Reklama

Przygotowania do tych Walentynek zaczęłam dwa tygodnie wcześniej. Nie dlatego, że jestem fanką komercyjnych świąt, serduszek z czekolady i pluszowych misiów z napisami „I Love You”. Robiłam to ze strachu przed ciszą, która zapadała między mną a Darkiem coraz częściej.

Był materialistą

Moja przyjaciółka Anka zawsze powtarzała: „Ty to masz życie. Darek taki zaradny, taki konkretny, nie to co ten mój artysta-nieudacznik”. Ale Anka nie widziała, jak ten „konkretny” Darek potrafi analizować paragon ze spożywczaka, pytając, czy naprawdę potrzebowałam tej droższej oliwy z oliwek. Nie widziała, jak podczas naszych rzadkich wyjść siedzi z nosem w telefonie, sprawdzając wyniki meczów, podczas gdy ja gapię się w ścianę restauracji.

Tym razem miało być inaczej. Ostatnie pół roku było koszmarem. Ciągłe mijanie się, sypianie plecami do siebie, zdawkowe „jak w pracy?”. Czułam, że znikam. Że staję się elementem wyposażenia, czymś pomiędzy ekspresem do kawy a wygodną kanapą. Dlatego postawiłam wszystko na jedną kartę.

Zrobiłam rezerwację u fryzjera, kupiłam drogą bieliznę, w której czułam się jak gwiazda filmowa, i spędziłam cztery godziny w kuchni, gotując jego ulubione danie. Ale najważniejsza była rozmowa, którą odbyliśmy miesiąc temu. Płakałam wtedy. Powiedziałam mu wprost, bez owijania w bawełnę: „Potrzebuję romantyzmu. Potrzebuję czuć się kobietą, a nie sprzątaczką. Proszę cię, na Walentynki postaraj się. Nie chcę nic do domu. Chcę coś dla mnie”. Popatrzył na mnie i obiecał: „Będzie wyjątkowo”.

Byłam podekscytowana

Wrócił o 18:30, tak jak obiecał. Stałam w przedpokoju, oparta o framugę, uśmiechając się tak, jak uśmiechałam się na początku naszego związku. Wszedł. Otrząsnął śnieg z płaszcza, rzucił teczkę na podłogę. Spojrzał na mnie.

– Cześć – rzucił, ściągając buty. – Ale korek na Wisłostradzie, myślałem, że oszaleję.

– Cześć, kochanie – podeszłam, żeby go pocałować.

Pocałował mnie, ale to było mechaniczne. Usta dotknęły ust, ale nie było w tym żadnej energii. Jakby przybijał pieczątkę na dokumencie odbioru towaru.

– Ładnie wyglądasz – mruknął, ale jego wzrok już wędrował w stronę kuchni. – Co tak pachnie? Kurczak? Super, umieram z głodu.

Zabolało. Miałam na sobie koronki za pół mojej wypłaty, włosy ułożone w fale, makijaż, nad którym siedziałam godzinę, a on skomentował to tonem, jakim chwali się czystą podłogę. Przełknęłam gorzką ślinę. „Spokojnie, Olga”, pomyślałam. „Jest zmęczony po pracy. Zaraz usiądziemy, zjemy kolację, rozluźni się”.

Nie mogłam się doczekać

Kolacja przebiegła w miarę poprawnie. Darek chwalił jedzenie, chociaż posolił je, zanim spróbował, co zawsze doprowadzało mnie do szału, opowiedział anegdotę z budowy. Ja starałam się flirtować, dotykałam jego dłoni, śmiałam się trochę za głośno. Czułam się jak aktorka w teatrze jednego widza, który w dodatku przysypia w pierwszym rzędzie. A potem nadszedł ten moment.

– Mam coś dla ciebie – powiedział, wycierając usta serwetką.

Wstał i poszedł do przedpokoju. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Słyszałam szelest, jakieś stukanie. Wrócił z wielkim pudłem. Było ogromne, zapakowane w srebrny papier, z wielką czerwoną kokardą. Moje myśli galopowały. Co to mogło być? Może to jakaś zmyłka? Może w środku jest mnóstwo balonów, a na dnie małe pudełeczko z biżuterią? A może to wycieczka? Walizka symbolizująca wyjazd na Malediwy?

– Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek, kochanie – powiedział z dumą w głosie. Uśmiechał się. Naprawdę, szczerze się uśmiechał. – Długo szukałem odpowiedniego modelu. To absolutny top.

Nie mogłam uwierzyć

Wzięłam głęboki oddech. Moje dłonie drżały, gdy ciągnęłam za wstążkę. Papier opadł na podłogę. Zamarłam. Mój mózg przez chwilę odmawiał przetworzenia tego obrazu. Gapiłam się na pudełko, na którym widniało zdjęcie uśmiechniętej pani domu w nienagannym stroju, a obok niej… ono. Żelazko z generatorem pary.

– I co? – zapytał, nie wyczuwając nadciągającej katastrofy. – Zobacz, ma 8 barów ciśnienia. Twoje stare już plamiło koszule, ciągle narzekałaś, że kabel jest za krótki. To jest bezprzewodowe, z funkcją pionowego prasowania. Pani w sklepie mówiła, że to Mercedes wśród żelazek. Kosztowało fortunę, ale dla ciebie wszystko, co najlepsze.

Podniosłam wzrok znad pudełka. Spojrzałam na niego. Siedział tam, zadowolony z siebie, przekonany, że właśnie rozwiązał wielki problem mojego życia. Że naprawił moje prasowanie.

– Żelazko? – zapytałam cicho. Mój głos był dziwnie spokojny, nienaturalnie opanowany.

– No tak. Przecież mówiłaś w zeszłym tygodniu, że nienawidzisz prasować moich koszul, bo się męczysz – odparł, sięgając po wino. – Teraz pójdzie ci dwa razy szybciej. Będziesz miała więcej czasu.

– Więcej czasu na co? – wstałam powoli od stołu. – Na pranie? Na gotowanie? Na bycie twoją służącą?

Był z siebie dumny

Jego uśmiech zgasł. Zmarszczył brwi, przybierając ten swój irytujący wyraz twarzy typu „znowu histeryzujesz”.

– O co ci chodzi? To jest sprzęt za dwa tysiące złotych. Ludzie marzą o takim czymś.

– Ludzie? Czy ja? – mój głos zaczął się łamać, przechodząc w krzyk. – Prosiłam cię o romantyzm! Prosiłam cię, żebyś chociaż raz zobaczył we mnie kobietę, a nie robota wielofunkcyjnego! Dwa tysiące złotych? Mogłeś mi kupić bilet lotniczy byle gdzie, mogłeś mi kupić bransoletkę z rzemyka, byleby to było dla mnie! A ty kupiłeś sprzęt AGD, żeby mi się lepiej pracowało dla ciebie!

– Nie drzyj się – warknął, a jego twarz stwardniała. – Jak zwykle niewdzięczna. Staram się, dbam o to, żeby w domu był najlepszy sprzęt. Kto kupił Thermomixa? Ja. Kto kupił robota sprzątającego? Ja.

– Tak! Ty! – krzyczałam, a łzy płynęły mi po policzkach, rozmazując ten staranny makijaż. – Kupiłeś to wszystko, żebym ja sprawniej obsługiwała twoje życie! Na gwiazdkę dostałam odkurzacz pionowy. Na urodziny zestaw garnków. Teraz żelazko. Czy ty w ogóle wiesz, jakie mam marzenia? Wiesz, jakie lubię kwiaty? Wiesz, jaką ostatnio czytałam książkę?

Nic nie rozumiał

Darek wstał gwałtownie, przewracając krzesło.

– Przestań robić dramat z niczego! – ryknął. – Jesteś dorosłą kobietą, a zachowujesz się jak rozkapryszona księżniczka. Co ty myślisz, że życie to komedia romantyczna? Że będę cię obsypywał płatkami róż? Ja tyram na ten dom, na twoje zachcianki, na te twoje warsztaty pisarskie, z których nic nie wynika!

To był ten moment, w którym maski opadły.

– Z moich warsztatów nic nie wynika? Zrezygnowałam z etatu w agencji, żebyś ty mógł otworzyć własną pracownię. Przejęłam cały dom, wszystkie rachunki, całą logistykę, żebyś ty mógł tworzyć. Moje pisanie zeszło na plan dalszy, bo ktoś musiał ci uprasować koszule, w których chodzisz na spotkania!

Darek podszedł do mnie. Był czerwony na twarzy. W jego oczach nie widziałam miłości, nawet nie widziałam złości. Widziałam pogardę.

– Zrezygnowałaś, bo byłaś przeciętna – wycedził.

Zamarłam. Świat na chwilę się zatrzymał.

– Co powiedziałeś? – szepnęłam.

Obraził mnie

– Słyszałaś – powiedział, nie spuszczając wzroku. – Gdybyś była dobra, to byś pisała. A ty wolisz bawić się w dom i narzekać, że nikt cię nie docenia. Kupuję ci żelazko, żebyś chociaż w tym była perfekcyjna, bo twoje poświęcenie to nic innego jak wygodnictwo. Siedzisz w domu, który ja opłacam, i jeszcze śmiesz mi robić awantury o prezent za dwa tysiące? Jesteś żałosna.

Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam go w zupełnie nowym świetle. To nie był mój mąż. To był zakompleksiony człowiek, który musiał mnie umniejszać, żeby samemu czuć się wielkim. Przez lata karmił mnie subtelnymi uwagami: „to ci nie wyszło”, „może lepiej zajmij się czymś prostszym”, „zostaw to, ja to zrobię lepiej”.

Ja, jak idiotka, wierzyłam, że on chce pomóc, że jest pragmatyczny, a on po prostu tresował mnie. Ulepiał sobie idealną, cichą żonę, która będzie dbać o jego komfort, prasować jego koszule nowym generatorem pary i dziękować mu za to, że pozwala jej żyć w jego blasku. To żelazko nie było wpadką. Było manifestem. „Tu jest twoje miejsce, przy desce do prasowania”.

– Masz rację – powiedziałam nagle.

Mój głos był twardy jak stal. Przestałam płakać. Wytarłam policzek wierzchem dłoni. Darek spojrzał na mnie zaskoczony tą nagłą zmianą.

– No, w końcu rozsądek wraca – mruknął. – Ochłoń. Jutro przetestujesz sprzęt, zobaczysz, że będziesz mi dziękować.

Opamiętałam się

– Mam rację, że jestem żałosna – ciągnęłam, patrząc mu prosto w oczy. – Żałosna, że zmarnowałam sześć lat życia na kogoś, kto traktuje mnie jak inwestycję, która musi się zwracać.

– Co ty bredzisz? – zniecierpliwił się.

Odwróciłam się na pięcie i poszłam do sypialni.

– Dokąd idziesz? Nie skończyliśmy jeść! – krzyknął za mną.

Wyciągnęłam z szafy walizkę. Rzuciłam ją na łóżko. Otworzyłam szafę i zaczęłam wrzucać do niej ubrania. Bez składania, byle jak. Jeansy, swetry, bielizna. Darek stanął w drzwiach. W jednej ręce trzymał kieliszek, w drugiej udko kurczaka. Wyglądał groteskowo.

– Co ty odwalasz? To jakiś teatrzyk?

– Nie, to premiera i finał w jednym – odpowiedziałam, zgarniając kosmetyki z toaletki do torby.

Zaczął się śmiać. To był ten rechot, którego nienawidziłam najbardziej. Lekceważący.

– Przecież ty nie masz swoich pieniędzy. Karta jest podpięta pod moje konto.

Zatrzymałam się. Spojrzałam na niego.

– Mam oszczędności, o których nie wiesz. Z tych przeciętnych zleceń, które brałam po nocach, kiedy ty chrapałeś. I mam godność, której ty nigdy nie kupisz za żadne pieniądze.

Byłam górą

Jego uśmiech zniknął. Zrozumiał, że to nie jest blef. Że to nie jest jedna z tych kłótni, która kończy się cichymi dniami i godzeniem w łóżku. Zrozumiał, że przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu.

– Przestań – postąpił krok do przodu, ale w jego głosie pojawił się lęk. – Nie wygłupiaj się. Przez głupie żelazko chcesz rozwalić małżeństwo?

– Nie przez żelazko. Żelazko to tylko wisienka na torcie ze śmieci, którym mnie karmisz od lat.

Zapięłam walizkę. Była ciężka, ale nigdy w życiu żaden ciężar nie wydawał mi się tak lekki. Czułam adrenalinę pulsującą w żyłach. Zmieniłam sukienkę na dres i kurtkę. Zmyłam resztki makijażu w łazience, patrząc na swoje odbicie. Byłam blada, miałam podkrążone oczy, ale w moich źrenicach palił się ogień, którego nie widziałam tam od lat. Wyszłam do przedpokoju. Darek stał w salonie, obok tego przeklętego pudła z żelazkiem. Wyglądał na zagubionego, jak dziecko, któremu ktoś zabrał zabawkę.

– Porozmawiajmy – powiedział. – Przepraszam, okej? Kupię ci tę biżuterię jutro. Wybierzemy się do jubilera, wybierzesz co chcesz.

– Nic nie rozumiesz – pokręciłam głową, zakładając buty. – Ty myślisz, że miłość to transakcja. Że jak kupisz droższy prezent, to zmażesz te słowa o mojej przeciętności. Że zmażesz te lata ignorowania moich potrzeb.

Zostawiłam go

– Nie poradzisz sobie beze mnie – rzucił ostatnią deskę ratunku, próbując uderzyć w mój najsłabszy punkt. W mój lęk.

Poprawiłam torbę na ramieniu. Spojrzałam na mieszkanie, na te szare ściany, na zimną, martwą przestrzeń.

– Może będzie mi ciężko – powiedziałam spokojnie. – Ale wolę jeść suchy chleb w spokoju i szacunku do samej siebie, niż krewetki z człowiekiem, który gardzi moją duszą. A to żelazko… – wskazałam na pudło. – Wyprasuj sobie nim koszulę na rozwód. Będziesz musiał wyglądać nienagannie.

Zjechałam windą na dół, zamówiłam taksówkę. Nie wiedziałam jeszcze, gdzie będę spać za tydzień. Nie wiedziałam, jak opłacę czynsz za mieszkanie, które będę musiała znaleźć. Nie wiedziałam nic. Ale wiedziałam jedno – po raz pierwszy od sześciu lat oddychałam pełną piersią. Żelazko zostało, a ja, z pogniecioną duszą, ale wyprostowanym kręgosłupem, jechałam w nieznane.

To były najgorsze Walentynki w moim życiu. I najlepsze. Bo w ten wieczór straciłam męża, ale odzyskałam kogoś znacznie ważniejszego. Odzyskałam Olgę. I ta Olga nigdy więcej nie pozwoli, by ktoś sprowadził jej wartość do funkcji w programie prania.

Olga, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama