Reklama

Święta zawsze były dla mnie czasem wyjątkowym. Lubiłam tę krzątaninę, planowanie, lepienie pierogów do późna. Gdy dzieci były małe, wszystko miało sens – ich śmiech, wyczekiwanie na prezenty, wspólne kolędowanie. Teraz jest inaczej. A ja nie zamierzam już milczeć.

Przygotowania w pojedynkę

Zaczęłam tydzień przed Wigilią. Najpierw okna. Potem firanki, szorowanie kuchni, mycie podłóg. Sama. Bo niby kto miałby mi pomóc? Zbyszek, mój mąż, od dwóch lat nie żył. Dzieci? Tylko raz wspomnieli przez telefon, że może wpadną wcześniej, ale oczywiście nic z tego nie wyszło.

Miałam w planach dwanaście potraw, jak co roku. Wiedziałam, że nie zjemy wszystkiego, ale oni lubią wybór. A to pierogi z kapustą, a to z grzybami, a to uszka, a to zupa grzybowa, chociaż Iza woli barszcz. Smażyłam ryby, robiłam sałatki, piekłam ciasta. Na wszystko był czas, a ja biegałam między kuchnią a piwnicą, jak mrówka. Ramiona mnie bolały, kręgosłup ciągnął, ale nie narzekałam. Nawet sobie mówiłam: „To tylko raz w roku”. A potem zerkałam na kalendarz i myślałam, że to chyba jednak zbyt często.

Choinkę ubrałam sama. Stała w kącie salonu, migocząc światełkami, które za nic nie chciały się dobrze rozplątać. Bombki stare, niektóre jeszcze po mamie. Gdy wieszałam aniołka z porcelany, uderzyło mnie, że nikt się już nim nie zachwyci. Dla mnie był święty. Dla nich – stara ozdoba bez znaczenia.

Gdy skończyłam, usiadłam na sofie i patrzyłam na stół. Przykryty białym obrusem, gotowy, tylko pusty. Wiedziałam, że za kilka dni się zapełni. Tylko dlaczego już teraz czułam się taka zmęczona?

Jaśniepaństwo przyjechało

Wjechali, jakby przyjechali na bankiet dla bogaczy. Najpierw syn, Łukasz, z żoną i dwójką dzieci. Wytoczyli się z SUV-a pełnego walizek, reklamówek i zabawek. Potem córka, Iza, w czarnym płaszczu, z tym swoim nowym chłopakiem – nie zdążyłam nawet zapamiętać jego imienia.

– Mamo, zimno jak w psiarni, wstaw herbatę, co? – rzucił Łukasz, jeszcze w przedpokoju, zdejmując buty w tempie ślimaka.

Zamiast się przywitać, rozstawili się po kątach jak turyści w hotelu. Kurtki na oparciach, torby pod stołem. Iza od razu rozłożyła się na kanapie z telefonem w ręku. Nawet nie spojrzała na choinkę. Dzieciaki biegały po salonie, wpadały na stół, ślizgały się po podłodze.

– Gdzie damy te wszystkie rzeczy? – zapytała Ewa, żona Łukasza, wskazując siatki, jakby to był mój problem.

– Tam, gdzie zawsze – odpowiedziałam sucho, choć serce mi podchodziło do gardła.

W kuchni już czekał barszcz, bigos parował w garnku. Pachniało domem. Ale nikt tego nie skomentował. Nikt nie zapytał, czy mi pomóc. Łukasz włączył telewizor, Iza zniknęła w łazience, a jej chłopak zapytał, czy jest Wi-Fi.

– Hasło na lodówce – mruknęłam.

Czułam się jak gospodyni pensjonatu, która właśnie przyjęła komplet gości. Tylko że od gości oczekuje się czasem napiwku albo chociaż „dziękuję”. A ja dostałam tylko hałas i pytania, czy jest cola.

Byłam dodatkiem

Wieczorem usiedliśmy razem przy stole, niby rodzinnie. Obrus lekko się pomarszczył, ktoś postawił talerz krzywo, a jedno z wnucząt zaczęło kręcić się na krześle, potrącając wszystko dookoła. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Ja też nie. Siedziałam na swoim miejscu, z półuśmiechem przyklejonym do twarzy, słuchając, jak dzieci prowadzą swoje dorosłe rozmowy.

– U nas w firmie znowu restrukturyzacja – powiedział Łukasz z powagą, jakby to był temat, który miały zrozumieć jego siedmioletnie dzieci.

– A u mnie klient z Niemiec się wycofał, więc święta robię za oszczędności – dodała Iza, sięgając po kolejną porcję pierogów.

Oni rozmawiali między sobą, rzucali sobie jakieś branżowe żarty, wybuchali śmiechem. Ja siedziałam jak widz przy własnym stole. Nikt nie zapytał, jak się czuję, co u mnie, jak sobie radzę od śmierci taty. Jakby to, że jestem wdową, było czymś tak oczywistym, że nie warto tego nawet poruszać.

– Mamo, masz może jeszcze ten sernik z makiem, co zawsze robisz? – rzucił Łukasz nagle.

– W lodówce – odpowiedziałam cicho i wstałam, żeby go przynieść.

W kuchni oparłam się na chwilę o blat. Czułam, jak bardzo mnie nie ma w tej rozmowie, jak bardzo jestem tylko dodatkiem do tej całej rodzinnej inscenizacji. Dzieci gadały, jadły, popijały kompotem. Ich dzieci biegały w kółko. A ja tylko dokładałam jedzenia i uśmiechałam się wtedy, gdy wypadało.

Na ich usługach

Wigilia. Osiemnasta. Wszystko jak zawsze – sianko pod obrusem, talerz dla niespodziewanego gościa, opłatek na środku. Próbowałam nadać tej chwili znaczenie, choć czułam, że tylko ja jeszcze się staram.

– To może ktoś zacznie? – zaproponowałam, podając opłatek Łukaszowi.

Wziął go niechętnie, spojrzał na mnie krótko.

– No... wszystkiego dobrego, mamo. Zdrowia. I żebyś się nie przemęczała tak jak zawsze – rzucił z półuśmiechem i szybko cmoknął mnie w policzek.

Słowa jak z automatu. Jakby gdzieś w podręczniku do świąt znalazł gotowe formułki. Iza podała mi opłatek bez słowa. Jej chłopak tylko się uśmiechnął, jakby nie bardzo wiedział, o co chodzi w tym całym dzieleniu.

Zjedliśmy barszcz. Uszka były idealne, ale nikt nie pochwalił. Wcisnęli w siebie karpia, śledzie, bigos, pierogi. Ja tylko patrzyłam. Pomiędzy daniami zbierałam talerze, zmywałam, nakładałam kolejne porcje. Ewa pomagała tylko wtedy, gdy poprosiłam. W kuchni rzuciła krótko:

– Pani Halino, ja to nie wiem, skąd pani bierze siłę.

Nie odpowiedziałam. Nie chciało mi się. Gdy przynieśli prezenty, zrobiło się wesoło. Dzieci piszczały, rozdzierały papier, dorośli robili zdjęcia. A ja siedziałam w kącie i patrzyłam na to wszystko jak na teatr, w którym grałam kiedyś główną rolę, a teraz nie dostałam nawet kwestii. Święta, które kiedyś były moje, teraz należały do nich. Tylko że oni nie bardzo wiedzieli, co z nimi zrobić.

Zostałam sama. W ciszy

Kolejny dzień świąt, rano. W kuchni zastałam tylko bałagan. Oni jeszcze spali. A ja znów wstawałam pierwsza, żeby posprzątać, zrobić śniadanie, ustawić nakrycia. W ciszy, jakiej nie było przez ostatnie dni, nagle wszystko zaczęło mi brzęczeć w głowie. Zegar na ścianie tykał jakby głośniej, czajnik wrzał jak na złość. Wzięłam kubek herbaty i usiadłam przy stole.

Zastanawiałam się, kiedy to się tak odwróciło. Kiedy z domu rodzinnego zrobił się hotel? Kiedy z matki i gospodyni stałam się obsługą? Przypomniałam sobie, jak mama mojej mamy narzekała kiedyś, że „goście to tylko jedzą i wychodzą”. Wtedy nie rozumiałam. Teraz już tak.

Około południa zaczęli się zbierać. Łukasz wrzucał torby do bagażnika, dzieciaki biegały między przedpokojem a samochodem.

– No, mamo, dzięki za wszystko. Jak zawsze pysznie. I super, że to wszystko ogarnęłaś – rzucił przez ramię.

I tyle. Brak pytania, czy trzeba coś sprzątnąć. Żadnego „może ci pomóc, zanim wyjadę?”. Tylko stukot zamykanych drzwi i znikające auta na zakręcie.

Zostałam sama. W ciszy. Z resztkami bigosu w lodówce i pustym domem, który jeszcze rano tętnił życiem. Cisza po świętach była bardziej dojmująca niż hałas w trakcie.

Za rok będzie inaczej

W dniu ich wyjazdu nie płakałam. Nawet nie czułam żalu. Tylko zmęczenie. Takie głębokie, że aż wewnętrzne. Usiadłam na kanapie i spojrzałam na choinkę. Światełka wciąż migały leniwie. W tle cicho grało radio. Przez chwilę pomyślałam: może w przyszłym roku po prostu nie zrobię świąt?

Nie chodziło o to, że nie kocham swoich dzieci. Kocham. Tylko że ta miłość nie może już wyglądać tak samo jak kiedyś. Nie mogę być wiecznie tą samą mamą, która wszystko przygotuje, wszystko poda i jeszcze się uśmiechnie, jakby nic się nie stało.

Wzięłam kartkę i zapisałam tylko jedno zdanie: „W przyszłym roku – tylko barszcz, pierogi i kolędy. Dla mnie”. Schowałam ją do szuflady. Nie muszą tego wiedzieć. To ma być dla mnie, nie dla nich. Święta to nie teatr, w którym muszę grać rolę idealnej gospodyni. Jeśli przyjadą, może zrozumieją. Jeśli nie – trudno. Może to właśnie będzie mój prezent: spokój.

Następnego dnia zdjęłam obrus. Poodnosiłam z podłogi rozsypane igliwie. Zaparzyłam sobie herbatę, taką, jaką lubię – z maliną i goździkiem. Usiadłam przy stole. Po raz pierwszy od wielu dni naprawdę odpoczywałam. Moje święta. Mój sposób. Trochę późno, ale lepiej późno niż nigdy.

Halina, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama