agresja.
– Ty nic nie rozumiesz! Robię to dla nas! Żebyś mogła nosić te swoje płaszczyki i jeździć na te swoje wycieczki! Myślisz, że to wszystko spada z nieba?!
– Nie – przerwałam mu chłodno. – Myślę, że to wszystko budujesz na kłamstwie. I właśnie dlatego to koniec.
To był koniec
Wstałam od stołu. Ludzie patrzyli. Leon siedział z szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co się dzieje.
– Biorę Leona na spacer. Ty zostań i zapłać. Jeśli karta przejdzie.
Wyszłam z restauracji, trzymając syna za rękę. Drżałam, ale po raz pierwszy od lat czułam się wolna. Wyciągnęłam telefon i napisałam wiadomość do Michała: „Wszystko się wydało. Nie o nas, o nim. Wyjeżdżamy jutro rano”. Odpisał po minucie: „Bądź silna. Jesteś warta więcej niż myślisz. Dbaj o młodego”.
Nie spotkaliśmy się więcej. Nie było dramatycznego pożegnania, nie było obietnic powrotu. Kiedy pakowałam walizki następnego dnia, czułam pustkę, ale była to czysta pustka. Miejsce na coś nowego.
W drodze powrotnej Piotr milczał. Jego arogancja zniknęła, zastąpiona przez paniczny strach przed rzeczywistością, która czekała nas w domu. Windykatorzy, rozmowy, może komornik. Wiedziałam, że czeka nas rozwód. Wiedziałam, że będzie brudno i trudno, ale kiedy patrzyłam na ośnieżone szczyty Tatr znikające w lusterku wstecznym, uśmiechnęłam się do siebie. Myślałam, że jadę tam ratować małżeństwo, a pojechałam tam, by uratować siebie.
Beata, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na nasz zimowy wyjazd do Pragi mąż zabrał pasażera na gapę. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźnię się z jego kochanką”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”
- „Mąż nagle stał się romantyczny i czuły. Byłam pewna, że ma coś za uszami, ale prawda okazała się zupełnie inna”