Reklama

Stałam w jej kuchni z kartką w dłoni i dziwnym ściskiem w żołądku. Tłusty czwartek zawsze był dla mnie symbolem domowego ciepła, a ja chciałam wreszcie zrobić coś „jak w tej rodzinie”. Jedno pytanie wystarczyło, by atmosfera zgęstniała, a jej śmiech zabrzmiał jak policzek. Wtedy usłyszałam, że na niektóre rzeczy trzeba sobie najpierw zasłużyć.

Poczułam wstyd i złość

Jej kuchnia zawsze pachniała drożdżami i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Może pewnością siebie. Stałam przy stole, tym samym, przy którym ona od lat zagniatała ciasto, i obracałam w palcach długopis. Kartka była czysta, aż mnie to uwierało.

– Mamo… – zaczęłam ostrożnie, choć wcale nie chciałam brzmieć jak dziecko proszące o zgodę. – Zbliża się tłusty czwartek. Pomyślałam, że może… miałabyś ochotę podzielić się przepisem na pączki?

Podniosła wzrok znad miski. Przez sekundę była cisza. Potem się zaśmiała. Krótko, sucho, jakby właśnie usłyszała coś naprawdę zabawnego.

– Przepisem? – powtórzyła. – Z tobą?

Poczułam, jak robi mi się gorąco w twarz.

– No… tak. Zawsze wszyscy je chwalą. Chciałam spróbować.

Otarła ręce w fartuch i oparła się o blat. Przyjrzała mi się uważnie, od czubka głowy po buty, jakby sprawdzała, czy w ogóle pasuję do tego pomysłu.

– Wiesz – powiedziała przeciągle – na niektóre rzeczy w tej rodzinie trzeba sobie zasłużyć.

Nie od razu zrozumiałam, co ma na myśli.

– Zasłużyć? – zapytałam cicho.

– A jak myślisz? – wzruszyła ramionami. – To nie jest zwykły przepis. To tradycja.

– Jestem twoją synową – wyrwało mi się szybciej, niż planowałam.

Jej uśmiech zniknął.

– Właśnie – odpowiedziała chłodno.

W kuchni zrobiło się nagle za ciasno. Zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle. Chciałam coś powiedzieć, obrócić to w żart, ale słowa utknęły mi w gardle.

– To ja… pójdę – rzuciłam w końcu, chowając kartkę do torebki.

– Jak chcesz – odparła, już odwrócona z powrotem do miski.

Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Na klatce schodowej stałam chwilę bez ruchu, czując mieszaninę wstydu i złości. Nie chodziło przecież o pączki. Chodziło o coś znacznie więcej.

Wiedziałam, że to początek

W domu było cicho. Za cicho. Zrzuciłam buty i usiadłam na brzegu kanapy, nawet nie zapalając światła. W głowie wciąż słyszałam jej śmiech, ten krótki, pewny siebie. Jakby właśnie ustawiła mnie na właściwym miejscu.

– Już jesteś? – usłyszałam z kuchni.

Podniosłam wzrok. Stał w drzwiach z kubkiem herbaty, patrzył na mnie uważnie, jakby od razu wiedział, że coś jest nie tak.

– Byłam u twojej mamy – powiedziałam.

– Domyślam się – westchnął. – I co, dała ci ten przepis?

Parsknęłam śmiechem, ale zabrzmiało to bardziej jak kaszel.

– Powiedziała, że muszę sobie na niego zasłużyć.

Zmarszczył brwi.

– Co to w ogóle znaczy?

– Też chciałabym wiedzieć – odpowiedziałam, wstając. – Stałam tam jak uczennica, która przyszła bez pracy domowej.

Postawił kubek na stole.

– Przesadzasz. Wiesz, jaka ona jest. Lubi mieć swoje tajemnice.

– To nie była tajemnica – odparłam ostro. – To było pokazanie mi, że nadal jestem obca.

Zapadła cisza. Przeszedł kilka kroków, potem się zatrzymał.

Mogłaś to olać – rzucił w końcu. – Kupić pączki albo znaleźć przepis w internecie.

– Właśnie o to chodzi, że nie chcę „olać” – spojrzałam mu prosto w oczy. – Chciałam być częścią tej rodziny. Naprawdę.

Opuścił wzrok. Wiedziałam, że nie lubi takich rozmów. Zawsze starał się stać gdzieś pośrodku, by nikogo nie urazić.

– Pogadam z nią – powiedział niepewnie. – Może po prostu miała gorszy dzień.

– Nie mów nic – odpowiedziałam szybko. – Nie chcę, żeby wyszło, że się skarżę.

Usiadłam przy stole i oparłam łokcie o blat.

– Wiesz, co jest najgorsze? – dodałam ciszej. – Że przez chwilę naprawdę pomyślałam, że może ma rację. Że czegoś mi brakuje.

Podszedł i położył dłoń na moim ramieniu.

– Nie musisz na nic zasługiwać – powiedział. – Przynajmniej nie u mnie.

Chciałam mu wierzyć. Ale gdzieś głęboko poczułam, że to dopiero początek.

Byłam z siebie dumna

Tłusty czwartek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Od rana telefon milczał. Żadnej wiadomości, żadnego „wpadnij”, nawet zdawkowego pytania, czy coś upiekłam. Zamiast tego zapach drożdżowego ciasta czułam tylko we własnej wyobraźni. Zawinęłam rękawy i zaczęłam działać. Nie z przekory, raczej z potrzeby udowodnienia czegoś samej sobie. Znalazłam przepis, zwykły, bez rodzinnej legendy. Ciasto kleiło się do palców, a ja klęłam w duchu na własną naiwność. Kilka razy miałam ochotę wszystko wyrzucić.

– Po co ja to robię… – mruknęłam w pustej kuchni.

Kiedy pączki wreszcie leżały na talerzu, nierówne, zbyt jasne, poczułam dziwną dumę. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To ona. Stała w progu, jakby przyszła tylko na chwilę. Spojrzała na stół, na talerz, na mnie.

– Widzę, że próbowałaś – powiedziała.

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – Skoro nie zasłużyłam, musiałam sobie poradzić inaczej.

Uniósł jej się kącik ust.

Myślisz, że przepis to wszystko?

– Nie – spojrzałam jej w oczy. – Myślę, że chodzi o to, żebym wciąż była tą gorszą. Tą, która musi się starać bardziej.

Zamilkła. Po raz pierwszy wyglądała na zaskoczoną.

– Ja tylko dbam o tradycję – rzuciła po chwili.

– A ja dbam o siebie – odpowiedziałam. – I nie chcę już czuć się jak ktoś z zewnątrz.

Wzięłam jeden pączek i podałam jej talerz.

– Jeśli chcesz, spróbuj. Jeśli nie, też w porządku.

Patrzyła na mnie długo, w końcu sięgnęła po jeden. Ugryzła. Nic nie powiedziała.

Nie są jak moje – stwierdziła w końcu.

– Wiem – skinęłam głową. – Są moje.

Odwróciła się bez słowa i wyszła. Zostałam sama, ale po raz pierwszy ta cisza nie bolała.

Nie będę się tłumaczyć

Wieczorem mąż wrócił później niż zwykle. Usłyszałam klucz w zamku i odruchowo napięłam ramiona, jakbym czekała na ciąg dalszy tej samej rozmowy, tylko w innej wersji. Postawił torbę pod ścianą i spojrzał na talerz z pączkami.

– Była tu mama – powiedział, bardziej stwierdzając fakt niż pytając.

– Była – potwierdziłam. – I spróbowała.

Usiadł naprzeciwko mnie. Przez chwilę obracał pączka w palcach, jakby ważył, czy może go tknąć.

– Dzwoniła do mnie – dodał. – Powiedziała, że byłaś… stanowcza.

Uśmiechnęłam się krótko.

– To nowe określenie na „nie dałam się zbyć”?

– Powiedziała też... – zawahał się – ...że ją zawstydziłaś.

– Nie planowałam – odparłam spokojnie. – Po prostu przestałam się tłumaczyć.

Westchnął i potarł twarz dłonią.

– Wiesz, ona taka jest od zawsze. Testuje ludzi. Sprawdza, kto zostanie.

– A kto odpadnie? – zapytałam.

Spojrzał na mnie uważnie.

– A ty? Zostaniesz?

To pytanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać.

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Jeśli zostawanie oznacza ciągłe udowadnianie, że jestem wystarczająca, to może cena jest za wysoka.

Wstałam i zaczęłam zbierać talerze ze stołu. Ręce lekko mi drżały.

– Chcę spokoju – dodałam ciszej. – Takiego, który nie zależy od czyjegoś uznania.

Podszedł bliżej.

– Spróbuję z nią porozmawiać inaczej – powiedział. – Nie jak syn. Jak twój mąż.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. W jego oczach zobaczyłam coś nowego. Nie pewność, ale decyzję.

– Nie rób tego tylko dla mnie – powiedziałam. – Zrób to, bo tak jest fair.

Kiwnął głową. Zostałam w kuchni sama, słuchając, jak w drugim pokoju wybiera numer. Wiedziałam jedno: cokolwiek się wydarzy, nie cofnę już ani jednego słowa.

Zasłużyłam na spokój

Nie słyszałam całej rozmowy. Tylko urywki, stłumione głosy za drzwiami i jego ton, inny niż zwykle. Spokojny, ale stanowczy. Taki, którego wcześniej u niego nie znałam. Kiedy skończył, nie przyszedł od razu. Dałam mu ten czas, a sobie pozwoliłam po prostu oddychać. Później usiadł obok mnie na kanapie.

– Nie było łatwo – powiedział. – Ale powiedziałem jej jasno, że jeśli ma mnie w swoim życiu, to musi zaakceptować też ciebie. Bez prób. Bez testów.

– I co ona na to? – zapytałam, choć bałam się odpowiedzi.

Wzruszył ramionami.

– Milczała. A potem powiedziała, że „zobaczymy”.

Skinęłam głową. Ku własnemu zaskoczeniu poczułam ulgę.

– To wystarczy – odparłam. – Nie potrzebuję jej aprobaty. Wystarczy, że wiem, gdzie stoję.

Kilka dni później dostałam wiadomość. Krótką. Bez emotek, bez zbędnych słów: „Jeśli chcesz, możesz wpaść w niedzielę. Zrób swoje pączki”. Patrzyłam na ekran długo. Potem odłożyłam telefon. W niedzielę nie poszłam. Zrobiłam pączki w domu. Z tym samym przepisem co wcześniej. Były coraz lepsze, choć wciąż inne niż jej. I wreszcie zrozumiałam, że nie wszystko musi smakować tak samo, żeby było wystarczające. Może nie zasłużyłam na jej przepis. Ale zasłużyłam na spokój.

Beata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama