„Na urodziny dostałam od teściowej skandynawskie kosmetyki. Od razu wiedziałam, że za tym gestem kryje się drugie dno”
„Coś jeszcze przykuło moją uwagę. Na dnie pudełka, pod warstwą sianka, znalazłam małą, prostokątną wizytówkę. Nie była to wizytówka sklepu. Był to gruby kartonik z odręcznym napisem piórem: »Sztokholm, 1988. Nie popełnij mojego błędu«”.

Mój mąż Paweł uparł się, żebyśmy na moje urodziny zaprosili jego rodziców na obiad. Od tygodni żyliśmy w chaosie remontu kuchni, jedząc na plastikowych talerzach w salonie, więc perspektywa goszczenia pedantycznej teściowej wydawała mi się aktem masochizmu. Jednak uległam.
Zaprosiliśmy teściów
Wyszorowałam podłogi, zamówiłam catering, który przełożyłam do naszej odświętnej zastawy, i modliłam się, by nikt nie zauważył braku listew przypodłogowych. Kiedy teściowa weszła do mieszkania, jej wzrok natychmiast omiótł przestrzeń niczym skaner na lotnisku. Zatrzymał się na niedomalowanej ścianie w przedpokoju, ale nie powiedziała ani słowa.
To była jej metoda. Milczenie, które ważyło tonę. Usiedliśmy do stołu. Rozmowa kleiła się fatalnie, przerywana jedynie brzękiem sztućców i entuzjastycznymi próbami Pawła, by rozładować atmosferę opowieściami o nowym projekcie w firmie. Wtedy nadszedł moment wręczania prezentów. Teść podał mi kopertę, mrucząc coś o tym, żebym kupiła sobie coś ładnego, co przyjęłam z wdzięcznością. Ale teściowa sięgnęła do swojej torebki i wyjęła pudełko. Nie było to byle jakie opakowanie z drogerii.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziała, akcentując ostatnie słowo w sposób, który sprawił, że włoski na karku stanęły mi dęba. – To skandynawska marka. Bardzo niszowa. Pomyślałam, że wreszcie powinnaś zadbać o siebie tak, jak na to zasługujesz.
Zabrzmiało to niewinnie, ale ja usłyszałam co innego: „Wyglądasz na zmęczoną, zaniedbaną i starą”. Uśmiechnęłam się sztucznie, dziękując wylewnie, ale w środku aż się gotowałam. Kiedy goście wyszli, rzuciłam pudełko na stertę niewyprasowanych ubrań na fotelu i nalałam sobie szklankę wody, by ochłonąć.
Szukałam dziury w całym
Paweł patrzył na mnie z wyrzutem.
– Dlaczego zawsze musisz doszukiwać się dziury w całym? – zapytał, zbierając talerze ze stołu. – Mama chciała być miła. To wygląda na drogi prezent.
– Chciała być miła? – prychnęłam. – Ona powiedziała, że powinnam wreszcie o siebie zadbać. Czy ty nie słyszysz tego podtekstu? Dla niej jestem dziewczyną z prowincji, która nie potrafi nawet dobrać kremu do twarzy. Ciągle daje mi do zrozumienia, że nie pasuję do waszej rodziny, do waszego statusu. A teraz daje mi kosmetyki, których nazwy nawet nie potrafię wymówić, żeby pokazać mi moje miejsce w szeregu.
Mąż westchnął ciężko, odstawiając stos naczyń do zlewu.
– Jesteś przewrażliwiona. Mama po prostu interesuje się nowinkami. Może sama tego używa i chciała się podzielić odkryciem. Przestań analizować każdy jej gest, bo zwariujesz.
Nie miałam siły się kłócić. Poszłam do sypialni i wzięłam pudełko do rąk. Było ciężkie. Otworzyłam je ostrożnie. W środku, w wyściełanym ekologicznym siankiem wnętrzu, leżały trzy szklane słoiczki i jedna buteleczka z pipetą. Żadnych złoceń, żadnych obietnic wiecznej młodości wypisanych wielkimi literami. Tylko szwedzkie nazwy i skład.
Znalazłam karteczkę
Odkręciłam słoiczek z kremem na noc. Zapach uderzył mnie natychmiast. Nie był to typowy, perfumowany aromat luksusu. Pachniał mchem, zimnym morzem i czymś ostrym, może jałowcem. Był to zapach surowy, dziki i niepokojący. Wzięłam do ręki ulotkę dołączoną do zestawu. Wszystko było po szwedzku i angielsku. Zaczęłam czytać opis. „Dla skóry wymagającej radykalnej regeneracji, zmęczonej stresem i trudnymi warunkami”.
Parsknęłam śmiechem. No tak. Trudne warunki. Czyli życie z jej synem i wieczny remont. Ale coś jeszcze przykuło moją uwagę. Na dnie pudełka, pod warstwą sianka, znalazłam małą, prostokątną wizytówkę. Nie była to wizytówka sklepu. Był to gruby kartonik z odręcznym napisem piórem: „Sztokholm, 1988. Nie popełnij mojego błędu”. Serce zaczęło mi bić szybciej. Co to miało znaczyć? Jaki błąd? I dlaczego 1988 rok? Paweł miał wtedy trzy lata.
Przez następne dni ta wizytówka nie dawała mi spokoju. Kosmetyki stały na półce w łazience, nieruszone, jak eksponaty muzealne. Za każdym razem, gdy na nie patrzyłam, czułam dziwny niepokój. Paweł był zajęty pracą, wracał późno, więc miałam sporo czasu na myślenie.
Chciałam odkryć prawdę
Zaczęłam szukać informacji o marce w internecie. Była to mała, rodzinna manufaktura. Nie można ich było kupić w żadnej sieciówce w Polsce. Trzeba było je zamówić bezpośrednio od producenta albo być tam na miejscu. Sprawdziłam daty. Teściowa i teść nigdy nie wspominali o żadnych wyjazdach do Szwecji w tamtym okresie. W latach osiemdziesiątych wyjazd na Zachód był luksusem i rzadkością. Z tego, co wiedziałam, pracowali wtedy w państwowych zakładach i klepali biedę jak wszyscy. Skąd więc Sztokholm? I skąd te kosmetyki teraz?
W środę wieczorem, kiedy Paweł oglądał mecz, postanowiłam zaryzykować. Wyjęłam stary album ze zdjęciami, który kiedyś pożyczyliśmy od teściów, żeby zeskanować fotki na rocznicę ich ślubu. Przeglądałam kartę po karcie. Lata siedemdziesiąte, ślub, mały Paweł w wózku, wakacje nad Bałtykiem. Typowe, szare, polskie życie. Ale na jednej ze stron, wciśnięte za inne zdjęcie, zauważyłam róg innej fotografii. Wyciągnęłam ją delikatnie.
Zaczęłam szperać
Zdjęcie było kolorowe, lepszej jakości niż pozostałe. Przedstawiało młodą kobietę na tle charakterystycznych, kolorowych kamienic. Stare miasto w Sztokholmie. Kobieta miała na sobie modny, dżinsowy płaszcz i burzę kręconych włosów. To była teściowa, ale inna. Uśmiechnięta, promienna, z błyskiem w oku, którego nigdy u niej nie widziałam.
Obok niej stał mężczyzna. Wysoki, blondyn, w swetrze w norweskie wzory. Trzymał ją za rękę w sposób, w jaki teść nigdy jej nie trzymał. Odwróciłam zdjęcie. Data: Maj 1988. Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Moja teściowa, ta zimna, poukładana kobieta, strażniczka moralności i tradycji, miała romans w Szwecji? I to w czasie, gdy Paweł był już na świecie?
Następnego dnia nie mogłam się skupić w pracy. Moje myśli krążyły wokół zdjęcia i kosmetyków. Czy prezent był próbą wyznania? A może ostrzeżeniem? „Nie popełnij mojego błędu”. Czy chodziło o zdradę? A może o rezygnację z miłości?
Musiałam z nią porozmawiać
Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem. Musiałam z nią porozmawiać. Nie z pozycji synowej, która boi się krytyki, ale z pozycji kobiety, która odkryła sekret. Zadzwoniłam do teściowej.
– Mamo, czy mogłabym wpaść jutro na kawę? Sama. Paweł pracuje długo – zaproponowałam, starając się brzmieć naturalnie.
– Oczywiście – w jej głosie usłyszałam zdziwienie. Zazwyczaj unikałam wizyt sam na sam. – Coś się stało?
– Nie, po prostu chciałam podziękować za prezent. I zapytać o… instrukcję obsługi.
Weszłam do jej domu z duszą na ramieniu. Wszystko lśniło czystością, jak zawsze. Teściowa podała kawę i postawiła na stole paterę z kruchymi ciasteczkami.
– Więc jak ci się podobają kosmetyki? – zapytała, siadając naprzeciwko mnie.
– Są niezwykłe – zaczęłam ostrożnie. – Ten zapach kojarzy mi się z czymś dalekim. I bardzo konkretnym.
Upiła łyk kawy, patrząc na mnie uważnie.
– Cieszę się. Nie każdemu odpowiadają. Są specyficzne.
– Mamo… – wzięłam głęboki oddech i wyjęłam z torebki wizytówkę z napisem. Położyłam ją na stole. – Znalazłam to w pudełku. I myślę, że nie trafiło tam przypadkiem.
Otworzyła się
Teściowa zesztywniała. Jej wzrok powędrował na mały kartonik, a potem na moją twarz. Przez chwilę panowała absolutna cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara w przedpokoju. Spodziewałam się, że zaprzeczy, że powie, iż to pomyłka, albo że się wścieknie za grzebanie w jej przeszłości. Ale ona zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Ramiona jej opadły, a z twarzy zniknęła maska surowej matrony. Westchnęła, a w tym westchnieniu było trzydzieści lat tłumionych emocji.
– Masz rację, Aniu. To nie był przypadek – powiedziała cicho. – Myślałam, że może nie zauważysz albo wyrzucisz pudełko bez zaglądania pod spód. Ale jakaś część mnie chciała, żebyś to znalazła. W 1988 roku wyjechałam do Szwecji. Tadeusz został z Pawłem. Budowa domu stanęła, potrzebowaliśmy dewiz. Pracowałam w małej fabryce kosmetycznej. Właścicielką była starsza kobieta, która uczyła mnie wszystkiego o ziołach, o naturalnych składnikach. Tam poznałam Svena. Był jej synem.
Zamilkła na chwilę, obracając pierścionek na palcu.
– To było jak sen. Inny świat, inna mentalność. Sven widział we mnie kogoś więcej niż tylko kobietę z szarej Polski. Widział we mnie pasję, talent. Chciał, żebym została. Mieliśmy plan. Chcieliśmy stworzyć linię kosmetyków opartą na starych recepturach. Miałam sprowadzić Pawła. Z Tadeuszem nie układało nam się wtedy najlepiej. Byliśmy sobie obcy.
Byłam w szoku
– I co się stało? – zapytałam szeptem, zafascynowana tą historią.
– Wróciłam – powiedziała krótko, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Wystraszyłam się. Bałam się, że zabiorą mi dziecko, że nie dostanę paszportu dla Pawła, że rodzina mnie potępi. Że nie poradzę sobie w obcym kraju. Wróciłam do obowiązków, do budowy domu, do męża, którego szanowałam, ale z którym nie miałam o czym rozmawiać. Wybrałam bezpieczeństwo i to, co wypada.
Spojrzała na mnie intensywnie.
– Widzę ciebie, jak męczysz się w tej korporacji, której nienawidzisz. Widzę, jak gaśniesz, starając się zadowolić wszystkich dookoła, w tym mnie.
Myślałam, że ona uważa moją pracę w korporacji za szczyt ambicji i stabilizacji. Że moje marzenia o projektowaniu wnętrz to dla niej fanaberie.
– Te kosmetyki… – wskazała na wizytówkę. – Ta marka to dziedzictwo Svena. Jego córka prowadzi teraz firmę. Utrzymujemy sporadyczny kontakt. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo jesteś sfrustrowana, napisałam do niej. Poprosiłam o ten zestaw. Nie po to, żeby ci wytknąć zmarszczki, ale żeby ci przypomnieć, że masz wybór.
– Nie popełnij mojego błędu – powtórzyłam słowa z wizytówki.
Poczułam z nią więź
– Tak. Nie rezygnuj z siebie dla świętego spokoju. Nie rezygnuj z marzeń tylko dlatego, że boisz się, co ludzie powiedzą albo że teraz nie jest odpowiedni moment. Ja zrezygnowałam. Mam piękny dom, stabilne życie, dobrego syna. Ale każdego dnia zastanawiam się, kim bym była, gdybym wtedy została w Sztokholmie. Moja skóra jest zadbana, ale moja dusza jest pełna zmarszczek żalu.
Siedziałyśmy w milczeniu przez długi czas. Kawa wystygła. Po raz pierwszy w życiu nie czułam się przy niej jak intruz. Czułam więź. Zrozumiałam, że jej krytyczne spojrzenia nie wynikały z pogardy dla mnie, ale z lęku, że powielę jej schemat. Że stanę się kolejną kobietą w tej rodzinie, która poświęci wszystko na ołtarzu normalności.
– Dlaczego mi to mówisz teraz? – zapytałam.
– Bo masz trzydzieści pięć lat. Tyle samo, ile ja miałam, kiedy wsiadałam na prom do Gdyni, zostawiając Svena na nabrzeżu. To jest ten wiek, kiedy jeszcze można wszystko zmienić, ale już zaczyna brakować odwagi.
Wróciłam do domu odmieniona. Wieczorem, po raz pierwszy od tygodni, nie włączyłam telewizora. Usiadłam przy stole w kuchni, odsunęłam na bok próbki paneli podłogowych i zaczęłam rysować. Kiedy Paweł wszedł do kuchni, spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– Co robisz? Myślałem, że będziemy wybierać zlew.
– Zlew poczeka – odpowiedziałam, uśmiechając się do niego, ale tym razem szczerze. – Muszę ci coś opowiedzieć. O twojej matce. I o nas.
Opowiedziałam mu
Słuchał z otwartymi ustami. Nigdy nie znał tej strony swojej matki. Dla niego była zawsze monolitem, nienaruszalną skałą. Ta historia sprawiła, że i on spojrzał na nią – i na nasze życie – z innej perspektywy.
Dwa miesiące po moich urodzinach złożyłam wypowiedzenie w korporacji. Otwieram własne studio projektowe. Jest ciężko, finansowo bywa różnie, a remont kuchni przeciągnie się pewnie o kolejny rok. Ale kiedy patrzę w lustro, nie widzę już zmęczonej, zgorzkniałej kobiety. Widzę kogoś, kto wziął ster w swoje ręce.
A relacja z teściową nadal bywa trudna. Wciąż potrafi skrytykować moje buty czy kolor zasłon. Ale teraz, kiedy to robi, puszczam do niej oko. A ona uśmiecha się wtedy tym swoim tajemniczym uśmiechem, w którym widzę cień dziewczyny ze zdjęcia w Sztokholmie. Tym prezentem nie chciała mnie poprawić. Chciała mnie uwolnić.
Anna, 35 lat.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy spotkałam dawnego kochanka, zrozumiałam, że zmarnowałam życie. Mój mąż był mdły jak pączek bez nadzienia”
- „Stałam 2 godziny w kolejce w tłusty czwartek, żeby przynieść mężowi najlepsze pączki. A on wybrał słodkości innej”
- „To miały być romantyczne walentynki, ale sąsiad zepsuł nam wieczór. Zamiast szeptów męża, słuchałam remontu zza ściany”