„Na walentynki dostałam od męża sztuczne róże. Dopiero wtedy zrozumiałam, że całe moje małżeństwo też jest z plastiku”
„Kwiaty w salonie stały niewzruszone. Ich kolory ani trochę nie straciły intensywności. Zdałam sobie sprawę, że zaczęłam się bać. Bałam się tego, że jeśli nic się nie zmieni, przyzwyczaję się do tej wersji życia. Do bycia obok, a nie razem. I ta myśl była bardziej przerażająca niż jakakolwiek kłótnia”.

- Redakcja
Walentynki zawsze traktowałam jak drobny sprawdzian z okazywania uczuć. Nie potrzebowałam wielkich gestów ani deklaracji, raczej znaku, że mąż mnie widzi i pamięta, co jest dla mnie ważne. Tamtego poranka jeszcze wierzyłam, że to po prostu kolejny zwyczajny dzień z różowym akcentem. Nie przypuszczałam, że jeden niewinny prezent sprawi, iż zacznę podważać sens wszystkiego, co budowaliśmy przez lata.
Bardzo się na nim zawiodłam
Obudziłam się chwilę wcześniej niż zwykle. W kuchni było jeszcze ciemno, a czajnik wydawał znajome, uspokajające dźwięki. Pomyślałam, że to dobry znak. Walentynki wypadały w środku tygodnia, więc nie oczekiwałam niczego spektakularnego. Wystarczyłoby „pomyślałem o tobie”. Jacek wyszedł z sypialni z lekkim uśmiechem, jakby coś ukrywał za plecami.
– No chodź tu – powiedział tonem, który brzmiał niemal triumfalnie.
Wyciągnął bukiet róż. Kolorowy, idealnie symetryczny. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że kwiaty nie pachną. Ani trochę.
– Żebyś nie musiała ich podlewać – rzucił żartobliwie. – Praktyczne, co?
Zaśmiałam się odruchowo. Ten śmiech był szybki i płytki, jakby ktoś nacisnął guzik. Wzięłam bukiet do ręki. Był lekki, nienaturalnie gładki.
– No tak… sprytne – odpowiedziałam, chociaż w środku się zagotowałam.
Postawiłam kwiaty na stole i zaczęłam nalewać kawę, żeby nie patrzeć na ich nienaganny kształt. Jacek już sprawdzał coś w telefonie.
– Wiesz, że teraz wszyscy robią takie prezenty? – dodał. – Przynajmniej nie zwiędną po dwóch dniach.
Skinęłam głową. One nigdy nie zwiędną. Zawsze będą wyglądały tak samo, bez względu na porę roku, nastrój czy troskę. I już zawsze będą mi się kojarzyć tym uczuciem zawodu. Przypomniałam sobie inne sytuacje, drobne jak okruchy. Kiedy mówiłam, że chciałabym gdzieś wyjść, a on proponował zamówienie jedzenia. Kiedy pytałam, czy zauważył nową fryzurę, a on odpowiadał po chwili namysłu. Zawsze było „wystarczająco dobrze”.
– Nie musiałeś – powiedziałam w końcu, bardziej do siebie niż do niego.
– No coś tam trzeba było dać – rzucił lekko. – Nie rób takiej miny.
Spojrzałam na jego plecy, gdy wracał do sypialni. Stałam w kuchni z kubkiem w dłoniach i czułam, że to nie o kwiaty chodzi. Chodziło o wybór, którego dokonał. O to, że znowu wybrał łatwiej, szybciej, bez zastanowienia, co to dla mnie znaczy. Uśmiech, który miałam jeszcze chwilę wcześniej, zniknął, jakby nigdy go nie było. Zostały tylko plastikowe płatki i myśl, której nie potrafiłam już odepchnąć: a jeśli to nie jest żart, tylko zasada, według której żyjemy?
Nie dawało mi to spokoju
Przez resztę dnia nosiłam w sobie dziwne napięcie. W pracy automatycznie odpowiadałam na maile, kiwałam głową na zebraniach, a w głowie układałam usprawiedliwienia dla Jacka. Przecież ostatnio miał dużo obowiązków. Przecież kredyt sam się nie spłaci. Przecież to tylko kwiaty.
Mówiłam sobie, że nie jestem już nastolatką, żeby oczekiwać romantycznych gestów. Że dorosłość polega na stabilności, a nie na wzruszeniach. Za każdym razem, gdy ta myśl pojawiała się w mojej głowie, towarzyszył jej jednak cichy sprzeciw, którego nie chciałam słuchać.
Wracając do domu, mijałam kwiaciarnię. W środku stał mężczyzna w płaszczu, trzymał w dłoniach zwykły bukiet, nic nadzwyczajnego. Uśmiechał się do sprzedawczyni, jakby ta przekazywała mu coś więcej niż tylko kwiaty. Odwróciłam wzrok, czując irracjonalne ukłucie zazdrości.
W mieszkaniu było cicho. Plastikowy bukiet stał dokładnie tam, gdzie go zostawiłam, idealny i niewzruszony. Zdjęłam płaszcz, a potem jeszcze raz na niego spojrzałam.
– Przesadzasz – powiedziałam na głos, jakbym rozmawiała z kimś obcym.
Ale zaraz pojawiła się inna myśl. Jeśli przesadzam, to dlaczego to boli? Dlaczego od miesięcy czuję, że moje potrzeby nie są istotne? Zrobiłam kolację, prostą i szybką, tak jak Jacek lubił. Kiedy wrócił, opowiadał o pracy, o drobnych problemach, które dało się rozwiązać logicznie i bez emocji. Słuchałam, dopytywałam, byłam obecna.
– A u ciebie? – zapytał w końcu. – Wszystko okej?
To było pytanie z kategorii bezpiecznych. Takich, na które odpowiedź zna się z góry.
– Tak, jasne – odpowiedziałam odruchowo.
I wtedy poczułam złość. Nawet nie na niego, tylko na siebie. Na to, jak łatwo przychodzi mi zgadzanie się na „okej”. Jak bardzo boję się wyjść na kogoś, kto chce czegoś więcej.
Leżąc później w łóżku, liczyłam oddechy Jacka i myślałam o tym, kiedy ostatnio zapytał mnie o coś naprawdę. Nie o sprawy do załatwienia, tylko o mnie. Ta myśl nie dawała mi spokoju. Racjonalizowanie było wygodne, ale coraz wyraźniej czułam, że to wygoda, która kosztuje mnie więcej, niż chcę przyznać.
Próbowałam go tłumaczyć
Spotkałyśmy się w małej kawiarni niedaleko mojego biura. Iwona przyszła spóźniona, jak zwykle, z rozwianymi włosami i spojrzeniem, które od razu wyłapywało, że coś jest nie tak.
– No, opowiadaj – powiedziała, jeszcze zanim zdążyła zdjąć płaszcz.
– Nie ma o czym – odparłam zbyt szybko.
Parsknęła cicho i usiadła naprzeciwko mnie.
– Znam ten ton. „Nie ma o czym” znaczy, że jest dokładnie o czym.
Zaczęłam od żartu o walentynkach, o tym, że Jacek zawsze był praktyczny. Mówiłam lekko, jakby to była anegdota do powtórzenia komuś obcemu. Iwona słuchała uważnie, bez przerywania.
– Kupił mi plastikowe kwiaty – dodałam na końcu, wzruszając ramionami. – W sumie zabawne.
– Nie brzmisz, jakby było zabawne – zauważyła spokojnie.
Zamilkłam. Mieszałam łyżeczką w filiżance, aż kawa zaczęła chlapać na boki.
– To tylko kwiaty – powtórzyłam po raz kolejny.
– Nie. To jest sygnał – powiedziała cicho. – I nie chodzi o plastik.
Podniosłam na nią wzrok.
– O co więc?
– O to, że on nawet nie pomyślał, co ty poczujesz. Wybrał coś, co jemu wydało się sprytne. A ty znowu udajesz, że to wystarczy.
Poczułam, jak automatycznie napinam ramiona.
– Przesadzasz – rzuciłam. – Jacek nie jest taki zły.
– Wiem – odpowiedziała bez wahania. – Ale to czasem za mało.
Jej słowa zawisły między nami. Chciałam je zignorować, ale było w nich coś niepokojąco znajomego.
– Wiesz, ile razy ja sobie mówiłam dokładnie to samo? – ciągnęła. – Że nie warto robić problemu. Że lepiej nie psuć spokoju.
– I co? – zapytałam, choć odpowiedź znałam.
– I obudziłam się w związku, w którym jemu było wygodnie, a ja czułam się niewidzialna.
Zrobiło mi się duszno.
– Ja nie chcę się rozwodzić – powiedziałam szybko.
Iwona spojrzała na mnie miękko.
– Ja też nie chciałam. Chciałam tylko, żeby ktoś mnie słuchał.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar udawania, że wszystko jest w porządku.
– Może ja naprawdę za dużo oczekuję – wyszeptałam.
– A może w końcu zaczynasz oczekiwać czegokolwiek – odpowiedziała.
Wracałam do pracy z jej słowami w głowie. Nie były oskarżeniem, raczej lustrem. I choć wciąż się broniłam, po raz pierwszy dopuściłam myśl, że mój smutek nie jest fanaberią. Że to coś, czego nie powinnam już dłużej zagłuszać.
Ta wizja mnie przerażała
Po rozmowie z Iwoną zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej rozmywały się w tle. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, żadna kłótnia ani przełom. Była tylko codzienność, ta sama, co zawsze, a jednak nagle trudniejsza do zniesienia. Wieczorami siedzieliśmy przy stole naprzeciwko siebie. Jacek opowiadał o pracy, a ja kiwałam głową, zadawałam pytania. On jadł i mówił jednocześnie, jakby bał się, że cisza wślizgnie się między zdania.
– A u ciebie? – rzucał czasem, nie odrywając wzroku od talerza.
Zaczęłam zauważać, że to pytanie pada zawsze w tym samym momencie i w tej samej formie. Odpowiadałam krótko, bo nie czułam przestrzeni na więcej. Pewnego wieczoru opowiadałam mu o trudnej rozmowie w pracy. O tym, że poczułam się pominięta przy ważnej decyzji.
– No widzisz – przerwał mi po chwili. – Trzeba było się bardziej postawić.
Zamilkłam. Nie zapytał, jak się z tym czuję. Zaoferował rozwiązanie, jakby emocje były zbędnym dodatkiem. Po kolacji Jacek włączył telewizor. Usiadł obok mnie, blisko, a zarazem tak daleko. Nasze ramiona się stykały, a jednak miałam wrażenie, że dzieli nas spora odległość. Patrzyłam na jego twarz, na skupienie, z jakim śledził ekran. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spojrzał na mnie w ten sam sposób.
– Pamiętasz, jak kiedyś potrafiliśmy gadać do nocy? – zapytałam nagle.
Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
– No, człowiek był młodszy – odparł. – Teraz każdy ma swoje obowiązki.
Znowu to słowo. Obowiązki. Jakby cała reszta stała się zbędne. W łazience spojrzałam na swoje odbicie. Wyglądałam normalnie, może trochę bardziej zmęczona. Zastanawiałam się, czy Jacek widzi we mnie coś więcej niż część wspólnego harmonogramu.
Kwiaty w salonie stały niewzruszone. Ich kolory ani trochę nie straciły intensywności. Zdałam sobie sprawę, że zaczęłam się bać. Nie głośno, nie panicznie. Bałam się tego, że jeśli nic się nie zmieni, przyzwyczaję się do tej wersji życia. Do bycia obok, a nie razem. I ta myśl była bardziej przerażająca niż jakakolwiek kłótnia.
Próbowałam to zmienić
Zbierałam się do tej rozmowy przez kilka dni. Układałam zdania w głowie, skracałam je, łagodziłam, żeby nie zabrzmieć zbyt ostro. Bałam się, że jeśli powiem za dużo, Jacek zamknie się w sobie. Jeśli za mało – znów wszystko zniknie pod warstwą codzienności. Wieczorem siedzieliśmy w kuchni. Plastikowe kwiaty stały na parapecie, jak niemi świadkowie.
– Jacek, możemy chwilę porozmawiać? – zapytałam.
– Mów – odparł, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
– Chodzi mi o te walentynki… o kwiaty.
Uśmiechnął się krzywo.
– Serio? Myślałem, że już po temacie.
– Dla mnie nie do końca – powiedziałam cicho. – One mnie… zasmuciły.
Westchnął, odkładając telefon.
– Ela, to był żart. Naprawdę nie rozumiem, czemu robisz z tego problem.
– Bo to nie tylko o kwiaty chodzi – zaczęłam. Serce biło mi coraz szybciej. – Chodzi o to, że często... czuję się nieważna.
Zmrużył oczy.
– Przecież dbam o nas. Mamy mieszkanie, wszystko jest ogarnięte. Czego jeszcze chcesz?
To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam.
– Chciałabym, żebyś czasem zapytał, co czuję. Żebyś się na chwilę zatrzymał i pomyślał o mnie– powiedziałam, czując, jak głos mi drży.
Zaśmiał się krótko, bez wesołości.
– Ela, życie tak nie działa. Nie można ciągle oczekiwać gwiazdki z nieba.
Poczułam, jak coś we mnie opada. Wszystkie zdania, które przygotowywałam, nagle straciły sens.
– Czyli to ze mną jest coś nie tak? – zapytałam.
– Nie, ale przesadzasz – odpowiedział szybko. – Robisz dramat z drobiazgów.
Zapadła cisza. Ciężka, lepka. Patrzyłam na jego twarz i widziałam irytację, nie ciekawość.
– Dobrze – powiedziałam w końcu.
To jedno słowo zamknęło rozmowę. Jacek wstał, jakby odetchnął z ulgą, że temat zniknął. Zostałam sama w kuchni. Patrzyłam na plastikowe płatki, idealne i niezmienne. Zrozumiałam wtedy, że najbardziej boli nie to, co dostałam, ale to, czego nie usłyszałam. Ani jednego pytania, ani próby zrozumienia. I po raz pierwszy nie zastanawiałam się już, czy przesadzam. Zaczęłam się zastanawiać, jak długo jeszcze jestem w stanie tak milczeć.
Przestałam się godzić na byle co
Przez kilka kolejnych dni unikaliśmy tematu, jakby nie istniał. Rozmawialiśmy o zakupach, o rachunkach, o planach na weekend. Jacek był nawet milszy niż zwykle, jakby to miało coś naprawić. Ja odpowiadałam spokojnie, niemal automatycznie. W środku jednak coś się przestawiło i nie dało się już tego cofnąć.
Pewnego popołudnia zostałam sama w domu. Cisza była gęsta, ale tym razem nie próbowałam jej zagłuszyć. Podeszłam do parapetu, gdzie wciąż stał bukiet. Wzięłam go do ręki i przez chwilę obracałam, oglądając każdy płatek. Był nienaruszony, dokładnie taki sam jak pierwszego dnia.
Otworzyłam szufladę w komodzie i położyłam kwiaty na dnie, starannie, bez pośpiechu. Zamknęłam ją, jakby to był ważny gest, a nie drobiazg. Nie wyrzuciłam ich. Jeszcze nie. Usiadłam na kanapie i po raz pierwszy pozwoliłam sobie pomyśleć, że to nie musi się dobrze skończyć. I że to wcale nie jest najgorsza myśl. Najgorsze było trwanie w przekonaniu, że powinnam być wdzięczna za coś, co mnie stopniowo niszczyło od środka.
Nie wiedziałam, czy moje małżeństwo da się jeszcze ożywić. Wiedziałam tylko, że nie chcę dłużej udawać, że plastik wystarczy, jeśli bardzo się staram w to uwierzyć. Ta świadomość nie przyniosła ulgi. Była ciężka i niewygodna, ale prawdziwa. I pierwszy raz od dawna poczułam, że jeśli coś się skończy, to nie dlatego, że byłam zbyt wymagająca. Tylko dlatego, że w końcu przestałam się godzić na bycie niewidzianą.
Ela, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że na walentynki mąż coś szykuje. Nie sądziłam, że ta niespodzianka ma 3 lata i mówi do niego »tato«”
- „Zadłużyłam się, by zabrać synów na ferie w górach. Chciałam zafundować im wspomnienia i słono przepłaciłam”
- „Tania kwatera na ferie w górach okazała się katastrofą. Zamiast oszczędzić, wydałam majątek, a pozostał tylko wstyd”