Reklama

Nie lubiłam lutego. Zimno, ciemno, a jeszcze wszędzie te serduszka i czekoladki przypominające, że miłość powinna wyglądać jak w komedii romantycznej. W rzeczywistości mój związek z Filipem był daleki od filmowego ideału, choć ciągle naiwnie wierzyłam, że może jeszcze się zmieni. Każdy walentynkowy dzień był dla mnie powodem do stresu – czy w tym roku Filip wykaże się inicjatywą? Czy zaskoczy mnie czymś wyjątkowym? Mimo rozczarowań z poprzednich lat, wciąż miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. W pracy koleżanki już od rana wymieniały się opowieściami o zaręczynowych pierścionkach, bransoletkach i romantycznych kolacjach. Ja w myślach próbowałam nie podnosić sobie poprzeczki oczekiwań, ale serce i tak się nakręcało. Pragnęłam dostać biżuterię, coś na pamiątkę, symbol zaangażowania i troski. Chciałam czuć się ważna, doceniona, kochana. Jak bardzo się pomyliłam...

Oczekiwania i złudzenia

W lutym sklepy tonęły w różowych balonach i kartkach z wyznaniami. W pracy od rana było zamieszanie – Jola rozpakowywała czerwoną kopertę, a Ewa chwaliła się złotą zawieszką od narzeczonego. Słuchałam tego, przytakując z wymuszonym uśmiechem, a w środku czułam ścisk.

– A ty co dostaniesz? – zapytała mnie nagle Jola, unosząc brwi. – Pewnie coś wyjątkowego – odpowiedziałam, udając pewność siebie, ale samej siebie nie przekonałam.

Przez głowę przelatywały mi obrazy z poprzednich lat: zestaw kosmetyków z promocji, kubek z napisem „Kocham Cię” czy perfumy, które sama musiałam wybrać. Tym razem miało być inaczej. Przed walentynkami delikatnie napomknęłam Filipowi, że podziwiam te srebrne kolczyki na wystawie.

– Fajne są – rzucił bez entuzjazmu, nie odrywając wzroku od telefonu.

Mimo to liczyłam, że może zapamiętał. Może jednak zaskoczy mnie gestem, który zapadnie mi w pamięć. Czułam się rozdarta – z jednej strony wiedziałam, że nie powinnam oczekiwać zbyt wiele, z drugiej pragnęłam czuć się wyjątkowa choć przez jeden dzień. Wieczorem jeszcze raz zerknęłam na reklamę z biżuterią i pomyślałam: „Może w tym roku się postara”.

Niepokojące sygnały

Dzień przed walentynkami Filip wrócił późno do domu, jakby próbował przemknąć się niezauważony.

– Cześć, coś jadłaś? – zapytał od progu, nie patrząc mi w oczy.

W milczeniu nalałam mu zupę, czując narastającą irytację. Próbowałam wyciągnąć go na rozmowę, może zaplanować coś wspólnie, ale tylko machnął ręką.

– Jutro to tylko taki zwykły dzień – mruknął, siadając przed komputerem.

– Dla niektórych nie taki zwykły – odparłam cicho, lecz Filip już był myślami gdzie indziej.

W nocy przewracałam się z boku na bok. Znałam Filipa od sześciu lat i coraz częściej łapałam się na tym, że jego nieuważność mnie boli. Wspólne wieczory zamieniły się w seriale na osobnych ekranach. Zbliżały się walentynki, a ja sama nie wiedziałam, czy jeszcze powinnam mieć nadzieję. Rano na śniadaniu próbowałam znowu zaczepić go żartem:

– Jakieś plany na dzisiaj? – On tylko wzruszył ramionami.

– Nie lubię tych wszystkich przymusów. Co chcesz, jakieś kwiaty? – zapytał z ironią, jakby to było coś zabawnego.

Poczułam jak odpływają ze mnie resztki złudzeń.

Serce mi się ściskało

Od rana w pracy koleżanki dostawały kwiaty – do Ewy przyszedł kurier z ogromnym bukietem, a Jola z dumą pokazywała kartkę z życzeniami i bilety do teatru. Udawałam, że nie zwracam na to uwagi, choć w środku serce mi się ściskało. Wychodząc do domu, wciąż miałam cień nadziei – może Filip się popisał, może po prostu chciał zrobić mi niespodziankę wieczorem. Po drodze zatrzymałam się w cukierni i kupiłam dwa ciastka, by choć odrobinę nadać temu dniu wyjątkowości. Otworzyłam drzwi do mieszkania i od razu poczułam chłód – Filip nie wyszedł mi naprzeciw. Siedział w kuchni, zapatrzony w ekran telefonu.

– To dla ciebie – rzucił niedbale, nie podnosząc wzroku.

Zajrzałam do środka. Pęk zgniłych, przywiędłych róż, z łodygami powiązanymi gumką, śmierdział nieprzyjemnie, a z kilku juz sypały się płatki z brązowymi plamami. Stałam tak przez chwilę, próbując zrozumieć, czy to żart, prowokacja, czy po prostu całkowita obojętność.

– Były przecenione, szkoda żeby się zmarnowały – rzucił Filip z lekkim uśmiechem, jakby wręczył mi coś wspaniałego.

Czułam się upokorzona

Stałam z tym żałosnym bukietem w rękach, a w środku miałam wrażenie, że właśnie coś we mnie zgasło.

– To miał być prezent? – zapytałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.

Filip westchnął.

– No przecież są kwiaty. O co ci chodzi? – dodał z irytacją, jakby cała sytuacja była moją winą.

– Nie musiałaś chcieć prezentu, mówiłem ci, że nie lubię tego święta – odburknął.

Poczułam, że oczy mam pełne łez, ale nie zamierzałam się rozkleić przy nim.

– Przecież wiedziałeś, że to dla mnie ważne – powiedziałam cicho, a on wzruszył ramionami.

– Zawsze o coś się czepiasz, naprawdę ciężko cię zadowolić. Przynajmniej nie wydałem majątku na głupoty – uciął.

Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Próbowałam jeszcze znaleźć w sobie resztki godności i spokojnie odstawiłam kwiaty na stół, jakby nie były symbolem tego, jak niewiele dla niego znaczę. Przez resztę wieczoru w mieszkaniu panowała napięta cisza. Filip udawał, że wszystko jest normalnie, a ja siedziałam w pokoju, patrząc na zwiędłe róże, których nawet nie chciałam dotknąć. Nigdy nie czułam się tak poniżona – i nie przez prezent, tylko przez to, jak łatwo można zranić kogoś obojętnością.

Chciałam tylko zrozumieć

Nie mogłam zasnąć tej nocy. Myśli kłębiły mi się w głowie, serce waliło jak oszalałe. Rano wstałam wcześnie, choć nie zmrużyłam oka. W kuchni Filip pił kawę, przeglądał wiadomości w telefonie, jakby nic się nie stało. Usiadłam naprzeciwko i spojrzałam mu prosto w oczy.

– Możemy porozmawiać? – zapytałam.

Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.

– Przecież rozmawiamy – mruknął.

Chciałam tylko zrozumieć, dlaczego… Dlaczego tak ci trudno sprawić mi przyjemność? – odezwałam się cicho, walcząc z narastającym żalem.

Filip wzruszył ramionami.

– Przesadzasz. To tylko zwykły dzień jak każdy inny. Nie rozumiem, po co robić z tego wielkie halo. Kwiaty były, były – odpowiedział, nie spuszczając wzroku z ekranu.

Czułam, jak coś mnie dusi.

– Ja nie chcę wielkiego halo. Chciałam tylko poczuć, że mnie widzisz, że ci na mnie zależy – powiedziałam, starając się nie płakać.

Filip westchnął, jakby nie miał już cierpliwości.

– Wszystko zawsze jest źle, cokolwiek bym nie zrobił – rzucił. Wstał, odstawił kubek do zlewu i wyszedł do pracy, zostawiając mnie samą z narastającą pustką.

Przez chwilę siedziałam w ciszy, wiedząc, że tej rozmowy nie dokończymy nigdy.

Coś we mnie umarło

W kolejnych dniach codzienność wróciła na swoje stare tory. Filip zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło – wieczorami oglądał mecze, rano pospiesznie wychodził do pracy. Róże, te zgniłe, cuchnące wspomnienie walentynek, przez kilka dni leżały na stole, aż w końcu wyrzuciłam je do śmieci. Stałam wtedy chwilę nad kubłem, patrząc na zwiędłe płatki, i czułam, że coś we mnie naprawdę umarło. W pracy już nikt nie pytał, jak spędziłam święto zakochanych. Zazdrościłam koleżankom ich pierścionków, bransoletek, nie dlatego, że były drogie, ale bo ktoś chciał im pokazać, że są ważne.

A ja? Coraz bardziej miałam wrażenie, że jestem przezroczysta, niepotrzebna, jak te róże z przeceny – nikomu na nich nie zależy. Wieczorami długo siedziałam przy oknie, wpatrzona w zimny luty, zadając sobie pytanie: ile jeszcze takich upokorzeń wytrzymam? Czy w ogóle chcę trwać przy kimś, kto nawet nie próbuje mnie uszczęśliwić? Walentynki minęły, luty się kończył, ale żal pozostał – i strach, że nic się już nie zmieni. Tylko ja musiałam w końcu przestać liczyć na cud.

Alicja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama