„Na walentynki dostałam beznadziejny kurzołap. Liczyłam na pierścionek z diamentem, a nie tandetę z bazaru”
„Kacper twierdził, że nie przywiązuje znaczenia do dat, ale ja i tak liczyłam, że tym razem będzie inaczej. Nie mówiłam tego głośno. Nigdy nie mówiłam. Wieczorem wrócił później niż zazwyczaj. Zdjął kurtkę, pocałował mnie w policzek i powiedział, że dzień był długi. Poczułam lekkie ukłucie zawodu”.

- Redakcja
Walentynki zawsze były dla mnie czułym sprawdzianem bliskości. Nie przez wielkie gesty, ale przez drobiazgi, które miały mówić: „widzę cię”. W tamtym roku długo wmawiałam sobie, że nie mam oczekiwań, że wystarczy mi zwykły wieczór i spokój między nami. A jednak, kiedy trzymałam w dłoniach prezent od Kacpra, poczułam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać – jakby ktoś delikatnie, ale konsekwentnie przesunął mnie na drugi plan.
Nie wiedziałam, co powiedzieć
Od kilku dni przed Walentynkami łapałam się na tym, że krzątam się po mieszkaniu uważniej niż zwykle. Nie robiłam nic szczególnego, a jednak poprawiałam poduszki, ścierałam kurz z półek, jakby porządek mógł nadać temu dniu jakąś wagę. Kacper twierdził, że nie przywiązuje znaczenia do dat, ale ja i tak liczyłam, że tym razem będzie inaczej. Nie mówiłam tego głośno. Nigdy nie mówiłam. Wieczorem wrócił później niż zazwyczaj. Zdjął kurtkę, pocałował mnie w policzek i powiedział, że dzień był długi. Uśmiechnęłam się, choć poczułam lekkie ukłucie zawodu. Na stole czekała kolacja, prosta, ale przygotowana z myślą o nim.
– Ale ładnie pachnie – rzucił, siadając. – Widzę, że się postarałaś.
Zatrzymałam się na chwilę przy kuchennym blacie. Chciałam odpowiedzieć czymś lekkim, bez znaczenia.
– Lubię gotować – powiedziałam w końcu.
Po kolacji wyjął spod krzesła niewielką torbę. Elegancką, stonowaną. Przez moment poczułam przyspieszone bicie serca. Podał mi ją z uśmiechem, jakby był pewny, że zrobił coś właściwego.
– Proszę. Pomyślałem, że ci się spodoba.
W środku był... bibelot. Taki do postawienia, dekoracji. Obła rzeźba, ni to człowiek, ni to zwierzę. Ładny, dopracowany, w neutralnych barwach. Raczej niezbyt gutowny. Taki, który równie dobrze mógłby stać na jego biurku jak na mojej półce. Przez sekundę próbowałam uchwycić własną reakcję, ale ona rozmywała się szybciej, niż się pojawiła.
– Jest… bardzo praktyczny – powiedziałam, podnosząc wzrok.
– No właśnie – ożywił się. – Taki unisex. Wiesz, nie lubię tych wszystkich przesłodzonych rzeczy. A tak pasuje do naszego wnętrza.
Skinęłam głową. W środku coś mi się nie zgadzało, ale natychmiast to uciszyłam. Przecież to tylko prezent. Przecież liczy sie gest. Uśmiechnęłam się, nawet szerzej niż trzeba.
– Dziękuję – dodałam szybko. – Naprawdę.
Kacper odetchnął, jakby kamień spadł mu z serca, a ja poczułam, że znów to ja dopasowuję się pierwsza. Usiadłam obok niego, opierając głowę o jego ramię, i pomyślałam, że może za dużo oczekuję. Że może to ja nadaję temu dniu znaczenie, którego wcale nie powinno mieć. Tylko dlaczego ten mały, niby elegancki prezent ciążył mi w dłoniach bardziej, niż powinien? Po co kupił akurat to? Nie mógł podarować mi bukietu kwiatów? Albo chociaż głupich czekoladek, bo wie, które lubię najbardziej. Wszystko na odwal. Nigdy się ze mną nie liczył.
To przecież nic wielkiego
Przez kolejne dni prezent stał w salonie, ustawiony tak, by nie rzucał się w oczy. Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, mówiłam sobie to samo, że przesadzam, że inni mają prawdziwe problemy, a ja roztrząsam taki drobiazg. Kacper napawał się jego widokiem, jakby od początku był dla niego. Ja tylko od czasu do czasu dotykałam go palcami, bardziej z obowiązku niż z potrzeby.
– W sumie dobrze, że wybrałem coś neutralnego – rzucił któregoś wieczoru. – Przynajmniej to nie kolejne plastikowe serduszko, czy inny chiński badziew.
– Jasne – odpowiedziałam szybko. – To ma sens.
Zawsze znajdowałam sens w jego argumentach. Nawet wtedy, gdy coś we mnie cichło. Przypominałam sobie inne sytuacje: restauracje wybierane pod jego gust, weekendy podporządkowane jego planom, filmy, które „i tak byłyby dla mnie za ciężkie”. Każdy kompromis wydawał się niewielki, dopóki nie zaczęły układać się w całość. Leżałam nocami obok niego, wsłuchując się w jego spokojny oddech, i prowadziłam w głowie rozmowy, których nigdy nie zaczynałam. „Powiedz, że jest ci przykro” – myślałam. „Nie rób z tego dramatu” – odpowiadałam sobie sama. Pewnego popołudnia zadzwoniła Monika, pytając, czy wyskoczymy na kawę. Chciałam odmówić, powiedzieć, że nie mam nastroju, ale zgodziłam się bez wahania. Jakbym potrzebowała pretekstu, żeby wyjść z tego domu.
– Co u ciebie? – zapytała, gdy tylko usiadłyśmy.
– Wszystko w porządku – odpowiedziałam automatycznie.
Zawahałam się jednak. Słowo „porządek” nagle wydało mi się puste. Zamiast tego zaczęłam mówić o Walentynkach, o prezencie, o tym, jak śmiesznie to brzmi, kiedy próbuje się nadać temu znaczenie. Monika słuchała w ciszy, a ja coraz bardziej czułam, że bronię nie Kacpra, tylko własnych wyborów.
– Natalia – powiedziała w końcu spokojnie – a kiedy ostatnio dostałaś coś, co było tylko dla ciebie?
Otworzyłam usta, ale nie znalazłam odpowiedzi. Poczułam znajome napięcie w gardle. Nagle to nie prezent wydawał się problemem, tylko moja gotowość do tego, by zawsze być „elastyczną”. Wracając do domu, powtarzałam sobie, że to naprawdę nic wielkiego. A jednak po raz pierwszy ta myśl nie przyniosła mi ulgi.
Wreszcie coś zrozumiałam
Spotkałyśmy się kilka dni później, już bez pośpiechu i przypadkowości. Monika zaproponowała spacer, choć było chłodno i pochmurno. Szłyśmy wolno, a ja czułam, że każde kolejne zdanie zbliża mnie do czegoś, czego dotąd unikałam.
– Myślałam o tym, co mówiłaś – zaczęłam ostrożnie. – O tym pytaniu, czy coś dostałam.
– I? – spojrzała na mnie uważnie.
Wzruszyłam ramionami.
– Może po prostu tak mamy. Każdy związek to kompromisy.
– Jasne – odpowiedziała spokojnie. – Tylko że kompromis działa w dwie strony.
Zatrzymałam się. Jej słowa były zwyczajne, bez oskarżeń, a jednak poczułam, jakby ktoś zapalił światło w pomieszczeniu, do którego nie zaglądałam od dawna. Opowiedziałam jej więcej. O tym, jak Kacper podejmuje decyzje szybko i pewnie. Jak ja zawsze „mogę się dostosować”. Jak często mówię, że coś jest mi obojętne, choć wcale takie nie jest.
– A on wie, czego ty chcesz? – zapytała.
– Chyba tak – odpowiedziałam odruchowo. – Przecież mógłby zapytać.
– Ale pyta?
Znowu cisza. Tym razem cięższa. Poczułam wstyd, który nie miał nic wspólnego z Kacprem, tylko ze mną samą. Z tym, jak łatwo rezygnowałam z własnego głosu, byle nie komplikować. Jak chętnie brałam na siebie rolę tej wyrozumiałej.
– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam po chwili. – Że ja go cały czas usprawiedliwiam. Nawet teraz.
Monika uśmiechnęła się smutno.
– Bo to bezpieczniejsze, niż przyznać, że coś jest nie tak.
Wracałam do domu z ciężką głową. Każda scena z ostatnich miesięcy zaczęła układać się w jeden wzór. Prezent „unisex” przestał być drobiazgiem. Stał się skrótem myślowym, symbolem relacji, w której wspólne było tylko to, co wygodne dla niego. Tego wieczoru, patrząc na Kacpra pochylonego nad telefonem, poczułam coś nowego. Nie żal. Klarowność. I po raz pierwszy pomyślałam, że rozmowa, której tak unikałam, jest nieunikniona.
Zebrałam się na odwagę
Wybrałam moment, który wydawał się bezpieczny. Zwykły wieczór, bez napięcia, bez pośpiechu. Kacper siedział przy stole, przeglądając coś na laptopie, ja krzątałam się po kuchni, zbierając w sobie odwagę. Serce biło mi szybciej, choć wciąż nie wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co od dni rosło we mnie jak niewypowiedziane zdanie.
– Mogę ci coś powiedzieć? – zapytałam w końcu.
Podniósł wzrok.
– Jasne.
Usiadłam naprzeciwko niego, splatając dłonie, żeby nie było widać, jak drżą.
– Chodzi o Walentynki. O prezent. Wiem, że to drobiazg, ale… poczułam się wtedy trochę nieważna.
Uniósł brwi, jakby naprawdę się zdziwił.
– Nieważnba? Natalia, chyba przesadzasz. Przecież to był miły gest.
– Wiem. Tylko że miałam wrażenie, że znów wybrałeś coś bardziej pod siebie niż pod mnie.
Westchnął i odchylił się na krześle.
– To był prezent praktyczny. Myślałem racjonalnie. Nie widzę w tym żadnego problemu.
– Dla mnie to nie był tylko przedmiot – powiedziałam ciszej. – Często czuję, jakby moje potrzeby były gdzieś obok.
Zaśmiał się krótko, bez złośliwości, ale ten dźwięk aż zabolał.
– Ty zawsze wszystko bierzesz do siebie. Naprawdę chcesz robić z tego wielką sprawę?
Poczułam, jak coś we mnie opada. Nie wybuch gniewu, nie łzy. Raczej zmęczenie.
– Chciałam tylko, żebyś mnie wysłuchał – dodałam.
– Przecież słucham – odpowiedział szybko. – Ale nie mogę odpowiadać za to, że ty sobie coś dopowiadasz.
Zamilkłam. Znowu to ja analizowałam, czy powiedziałam za dużo, czy za mało, czy powinnam użyć innych słów. On wrócił do laptopa, jakby rozmowa została zakończona naturalnie, logicznie, bez problemu. Siedziałam jeszcze chwilę, patrząc na znajomy widok. I nagle zrozumiałam, że to nie była pierwsza taka rozmowa. Tylko pierwsza, po której nie chciało mi się już niczego łagodzić.
Chciałam czegoś więcej
Zakończenie przyszło ciszej, niż się spodziewałam. Bez dramatów, bez wielkich słów. Kilka dni po tej rozmowie zauważyłam, że prezent wciąż stoi tam, gdzie go odłożyłam. Przechodziłam obok i czułam już nie żal, ale coś w rodzaju spokojnej zgody na prawdę. Zrozumiałam, że ten głupi bibelot nie był pomyłką ani przypadkiem. Był logiczny. Dokładnie taki jak nasza relacja – wspólna tylko wtedy, gdy nie wymagała od niego rezygnacji. „Unisex” nie oznaczało równości, tylko wygodę. Jego.
Nie podjęłam wtedy żadnej ostatecznej decyzji. Nie spakowałam walizki, nie wygłosiłam mowy o granicach. Zrobiłam coś trudniejszego. Przestałam sobie wszystko tłumaczyć. Przestałam umniejszać własne odczucia i nazywać je przesadą. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, że mogę chcieć więcej – i że to nie czyni mnie wymagającą. Odłożyłam prezent do szuflady. Nie jako karę, nie jako manifest. Raczej jak dowód. Pamiątkę momentu, w którym zobaczyłam siebie wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. I choć przyszłość wciąż była niepewna, jedno wiedziałam na pewno, że nie chciałam już być wyłącznie dodatkiem.
Natalia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remont kuchni planowałam od dawna, marząc o rodzinnych obiadach. Niestety wspólny stół nie sklei tego, co w nas pękło”
- „W tłusty czwartek planowałam słodkie popołudnie z babcią. Lukrowane pączki straciły smak, gdy poznałam gorzką prawdę”
- „W tłusty czwartek przy stole udawałam szczęśliwą żonę. Jedno spojrzenie mojego męża zdradziło więcej niż tysiąc słów”