Reklama

Myślałam, że to najpiękniejszy gest miłości, a okazał się ponurą zapowiedzią końca mojego poukładanego świata. Czasami ignorancja jest błogosławieństwem, ale w moim przypadku była ciszą przed burzą, która zmiotła wszystko, co budowałam przez pięć lat. Gdybym wtedy wiedziała, co symbolizuje parzysta liczba kwiatów, może od razu wyrzuciłabym je do kosza. Los jednak chciał inaczej i postanowił dać mi lekcję, której nigdy nie zapomnę.

Walentynkowy poranek miał być jak z bajki

Walentynki. Wiem, że dla wielu to komercyjne święto, wymysł marketingowców mający napędzać sprzedaż czekoladek i pluszowych misiów, ale ja zawsze byłam niepoprawną romantyczką. Dla mnie i Piotra był to dzień, w którym celebrowaliśmy naszą relację, odrywając się od szarej codzienności, rachunków i wiecznego pośpiechu.

Leżałam przez chwilę w łóżku, nasłuchując odgłosów dochodzących z kuchni. Zapach świeżo parzonej kawy i skwierczącego bekonu był najlepszym budzikiem. Piotr, mój mąż od pięciu lat, a partner od dekady, krzątał się przy śniadaniu. Uśmiechnęłam się do siebie, naciągając kołdrę pod samą brodę. Był dobrym człowiekiem. Zapracowanym, czasem nieco roztargnionym, ale dbał o mnie tak, jak obiecywał na ślubnym kobiercu.

Kiedy wszedł do sypialni, trzymał w ręku tacę ze śniadaniem i wazon z czerwonymi różami. Wyglądał uroczo w swoim wymiętym t-shircie, z lekko potarganymi włosami.

– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, stawiając tacę na szafce nocnej i wręczając mi kwiaty.

Róże były przepiękne. Krwistoczerwone, o aksamitnych płatkach, które lśniły w porannym słońcu wpadającym przez żaluzje. Były jeszcze w pąkach, co zwiastowało, że będą cieszyć moje oczy przez długi czas. Przytuliłam go mocno, czując zapach jego wody po goleniu, tej samej, którą kupiłam mu na gwiazdkę.

– Dziękuję – szepnęłam mu do ucha. – Są wspaniałe.

Piotr uśmiechnął się nieco nerwowo, zerknął na zegarek i pocałował mnie w czoło.

– Muszę uciekać, kochanie. Mam ważne spotkanie z klientem o dziewiątej, a wiesz, jakie są korki. Wieczorem zabieram cię do tej nowej włoskiej knajpy, o której marzyłaś. Bądź gotowa o dziewiętnastej.

Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, już go nie było. Zostałam sama z pysznym śniadaniem i bukietem róż. Postawiłam wazon na toaletce i zaczęłam się im przyglądać. Były dokładnie cztery. Cztery idealne, długie łodygi. Nie zastanawiałam się nad tym wtedy głębiej. Pomyślałam, że może to jakaś nowa, minimalistyczna moda florystyczna, albo po prostu Piotr w pośpiechu chwycił to, co akurat było pod ręką. Liczył się gest. Tak bardzo chciałam wierzyć, że liczył się tylko gest.

Niewinne słowa, które zburzyły mój spokój

Dzień mijał mi leniwie. Miałam wolne w pracy, więc postanowiłam poświęcić ten czas na domowe spa i przygotowanie się do wieczornego wyjścia. Chciałam wyglądać olśniewająco. Maseczka na twarzy, ulubiona muzyka w tle – sielanka.

Około południa wpadła do mnie Anka, moja przyjaciółka jeszcze z czasów liceum. Anka była osobą, która nigdy nie gryzła się w język. Jeśli miała coś do powiedzenia, mówiła to prosto z mostu, nie zważając na konwenanse. Może dlatego tak bardzo ją ceniłam, choć czasem jej szczerość bywała bolesna.

– O, widzę, że Piotr się postarał – rzuciła od progu, zdejmując płaszcz. Podeszła do toaletki i powąchała kwiaty. – Piękne. Ale... zaraz.

– Co? – zapytałam, wycierając ręce w ręcznik.

– Raz, dwa, trzy... cztery? – Anka zmarszczyła brwi, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – Dał ci cztery róże?

– No tak – wzruszyłam ramionami. – A co w tym dziwnego? Może w kwiaciarni mieli akurat taką gotową kompozycję.

– Sylwia, ty naprawdę nie wiesz? – Anka spojrzała na mnie jak na dziecko, któremu trzeba wytłumaczyć, skąd się biorą dzieci. – Parzystą liczbę kwiatów daje się tylko na pogrzeb. Żywym ludziom wręcza się nieparzystą liczbę. To stary przesąd, ale każdy florysta o tym wie. Cztery róże to symbol pożegnania. Albo, jak mawiają stare ciotki, życzenie śmierci.

Roześmiałam się, choć w głębi duszy poczułam ukłucie niepokoju.

– Daj spokój, Anka. Mamy XXI wiek. Kto by wierzył w takie zabobony? Piotr jest informatykiem, umysł ścisły. Dla niego cztery to po prostu liczba, a nie żaden symbol. Pewnie nawet nie zwrócił uwagi.

– Może i tak – mruknęła Anka, ale w jej głosie nie słyszałam przekonania. – Ale to trochę dziwne. Zwykle daje się trzy, pięć, siedem... Cztery wyglądają tak... jakoś niekompletnie. Jakby ktoś zabrał jedną z bukietu pięciu róż.

Zmieniłyśmy temat, zaczęłyśmy plotkować o wspólnych znajomych i planować wakacyjny wyjazd, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Kiedy Anka wyszła, mimowolnie wróciłam wzrokiem do wazonu. Cztery róże. Dlaczego cztery? Czy Piotr mógł popełnić taką gafę? Zawsze był perfekcjonistą. Pamiętał o rocznicach, nawet o imieninach mojej mamy. Czyżby tym razem pośpiech wziął górę nad dbałością o szczegóły? A może Anka miała rację i te kwiaty były... niekompletne?

Pech uderzył z całą mocą

Gdyby to był koniec tej historii, pewnie wieczorem pośmialibyśmy się z tego przy kolacji. Piotr by przeprosił, kupiłby mi następnego dnia ogromny bukiet, żeby naprawić błąd, i żylibyśmy długo i szczęśliwie. Ale los miał inny plan. Jak to mówią – nieszczęścia chodzą parami, a w moim przypadku pech uderzył z całą mocą.

Zaczęłam szykować się do wyjścia. Wybrałam czerwoną sukienkę, którą Piotr uwielbiał, zrobiłam mocniejszy makijaż. Dochodziła osiemnasta, kiedy zadzwonił telefon. To był Piotr.

– Kochanie, strasznie cię przepraszam – jego głos był napięty, słyszałam w tle jakiś hałas. – Utknąłem w firmie. Mamy awarię serwera, wszystko leży. Nie dam rady wrócić po ciebie do domu.

Poczułam ukłucie rozczarowania, ale starałam się być wyrozumiała.

– Rozumiem. To co z kolacją? Odwołujemy? – zapytałam, patrząc na swoje odbicie w lustrze.

– Nie, skądże! – zaprzeczył gwałtownie. – Stolik czeka. Dojedź proszę taksówką albo swoim samochodem bezpośrednio do restauracji. Powinienem się wyrobić do dziewiętnastej trzydzieści. Zamów sobie coś, poczekaj na mnie. Wynagrodzę ci to.

– Dobrze, pojadę swoim autem. Do zobaczenia – rozłączyłam się.

Zeszłam do hali garażowej. Wsiadłam do auta, przekręciłam kluczyk i... cisza. Spróbowałam jeszcze raz. Silnik zakrztusił się i zgasł. Kontrolki zamrugały i zgasły całkowicie. Akumulator padł. Wiedziałam, że powinnam go wymienić jeszcze przed zimą, ale zawsze było coś ważniejszego.

– Szlag by to trafił! – krzyknęłam w pustą przestrzeń garażu.

Uderzyłam ręką w kierownicę. Byłam wściekła. Najpierw te nieszczęsne cztery róże, teraz samochód. Czy ten dzień mógł być gorszy?

Wysiadłam z auta i skierowałam się z powrotem do windy. Zamierzałam zamówić taksówkę, ale najpierw chciałam spróbować odpalić auto za pomocą kabli rozruchowych. Wiedziałam, że Piotr ma w swoim gabinecie zapasowy komplet kluczyków do swojego samochodu, a w jego bagażniku są kable. Mogłabym podłączyć swój akumulator do jego drugiego, starego auta, które stało w kącie garażu i którego używał rzadko.

Weszłam do mieszkania, rzuciłam torebkę na kanapę i weszłam do gabinetu męża. To było jego królestwo. Rzadko tam zaglądałam, szanując jego prywatność. Biurko zawalone było dokumentami, plątaniną kabli i częściami komputerowymi. Zaczęłam przeszukiwać szuflady w poszukiwaniu zapasowych kluczyków do starego auta.

Pierwsza szuflada – tylko długopisy i spinacze. Druga – jakieś faktury i gwarancje. Trzecia była zamknięta na klucz, ale wiedziałam, że Piotr chowa kluczyk pod doniczką z kaktusem na parapecie. Wyciągnęłam go i otworzyłam szufladę. Miałam nadzieję, że kluczyki do auta tam będą.

Kluczyków nie było. Było za to małe, eleganckie pudełeczko z logo ekskluzywnego jubilera. Serce zabiło mi mocniej. Czyżby Piotr szykował dla mnie dodatkową niespodziankę? Może dlatego był taki zdenerwowany? Ciekawość zwyciężyła. Uchyliłam wieczko. W środku lśniła delikatna, złota bransoletka z grawerem. Wyjęłam ją drżącymi rękami. Na wewnętrznej stronie blaszki wygrawerowano napis: „Dla mojej jedynej K. – 14.02”.

K? Moje imię to Sylwia. Nie mam drugiego imienia na K. Może K. to Kasia, Karolina, Klaudia? Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Może to pomyłka? Może jubiler się pomylił? Ale data była dzisiejsza.

Odłożyłam bransoletkę, czując narastającą panikę. Zaczęłam grzebać głębiej w szufladzie, szukając jakiegokolwiek wyjaśnienia. Pod stertą starych kalendarzy znalazłam pognieciony paragon z dzisiejszego poranka. Był to paragon z kwiaciarni, tej samej, którą mijał codziennie w drodze do pracy. Data: 14.02, godzina 07:45. Pozycje na paragonie: Róża czerwona – 15 sztuk.

Patrzyłam na ten skrawek papieru i nie mogłam niczego zrozumieć. Piętnaście róż. Ja dostałam cztery. Gdzie podziało się pozostałych jedenaście? Matematyka była prosta i bezlitosna. Piętnaście minus cztery to jedenaście. Jedenaście to liczba nieparzysta. Idealna na romantyczny bukiet. Cztery to liczba parzysta. Resztki, odpady. Kwiaty, które zostały, bo nie pasowały do głównego bukietu.

Wszystko stało się jasne

Usiadłam na fotelu obrotowym Piotra, czując, jak mój świat wiruje. Nagle przypomniałam sobie słowa Anki. Cztery róże na pogrzeb. Życzenie śmierci. A może po prostu symbol martwej relacji?

Wszystko zaczęło układać się w jedną, przerażającą całość. Piotr nie był roztargniony. On był wyrachowany. Kupił piętnaście róż. Jedenaście najpiękniejszych wybrał dla "K". Dla niej była też złota bransoletka. A dla mnie? Dla mnie zostały cztery róże, które wręczył mi rano, żeby mieć spokój sumienia, żebym nie podejrzewała, że coś jest nie tak. Resztki z pańskiego stołu.

Pech, który unieruchomił mój samochód, okazał się moim sprzymierzeńcem. Gdyby auto odpaliło, pojechałabym do restauracji, zjadłabym kolację, może nawet dostałabym jakiś drobny prezent i żyłabym dalej w błogiej nieświadomości, podczas gdy mój mąż romansowałby z tajemniczą "K".

Musiałam mieć pewność. Musiałam wiedzieć, kim ona jest. Spojrzałam na zegarek. Była 18:45. Piotr rzekomo siedział w firmie, walcząc z awarią serwera. Ale kwiaciarnia była czynna do 19:00. Jeśli się pospieszę, zdążę tam dotrzeć i może dowiem się czegoś więcej. Zamówiłam taksówkę. Kierowca patrzył na mnie dziwnie, gdy wsiadałam w wieczorowej sukni, z rozmazanym makijażem, ale nie odezwał się słowem. Pod kwiaciarnię dotarliśmy w dziesięć minut.

Wpadłam do środka zdyszana. Za ladą stała starsza pani, właścicielka, którą kojarzyłam z widzenia. Układała ostatnie bukiety.

– Dobry wieczór – wydusiłam z siebie. – Mój mąż rano kupował u pani kwiaty. Piotr, wysoki brunet, w granatowym płaszczu.

Kobieta poprawiła okulary i uśmiechnęła się ciepło.

– Ach tak, pamiętam. Bardzo przystojny i szarmancki pan. Kupił duży bukiet róż.

– Tak... – przełknęłam ślinę. – Czy mógłby mi pani powiedzieć, czy te róże były zapakowane razem?

Właścicielka zmarszczyła czoło, zastanawiając się przez chwilę.

– Nie, nie. Pan prosił, żeby z tych piętnastu wybrać jedenaście najładniejszych i zrobić z nich piękny bukiet z przybraniem. A te cztery, które zostały... cóż, prosił, żeby po prostu zawinąć je w papier. Mówił, że to dla... – kobieta urwała, patrząc na mnie z nagłym zrozumieniem i współczuciem. – Że to do domu.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. "Do domu". Jakby dom był miejscem drugiej kategorii.

– A ten duży bukiet? – zapytałam cicho. – Czy wie pani, co z nim zrobił?

– Nie wiem, proszę pani. Wyszedł z oboma bukietami. Ale... – zawahała się. – Zamówił też bilecik do tego dużego bukietu.

– Pamięta pani treść?

Kobieta westchnęła ciężko.

– Pamiętam, bo była nietypowa. "Dla Karoliny, która sprawia, że znów czuję się żywy. Kocham, P.".

Karolina. "K". Wszystko stało się jasne. Karolina to jego nowa asystentka, którą zatrudnili trzy miesiące temu. Młoda, ambitna, wpatrzona w niego jak w obrazek. Nieraz opowiadał o niej przy kolacji, chwaląc jej kompetencje. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że za tymi pochwałami kryje się coś więcej.

Serce biło mi jak oszalałe

Wyszłam z kwiaciarni na chłodne, lutowe powietrze. Zamówiłam taksówkę i kazałam wieźć się pod biurowiec, w którym pracował Piotr. Musiałam to zobaczyć. Musiałam być pewna, że "awaria serwera" to tylko kolejna kłamliwa bajeczka. Podjechałam pod szklany wieżowiec. W oknach jego firmy na trzecim piętrze paliło się światło. Poprosiłam kierowcę, żeby zaparkował tak, abym widziała wejście. Czekałam. Minuty ciągnęły się jak godziny. O 19:15 drzwi obrotowe ruszyły.

Wyszedł. Nie był sam. Obok niego szła niewysoka blondynka o kręconych włosach. Karolina. Śmiała się z czegoś, co powiedział, i zarzuciła mu ręce na szyję. Piotr objął ją w talii, przyciągnął do siebie i pocałował. Nie był to pocałunek koleżeński. To był pocałunek pełen pasji, jakiego ja nie doświadczyłam od lat. W ręku trzymała ogromny bukiet jedenastu czerwonych róż. Tych "wybranych". Tych "najładniejszych".

Patrzyłam na to jak sparaliżowana. W tym momencie coś we mnie pękło. Nie było krzyków, nie było sceny, nie wyskoczyłam z samochodu, by ich rozdzielić. Poczułam tylko przeraźliwy chłód i pustkę. Moje małżeństwo, które uważałam za solidne i szczęśliwe, okazało się fasadą. Byłam tylko tłem dla jego nowego, ekscytującego życia. Kobietą, której daje się cztery róże na "odczepnego", żeby nie marudziła.

Piotr i Karolina wsiedli do taksówki. Zapewne jechali do innej restauracji, albo do hotelu. A ja? Ja miałam czekać we włoskiej knajpie, jak wierny pies, aż pan łaskawie wróci z "pracy".

– Proszę mnie zabrać do domu – powiedziałam do kierowcy głosem wypranym z emocji. Podałam adres i nie oglądałam się za siebie.

Wróciłam do mieszkania. Było cicho i pusto. Weszłam do sypialni i spojrzałam na wazon z czterema różami. Teraz widziałam je zupełnie inaczej. Nie były piękne. Były symbolem zdrady, kłamstwa i pogardy. Wyjęłam je z wazonu. Woda kapała na podłogę, ale nie przejmowałam się tym. Zaniosłam je do kuchni i wrzuciłam do kosza na śmieci. Razem z wazonem. Dźwięk tłuczonego szkła przyniósł mi dziwną ulgę.

Potem spakowałam jego rzeczy. Nie wszystko, tylko to, co najpotrzebniejsze. Ubrania, kosmetyki, laptopa. Wystawiłam walizki przed drzwi, zatrzasnęłam je i zamknęłam na klucz. Dopiero wtedy odetchnęłam. Wiedziałam, że nie ma już odwrotu, ale to było lepsze niż życie w kłamstwie.

Sylwia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama