„Na termach w Białce Tatrzańskiej usłyszałam słowa, które mnie zmroziły. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na mojego męża”
„Przyjechaliśmy do Białki Tatrzańskiej dzień wcześniej. Kuba, mój mąż, był w dobrym nastroju. Dzieciaki nie mogły się doczekać śniegu, nart i zjeżdżalni w termach. A ja po prostu chciałam choć przez tydzień nie musieć martwić się o pranie, obiady, zebrania w szkole i faktury zalegające w skrzynce”.

- Redakcja
Nie wiem, czemu ciągle jeszcze mam w głowie ten zapach – chlor, przegrzane ręczniki, coś jakby zupa z brokułów serwowana przy barze w termach. Śmiech dzieci, które z piskiem zjeżdżają do wody. Śnieg sypiący za oknem, jakby ktoś trzepał pierzyny. I to kojące, leniwe ciepło termalnej wody, które otula cię jak koc. Miało być błogo. Rodzinnie. W końcu to były ferie – zasłużony odpoczynek po tym, jak cały rok ciągnęłam dom na swoich plecach.
Przyjechaliśmy do Białki Tatrzańskiej dzień wcześniej. Kuba – mój mąż – był w dobrym nastroju. Dzieciaki nie mogły się doczekać śniegu, nart i zjeżdżalni w termach. A ja... ja po prostu chciałam choć przez tydzień nie musieć martwić się o pranie, obiady, zebrania w szkole i faktury zalegające w skrzynce. Leżałam wtedy w jacuzzi, oparłam głowę o brzeg i patrzyłam w sufit, gdzie światełka odbijały się w delikatnej parze. Czułam się dziwnie... spokojna. Ale to był ten niebezpieczny spokój – jak cisza przed burzą.
Niby wszystko grało. Kuba żartował z dziećmi, przytulał mnie do zdjęć na sociale. A jednak... coś we mnie pękało. Od dawna. Widziałam, jak rzadko mnie dotykał bez powodu. Jak jego „zaraz wracam” znaczyło „późno wrócę”. Jak nasze rozmowy zamieniały się w listę rzeczy do zrobienia. Ostatni raz, kiedy spojrzał na mnie jak mężczyzna na kobietę, pamiętałam aż za dobrze – miałam wtedy na sobie nową bieliznę i powiedział, że jest zmęczony.
– Może mu przejdzie – tłumaczyłam to sobie. – Może to stres w pracy. Może znów będzie jak dawniej.
I trzymałam się tego „może” jak tonący brzytwy. Przecież byłam jego żoną. Matką jego dzieci. Tą, z którą budował dom i sadził jabłonie w ogrodzie. Nie wiedziałam wtedy, że to wszystko właśnie się kończy.
Płakałam cicho bez szlochu
Siedziałam w termach na brzegu basenu, opatulona ciepłem wody i parą, która osiadała mi na ramionach. Dzieci piszczały ze śmiechu gdzieś dalej przy zjeżdżalni, Kuba był obok, półleżał z zamkniętymi oczami, jakby w końcu mógł odetchnąć. Przynajmniej tak to wyglądało. Wtedy jego telefon zaczął wibrować. Sięgnął po niego bez pośpiechu, ale też bez zawahania. Przesunął palcem po ekranie, po czym odwrócił się lekko bokiem, jakby chciał mnie zagłuszyć. Szeptem powiedział jedno zdanie:
– Nie teraz, kochanie. Jest obok.
Usłyszałam. Każde słowo. Miałam pewność, że dobrze zrozumiałam. Nie musiałam patrzeć na jego twarz, żeby wiedzieć, że to nie był żart, że to nie była pomyłka. Ten głos nie należał do nikogo z pracy. Nie miał w sobie ani tonu formalności, ani dystansu. Tylko miękkość, którą znałam aż za dobrze, bo kiedyś mówił tak do mnie. Poczułam, jak cała się spinam. Woda przestała być ciepła. Zrobiło mi się zimno od środka, jakby ktoś zakręcił zawór z moim tlenem. Patrzyłam w stronę dzieci, udając, że wszystko jest w porządku. Uśmiechałam się do Hani, kiedy zawołała, żeby spojrzeć, jak zjeżdża. Uniosłam rękę i pomachałam. Serce waliło mi tak mocno, że miałam wrażenie, że to słychać nad wodą.
Może źle usłyszałam. Może to był głupi żart. Może mówił do kogoś innego. Próbowałam znaleźć w tym logikę. Ale ton głosu... to, jak się odsunął, ten szepczący spokój. Wiedziałam, że nie pomyliłam się ani o jotę. Nie powiedziałam ani słowa. Nie zrobiłam sceny. Zacisnęłam usta, jakby od tego miało zależeć, czy się rozpadnę. Wieczorem, kiedy wszyscy poszli spać, weszłam do łazienki i włączyłam prysznic, żeby zagłuszyć to, co działo się we mnie. Klęczałam na kafelkach i płakałam, ale cicho, bez szlochu. Bałam się, że dzieci się obudzą. Zostawił mnie tam, z tą wiedzą, z tym podejrzeniem, które nie było już tylko przeczuciem. I nie miał pojęcia, że właśnie stracił prawo do mojego zaufania.
Nie mogłam już udawać
Następnego dnia rano obudziłam się przed wszystkimi. Leżałam chwilę w łóżku, patrząc w sufit, który wydawał się zbyt biały i zbyt obojętny, jakby kpił z tego, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Nie płakałam już. Coś we mnie się zacięło. Wstałam, ubrałam się i zaczęłam pakować walizki – najpierw dziecięce, potem swoją. Ruchy miałam pewne, szybkie, mechaniczne. Jakby moje ciało wiedziało, co robić, chociaż głowa jeszcze nie nadążała.
Nie myślałam o tym, co będzie za tydzień, co powiem dzieciom, co powiem rodzinie. Nie planowałam żadnej zemsty ani wielkich przemówień. Po prostu wiedziałam, że nie chcę z nim siedzieć przy jednym stole. Nie chcę spać w tym samym łóżku. Nie chcę go słyszeć ani dotykać. Nie chcę udawać, że wszystko jest w porządku. Zeszłam do jadalni na śniadanie, dzieci już siedziały przy stole. Kuba właśnie nalewał sobie kawy. Usiadłam naprzeciwko niego, podsunęłam dzieciom bułki i powiedziałam cicho, spokojnie:
– Jedziemy do siostry do Krakowa. Ty zostań. Może te ciepłe źródła rozgrzeją ci sumienie.
Zamarł z filiżanką w dłoni, spojrzał na mnie zdezorientowany.
– Co się stało? Basiu, co...
– Wiesz dobrze. Tylko nie dzwoń. Nie chcę cię słyszeć – przerwałam mu i spojrzałam prosto w oczy.
Nie krzyczałam. Nie błagałam. Nie tłumaczyłam. Bo nie miałam już na to siły. Zajęłam się dziećmi. Zjadły spokojnie, nieświadome, co się właśnie rozgrywa. Kuba siedział w milczeniu, nie miał odwagi zapytać o więcej. Wyszłam z jadalni, odprowadziłam dzieci do pokoju, założyliśmy kurtki. Wzięłam walizki i wyszliśmy. Nie oglądałam się za siebie. W drodze do Krakowa dzieci pytały, czemu tata nie jedzie z nami. Odpowiedziałam, że musiał zostać dłużej, ale przyjedzie później. Skłamałam. Ale nie umiałam jeszcze powiedzieć prawdy. W głowie tłukło mi się jedno zdanie. Nie zrobiłam sceny. Bo to już nie było warte mojego krzyku.
Poczułam w sobie falę wstydu
Kiedy zaparkowałam pod blokiem mojej siostry, ręce mi się trzęsły. Dzieci już spały na tylnym siedzeniu, zmęczone podróżą i hałasem dnia. Wzięłam głęboki wdech i zadzwoniłam domofonem. Drzwi otworzyły się niemal od razu. Anka spojrzała na mnie zdziwiona, w szlafroku, z mokrymi włosami. W pierwszej chwili nic nie powiedziała. Potem tylko objęła mnie mocno i wyszeptała:
– Wejdź. Wszystko mi opowiesz.
Zaprowadziłam dzieci do pokoju gościnnego. Ułożyłam je w łóżku, przykryłam kocem, pogładziłam Hanię po głowie. Była taka spokojna, taka ufna. Nagle poczułam w sobie falę wstydu, że muszę ją przez to wszystko przeciągać. Że jej ojciec wybrał kogoś innego. Że muszę się z tym mierzyć nie tylko jako żona, ale jako matka. Wróciłam do salonu. Anka siedziała z kubkiem herbaty i patrzyła na mnie uważnie.
– Powiedz mi wszystko.
– Nie wiem, czy dam radę… Ale muszę – usiadłam obok niej i zaczęłam mówić.
Najpierw o termach. O tym jednym zdaniu, które słyszałam wciąż w głowie. Potem o tym, co działo się przez ostatnie miesiące. O obojętności, chłodzie, wieczornym milczeniu przy kolacji, które coraz trudniej było mi znieść. O tym, jak brakowało między nami bliskości, a było raczej tylko coś, co robi się szybko i bez słowa, jak pranie czy zmywanie.
– Wciąż słyszałam ten jego szept – powiedziałam cicho. – Tak czuły, a nie do mnie. Kiedy ostatni raz tak do mnie mówił? Nie pamiętam. Chyba wtedy, gdy byłam w ciąży z Hanią.
Anka nie komentowała. Słuchała. Było w niej coś, czego nie widziałam od dawna u nikogo – cicha obecność. Tylko tyle. Ale właśnie tego potrzebowałam. Nie potrzebowałam dobrych rad. Nie potrzebowałam słów pocieszenia. Potrzebowałam, żeby ktoś usłyszał, że się rozsypuję, ale jeszcze nie wiem, jak się pozbierać.
Byłam zbyt zmęczona
Noc w Krakowie była zimna, a ja nie mogłam zasnąć. Leżałam na rozkładanej kanapie w salonie Anki i gapiłam się w sufit, gdzie światło z ulicznej latarni rysowało długie cienie. Wstałam cicho, żeby nie obudzić dzieci, i wyszłam na balkon. Beton był lodowaty, ale potrzebowałam powietrza. Zimnego, prawdziwego, nieoszukującego. Oparłam się o barierkę i spojrzałam na miasto, które nigdy do końca nie zasypia. Patrzyłam na poruszające się światła samochodów, ludzi wracających z pracy albo wychodzących na papierosa. A potem, zupełnie niespodziewanie, zaczęłam układać sobie w głowie wszystko to, co doprowadziło nas do tego miejsca.
Pamiętam, jak kiedyś czekałam na Kubę z obiadem. Godzina dziewiętnasta, potem dwudziesta. W końcu zadzwonił, że się nie wyrobił, że coś wypadło, że mam nie czekać. Z czasem przestałam gotować. Przestałam czekać. Przestałam pytać. Byłam już wtedy zbyt zmęczona, żeby znów słyszeć „miałem dużo pracy”. Kiedyś zapytałam go wprost, czy wszystko między nami jest w porządku. Wzruszył ramionami i zapytał, czemu się czepiam.
Oddaliliśmy się. Każdy dzień wyglądał tak samo. Rano śniadanie, potem dzieci, praca, obiad, bajki, kąpiel, cisza. Cisza była najgorsza. Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy tylko o tym, co trzeba. Kiedy dzieci zasypiały, każde szło w swoją stronę. On do telefonu, ja do prania, zmywania, książki. Udawaliśmy, że tak wygląda dorosłość, że tak ma być. Że to normalne. Myślałam, że to minie. Że każdy związek ma lepsze i gorsze momenty. Że wystarczy przeczekać. Ale to nie był moment. To był proces. Systematyczne wypalanie. Gaszenie ognia.
Zaczęłam się domyślać, że coś jest nie tak. Zawsze miał przy sobie telefon. Nigdy nie odkładał go na stół, nie zostawiał na szafce. Pisał i zamykał ekran. Śmiał się do wiadomości, ale nie mówił, do kogo pisze. A ja – jak głupia – tłumaczyłam to sobie: może to praca, może kolega, może coś ważnego. Ale wszystko we mnie krzyczało, że już mnie tam nie ma. Że jestem tylko tłem. Pojawiło się we mnie podejrzenie, że ta kobieta – ta, której głos usłyszałam w termach – nie była pierwsza. Że „koleżanka z pracy”, z którą czasem wyskakiwał na lunch, mogła być „tamtą” od miesięcy. Może nawet lat. Poczułam wtedy w środku coś, czego nie czułam dawno – jasność. Wiedziałam, że nie mogę już wrócić do tamtego życia. Że nawet jeśli by przeprosił, nawet jeśli by płakał, mówił, że to był błąd – ja już nie chcę. Bo nie da się odbudować czegoś, co tak długo było podkopywane. Krok po kroku, dzień po dniu.
Nie było już powrotu
Zadzwonił następnego dnia po południu. Siedziałam wtedy z Anką w kuchni, dzieci układały puzzle w salonie. Ekran telefonu zaświecił się jego imieniem. Spojrzałam na siostrę. Nie musiałam nic mówić. Kiwnęła tylko głową i wyszła z pomieszczenia.
– Basiu, proszę, nie rób tego. Porozmawiajmy – usłyszałam, kiedy odebrałam.
– Z kim rozmawiałeś w termach? – zapytałam bez wstępów.
Cisza. W tle słyszałam jakieś odgłosy – może telewizor, może dzieciaki biegające po korytarzu. Ale on milczał.
– To nie tak…
– Nie mów: „to nie tak”. Powiedz mi prawdę. Albo się rozłącz.
Przez chwilę myślałam, że się nie odezwie. Ale w końcu wypowiedział to, co już wiedziałam. Głos miał cichy, jakby mówił do ściany.
– To była koleżanka z pracy. Zaczęło się kilka miesięcy temu. Spotykaliśmy się… Nie chciałem cię skrzywdzić.
– Ale skrzywdziłeś. I mnie, i dzieci.
Znów cisza. Słuchałam jego oddechu i myślałam, jak obcy wydaje mi się ten człowiek. Jeszcze wczoraj był moim mężem, ojcem moich dzieci, człowiekiem, z którym dzieliłam łóżko, rachunki i niedziele. A teraz siedział gdzieś tam i nie wiedział, co powiedzieć, bo właśnie skończył nas roztrzaskiwać od środka.
– Kocham cię – powiedział nagle, jakby to miało cokolwiek zmienić.
– Nie mów tego. Nie teraz.
Rozłączyłam się. Telefon zsunął mi się z dłoni na stół. Usiadłam w łazience na zamkniętej klapie sedesu i płakałam, ale tym razem nie z bezradności. Płakałam, bo dotarło do mnie coś, co wcześniej próbowałam odsuwać. Nie ma już powrotu. To już nie było pytanie, czy mu wybaczę. Nie chciałam wiedzieć, czy da się naprawić to, co zniszczył. Wiedziałam jedno – nie zamierzam znów żyć obok niego, udając, że da się z tego zbudować coś nowego. Zabrał coś więcej niż moje zaufanie. Zabrał mi poczucie, że jestem ważna. I z tym już nie chciałam iść dalej.
Nie wiem, co będzie dalej
Minęły dwa tygodnie od wyjazdu z Białki. Mieszkałam z dziećmi u Anki, tymczasowo, choć coraz częściej myślałam o tym, że to „tymczasowo” może przeciągnąć się na miesiące. Anka nie pytała, nie naciskała. Po prostu była – dawała nam ciepłe obiady, ciche wieczory i trochę stabilności, której potrzebowałam bardziej niż czegokolwiek innego. Kuba próbował dzwonić. Pisał. Najpierw błagał o rozmowę. Potem przysyłał długie wiadomości, w których wyjaśniał, tłumaczył, obiecywał. Ignorowałam je. Czasem kasowałam od razu, czasem czytałam i zostawiałam bez odpowiedzi. Miał swoją szansę. Zmarnował ją.
Dzieci zaczęły pytać, kiedy wrócimy do domu. Tłumaczyłam im, że jeszcze trochę tu zostaniemy. Nie potrafiłam powiedzieć, że tamten dom przestał być moim miejscem. Czułam, że nie mogę tam wrócić, choćby nie wiem co. Nie teraz. Może nigdy. Rozmawiałam z prawnikiem. Nie podjęłam jeszcze decyzji o rozwodzie, ale zapytałam, co i jak. Chciałam wiedzieć, co mnie czeka. Mieć kontrolę, której tak bardzo mi brakowało.
Powoli zaczęłam się budzić. Zostawiałam dzieci na chwilę z Anką i wychodziłam na spacer, żeby przypomnieć sobie, jak to jest być sama ze sobą. Patrzyłam na wystawy sklepów, czasem wchodziłam po chleb, nie spieszyłam się. Uczyłam się nowej wersji siebie – tej, która nie czeka wieczorami na męża, nie szuka jego aprobaty, nie udaje, że wszystko jest w porządku. Zdarzały się momenty zawahania. Pytania w głowie: może się opamięta, może się zmieni, może... Ale zaraz potem wracało tamto jedno zdanie. Wypowiedziane szeptem, tuż obok mnie, w ciepłej wodzie termalnej. I przypominało mi wszystko. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, gdzie zamieszkam, z kim będę za rok, czy będę płakać jeszcze długo. Ale wiem jedno – zrobiłam pierwszy krok. Odeszłam. I od tego wszystko się zaczyna.
Basia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że wyjazd w Alpy to prezent na naszą rocznicę. Pozbyłam się złudzeń, gdy zobaczyłam, kto też tam przyjechał”
- „Zafundowałam córce ferie marzeń w Alpach za dobre wyniki w nauce. Przywiozła niespodziankę, której nie oczekiwałam”
- „Zamieniłam wygodne życie w mieście na domek w górach. Dziś wiem, że kulig w śniegu po pachy nie jest dla mnie”