„Na święta nawet nie usłyszałam miłego słowa od dzieci. Więc od Trzech Króli koniec z opieką nad wnukami”
„Zebrałam puste talerze i w milczeniu zaniosłam do kuchni. Serce mi waliło. Przez moment myślałam, że to ze zmęczenia, ale nie. To było rozczarowanie. Głuche, ciężkie, przygniatające. I wtedy postanowiłam, że to był ostatni raz”.

- Redakcja
Wszyscy zawsze mówili, że mam dobre serce. Że złota ze mnie kobieta. Że można na mnie liczyć. I że takich ludzi to już teraz nie ma. A ja głupia się cieszyłam z tych komplementów, choć w gruncie rzeczy oznaczały tylko jedno – że jestem od wszystkiego. Od gotowania, sprzątania, pilnowania dzieci, słuchania cudzych żali i od pocieszania. I jak Boże Narodzenie, to wiadomo, że u mnie. Jak coś się dzieje z dziećmi, to wiadomo, że babcia przygarnie. Jak trzeba szybko do pracy, a przedszkole jeszcze zamknięte – babcia. A jak trzeba zupę ugotować „taką jak dawniej” – też babcia. Nigdy się nie skarżyłam. Dawałam z siebie, ile mogłam, czasem ponad siły. Nie po to, żeby ktoś mi pomnik stawiał, ale żeby rodzinie było dobrze. Żeby nie musieli wszystkiego na głowie mieć. Żeby dzieci czuły się kochane. No i może, żeby ktoś czasem powiedział: „Mamo, jak dobrze, że jesteś”. Czy to naprawdę tak dużo?
W tym roku znów zrobiłam wszystko, co trzeba. Choinka, karp, pierogi z grzybami. Nawet kompot z suszu, choć nikt go nie pije. Myślałam – może ktoś zauważy, może chociaż jedno miłe słowo padnie. Ale nie. Cisza. Za to brudne gary po sufit. Nikt się nawet nie zapytał, czy ja się dobrze czuję. Wtedy coś we mnie pękło.
Nic nie powiedziałam
Wstałam tego dnia wcześniej niż zwykle. Jeszcze było ciemno za oknem, a ja już lepiłam pierogi. Ręce mi drżały z zimna, bo kaloryfer w kuchni znów ledwo zipał. Marcin miał to sprawdzić tydzień temu, ale jak zwykle nie miał czasu. No trudno. Zrobiłam dziewięćdziesiąt sztuk z kapustą i grzybami, dwadzieścia z serem – „dla dzieci, bo one tych kwaśnych nie zjedzą” – jak to mówiła Marta. Później barszcz, karp, sałatka, makowiec… Nawet się nie obejrzałam, a już dochodziła szesnasta. Włosy związane byle jak, paznokieć złamany, ale stół był pięknie udekorowany – biały obrus, świeczki, sianko pod talerzem. Cieszyłam się. Naiwnie.
– Już jesteśmy, bo już dzieci są głodne jak wilki – wparował Marcin, zdejmując kurtkę i rzucając ją na moje krzesło.
– Cześć, mamo – powiedziała Marta, całując mnie w policzek. – Masz może coś bez grzybów? Filipowi ostatnio nie smakują, więc wiesz...
– Zrobiłam mu zwykłe kluski – odparłam, ocierając ręce o fartuch.
– A, super – rzuciła Marta, już grzebiąc w telefonie. – Mamo, a możesz jutro zająć się dziećmi? Byśmy skoczyli do znajomych na chwilkę.
– Jutro? – powtórzyłam, patrząc na rozbebeszoną kuchnię. – A kto tu posprząta?
– Oj, mamo, no przecież ty zawsze wszystko ogarniasz… – Marcin wzruszył ramionami i nalał sobie barszczu, jakby nic się nie stało.
Zacisnęłam usta. Nic nie powiedziałam. Jeszcze nie teraz.
Serce mi waliło
Dzieci biegały jak oszalałe. Rozbierały prezenty, wrzeszczały, obrzucały się papierem, a ja zbierałam resztki pierogów z podłogi, zanim wdepną w nie kapciem. Marta siedziała na kanapie i zerkała w telefon, śmiejąc się do siebie.
– Mamo, masz może jakąś herbatę z hibiskusa? Albo miętę? Bo coś mnie brzuch boli. Z tego wszystkiego chyba – jęknęła teatralnie.
– Mam tylko miętę, ale w saszetkach – odpowiedziałam, już szukając w szufladzie.
– Może być. I jakbyś miała jakiś miód, to też by się przydało. Tylko nie ten sztuczny. Taki prawdziwy, co zawsze miałaś – dodała i nawet nie spojrzała w moją stronę.
– Antosiowi chyba się ulało – Marcin zawołał z drugiego pokoju. – Masz gdzieś ścierkę?
– Mam. Oczywiście, że mam – mruknęłam, podając mu ją, choć tak naprawdę miałam ochotę wyjść i zatrzasnąć za sobą drzwi.
A potem... potem był ten moment. Ten, który przelał czarę goryczy. Siedzieli już przy stole, najedzeni po uszy. Dzieci z telefonami, Marta z tą herbatką i miodem, Marcin z pępkiem na wierzchu. I ani słowa. Ani jednego „dziękuję”, „pięknie przygotowałaś”, „dobrze, że jesteś”. Zebrałam puste talerze i w milczeniu zaniosłam do kuchni. Serce mi waliło. Przez moment myślałam, że to ze zmęczenia, ale nie. To było rozczarowanie. Głuche, ciężkie, przygniatające. I wtedy postanowiłam, że to był ostatni raz.
Postawiłam się
Następnego dnia obudziłam się obolała jak po maratonie. Ręce bolały mnie od ugniatania ciasta, plecy od stania przy garach, a dusza… dusza bolała najbardziej. Spojrzałam na zlew – sterta talerzy, kubków i garnków. Jakbym prowadziła stołówkę. Zaparzyłam sobie kawy. Usiadłam przy stole i przysunęłam kartkę. Wzięłam długopis i napisałam jedno zdanie: Od nowego roku nie opiekuję się wnukami. Podkreśliłam je dwa razy. I zostawiłam na lodówce. Nie minęła godzina, jak zadzwoniła Marta.
– Mamo, hej! Słuchaj, my tu się właśnie zbieramy na zakupy z dziećmi, a potem może byśmy ich podrzucili do ciebie na parę godzin?
– Nie – powiedziałam krótko.
– Co? – zaskoczenie aż dźwięczało w jej głosie.
– Mówię: nie. Dzisiaj mam wolne. Od wszystkiego – powtórzyłam, dopijając kawę.
– Ale przecież ty zawsze… Mamo, o co chodzi?
Zapadła chwila ciszy. Słyszałam tylko, jak oddycha do słuchawki.
– To jakiś żart? – zapytała, kiedy już przeczytała. – Przecież to tylko dzieci. Ty je kochasz, prawda?
– Kocham. I właśnie dlatego przestałam udawać, że mi nie przeszkadza, jak mnie traktujecie – odpowiedziałam spokojnie. – Nie jestem darmową niańką ani kucharką.
– Mamo, przecież my cię kochamy… – powiedziała cicho, ale w jej głosie nie było pewności.
– Miłość to nie tylko korzystanie z drugiego człowieka. Od nowego roku – zmiana. I to nie podlega negocjacjom.
Przeprosili mnie
Po tej rozmowie zapadła cisza. Przez kilka dni nikt się nie odzywał. Nie było dzwonka do drzwi, nie dzwonił telefon. Cisza. Taka, o jakiej zawsze marzyłam… a która teraz dźwięczała w uszach jak najgłośniejszy wyrzut. Następnego dnia usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam w starym dresie, nie spodziewając się gości. Na wycieraczce stała Marta, a tuż za nią Marcin. On z rękami w kieszeniach, ona z miną skruszoną, ale w oczach miała jakąś niepewność.
– Mamo, możemy wejść? – zapytała cicho.
– Proszę – odsunęłam się, nie robiąc żadnych uprzejmości.
Nawet nie zaprosiłam ich do kuchni, tylko zostaliśmy w przedpokoju.
– Zrozumieliśmy ten twój… komunikat – zaczął Marcin. – Mocne słowa.
– Prawdziwe – odparłam, patrząc mu prosto w oczy.
– No ale wiesz… wszyscy czasem czegoś nie dopilnują. Zagonieni jesteśmy, robota, dzieci, wiadomo – próbował się uśmiechnąć, ale mu nie wyszło.
– To ja też jestem zagoniona. I zmęczona. I samotna. Jednak jakoś nikt tego nie widzi.
Marta spuściła wzrok. Długo milczała. W końcu szepnęła:
– Masz rację. Przepraszam, mamo.
Zarumieniła się. Marcin chrząknął i powiedział coś, czego się nie spodziewałam:
– Może powinniśmy wreszcie my coś przygotować. Chociaż raz. Zaprosić cię… i zrobić wszystko sami.
Popatrzyłam na nich długo. Bez słowa. Jednak w środku coś mi drgnęło.
Zaskoczyli mnie
Sylwestra i Nowy Rok miałam spędzić sama. Tak postanowiłam. Kupiłam sobie dwa kawałki sernika z cukierni i zamierzałam obejrzeć jakąś głupawą komedię. Miało być po mojemu. Bez stresu, bez czekania aż ktoś doceni. Po prostu – zwyczajnie. Około siedemnastej zadzwonił domofon. Myślałam, że to sąsiadka. Wcisnęłam „otwórz”, nawet nie pytając kto. A tu... Marta z Marcinem i wnuki. Każde z talerzem.
– Cześć, babciu! – krzyknął Filip.
– To dla ciebie. Żebyś tylko patrzyła. Dzisiaj nie kiwniesz palcem – powiedziała Marta, całując mnie w policzek.
– Tylko... po co to wszystko? Przecież mieliście zaprosić mnie do siebie – wymamrotałam, zaskoczona.
– Bo zrozumieliśmy, że nie chodzi o zaproszenia. Chodzi o to, żebyś wiedziała, że jesteś ważna. I że to my mamy teraz się postarać – odparł Marcin, ustawiając sztućce na stole.
Stałam przez chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć.
– A potem oglądniemy twoje ulubione kabarety! – zawołała wnuczka. – I będą tańce! Nawet dziadek z nieba ci pozazdrości, zobaczysz!
Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od dawna – szczerze. Choć dalej byłam zmęczona. Choć miałam do nich żal. Jednak jeśli naprawdę się postarają, dam im jeszcze jedną szansę.
Poczułam wdzięczność
Wieczór był inny niż wszystkie poprzednie. Nikt mnie nie poganiał, nie wypytywał, gdzie sól, gdzie talerze. Marta rządziła w kuchni, Marcin kroił sałatkę, a dzieci ustawiały na stole świeczki i składane z papieru serwetki. Bez marudzenia.
– Babciu, a ty umiesz tak tańczyć, jak w tym filmie, co leciał wczoraj? – zapytała wnuczka, pokazując coś na telefonie.
– Umiałam, jak miałam dwadzieścia lat. Teraz tylko bujam się na boki – zażartowałam.
– To będziemy się razem bujać do rytmu! – zaśmiała się i przytuliła mnie tak mocno, że prawie się popłakałam.
Po kolacji wszyscy usiedliśmy w salonie. Było ciasno, głośno, dzieci nadawały tempo, a Marta podała kawę. Zamiast się śmiać, kiwnęłam głową i powiedziałam:
– Dziękuję. To była najlepsza kawa, jaką piłam.
– Serio? Przecież gorzka i bez mleka – zdziwiła się.
– Wiesz, Marta… bo tu chodzi o coś innego. Że ktoś ją zrobił dla mnie.
Usiadła obok. Milczałyśmy chwilę.
– Mamo... ja wiem, że przegięliśmy. Za dużo braliśmy, za mało dawaliśmy. Ty zawsze byłaś niezawodna, a my… – urwała. – No właśnie. Nie byliśmy.
– I nie będziecie musieli – poprawiłam ją łagodnie. – Teraz będzie inaczej. Bo ja już nie wrócę do tego, co było.
Marta kiwnęła głową. Bez protestu. To była nasza nowa umowa. Bez słów, ale o wiele mocniejsza niż wszystkie dotychczasowe.
Teresa, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam wysłać mamę do sanatorium, więc wzięłam kredyt. Zamiast słów wdzięczności, dostałam od niej same pretensje”
- „Karnawałowe harce to nie zabawy dla emerytki. Córka mnie jednak przekonała, że warto jeszcze zabłysnąć na parkiecie”
- „Nie sądziłem, że ktoś mnie przyłapie na niewinnym romansie. Za swoją bezmyślność zapłaciłem naprawdę wysoką cenę”