„Na walentynki dostałam pierścionek zaręczynowy. Dobrze, że narzeczony nie ma pojęcia, co wyrabiałam z jego bratem”
„Patrzyłam na niego, jak leżał na podłodze, siłując się z kluczem francuskim, i poczułam ukłucie w sercu. Wieczorem, gdy Bartek wrócił, nawet nie zauważył, że coś się stało. Rzucił tylko, że jest padnięty i idzie spać”.

Bartek zawsze był ideałem. Taki typ mężczyzny, którego matki stawiają za wzór swoim synom. Odpowiedzialny, pracowity, z planem na pięć lat do przodu. Kiedy trzy lata temu zamieszkaliśmy razem, byłam pewna, że wygrałam los na loterii.
Wszystko przeliczał
Mieliśmy wspólne konto, plany zakupu domu pod miastem i jasną wizję przyszłości. Problem polegał na tym, że w tej wizji coraz rzadziej było miejsce na teraźniejszość. Bartek pracował w dużej korporacji logistycznej. Awans gonił awans, a premia goniła premię.
Wierzył, że miłość okazuje się poprzez zapewnienie bezpieczeństwa finansowego. Ja natomiast, pracując jako księgowa w domu, powoli usychałam z tęsknoty za zwykłą rozmową. Nasze wieczory wyglądały tak samo: on wracał wykończony po dwudziestej, jadł odgrzewaną kolację wpatrzony w ekran telefonu, odpowiadając na zaległe maile, a potem zasypiał przed telewizorem.
– Kochanie, musimy oszczędzać – powtarzał, gdy proponowałam weekendowy wyjazd. – Zobaczysz, jak już spłacimy działkę, będziemy żyć jak królowie.
Czułam się jak mebel w naszym wynajmowanym mieszkaniu. Zadbana, odkurzona, ale zupełnie niepotrzebna. Jego brat Adrian był rewersem Bartka. Młodszy o dwa lata, z burzą ciemnych loków i wiecznym uśmiechem, który maskował jego życiowe zagubienie. Nie miał stałej pracy, jeździł starym, rozklekotanym samochodem i żył chwilą. Bartek często narzekał na jego nieodpowiedzialność, ale ja zawsze lubiłam Adriana. Miał w sobie tę iskrę, której mojemu partnerowi brakowało od lat.
Żył chwilą
Wrócił do miasta, bo stracił mieszkanie i potrzebował czasu, żeby stanąć na nogi. Bartek, mimo narzekania, miał dobre serce. Zgodził się, by Adrian zatrzymał się u nas maksymalnie na dwa tygodnie, dopóki czegoś nie znajdzie.
– Tylko błagam cię, nie pozwalaj mu robić bałaganu, gdy mnie nie będzie – instruował mnie przed wyjściem do pracy. – I nie pożyczaj mu pieniędzy.
Początkowo Adrian był jak duch. Wychodził rano, szukał zleceń, wracał wieczorem. Ale po kilku dniach, gdy okazało się, że rynek pracy nie jest dla niego łaskawy, zaczął spędzać więcej czasu w mieszkaniu. Ja siedziałam nad projektami przy kuchennym stole, on naprawiał coś w swoim starym laptopie na kanapie. Zaczęło się od kawy.
– Zrobić ci? Wyglądasz, jakbyś walczyła z tym projektem od stuleci – zapytał pewnego przedpołudnia, stając w drzwiach kuchni.
– Poproszę. Czarną, bez cukru.
Usiadł naprzeciwko mnie. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o błahostkach: o pogodzie, o jego poszukiwaniach pracy, o moich klientach. Ale z każdym dniem tematy stawały się głębsze. Adrian potrafił słuchać. Patrzył mi w oczy, zadawał pytania, interesował się moimi pasjami, o których Bartek dawno zapomniał.
Nie było go w domu
Bartek brał coraz więcej nadgodzin. Wychodził o siódmej rano, wracał po dwudziestej drugiej. Byłam w domu sama z Adrianem przez całe dnie. Dziwnie to zabrzmi, ale zaczęliśmy tworzyć swego rodzaju symbiozę. Gotowaliśmy razem obiady, których Bartek i tak nie jadał w domu. Śmialiśmy się z głupich seriali. Czułam, że wreszcie ktoś mnie widzi. Nie jako „przyszłą żonę i matkę dzieci”, ale jako Sylwię – kobietę z marzeniami, lękami i poczuciem humoru.
Pewnego dnia pękła rura w łazience. Woda lała się strumieniami, a ja wpadłam w panikę. Bartek nie odbierał telefonu, był na ważnym spotkaniu. Adrian zareagował błyskawicznie. Zakręcił zawór, znalazł narzędzia, uspokoił mnie.
– Spokojnie, mała awaria, zaraz to ogarnę – powiedział, uśmiechając się szeroko, choć był cały mokry.
Patrzyłam na niego, jak leżał na podłodze, siłując się z kluczem francuskim, i poczułam ukłucie w sercu. Wieczorem, gdy Bartek wrócił, nawet nie zauważył, że coś się stało. Rzucił tylko, że jest padnięty i idzie spać. Nie zapytał, jak mi minął dzień.
Myślał o sobie
– On cię nie docenia, wiesz? – Adrian stanął w drzwiach kuchni, gdy Bartek już chrapał. Oparł się o futrynę, patrząc na mnie smutnym wzrokiem.
– Jest zmęczony – broniłam go machinalnie.
– Jest ślepy – poprawił mnie szeptem i wycofał się do salonu, gdzie spał na kanapie.
Tydzień przed walentynkami napięcie w domu było nie do zniesienia. Czułam się winna za to, że lepiej rozmawia mi się z bratem narzeczonego niż z nim samym. Ale nie potrafiłam tego przerwać. To było jak narkotyk – ta uwaga, te rozmowy, to ciepło. Czternastego lutego rano Bartek zadzwonił z pracy.
– Kochanie, mam rezerwację w tej włoskiej restauracji, o której marzyłaś. Bądź gotowa na dziewiętnastą. Kocham cię.
Rozłączył się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Czułam ucisk w żołądku. Wiedziałam, co to oznacza. Walentynki, elegancka kolacja. Wszyscy znajomi pytali, kiedy wreszcie się oświadczy. To miał być ten dzień. Adrian był w domu. Widział, jak chodzę zdenerwowana po mieszkaniu.
– Boisz się? – zapytał prosto z mostu.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Wiesz. Oświadczy się dzisiaj.
To był moment
Zamarłam. Potwierdzenie moich przypuszczeń sprawiło, że poczułam chłód. Usiadłam naprzeciwko niego.
– Powinnam się cieszyć, prawda? Tego przecież chciałam od trzech lat.
– A chcesz tego teraz? – Adrian wstał i podszedł do mnie.
W domu panowała cisza. Bartek był w biurze, zarabiając na naszą przyszłość, a my byliśmy tutaj, w teraźniejszości, która pulsowała emocjami. Adrian położył dłoń na moim ramieniu. Jego dotyk był elektryzujący. To nie było tak, że planowaliśmy zdradę. To nie było wyrachowane. To był wybuch skumulowanych emocji, samotności i pragnienia bliskości.
Spojrzałam na niego i nie zobaczyłam brata mojego chłopaka. Zobaczyłam mężczyznę, który był przy mnie, gdy płakałam nad zepsutą pralką, który robił mi herbatę, gdy bolała mnie głowa, który znał moje ulubione piosenki. Nie pamiętam, kto zrobił pierwszy krok. Pamiętam tylko, że nagle jego usta były na moich. Świat przestał istnieć. Nie było Bartka, nie było kredytów, nie było planów. Byliśmy tylko my dwoje w środku dnia, w cichym mieszkaniu.
To, co działo się potem, było jak mgła. Pozwoliłam mu mówić słowa, które powinny paść z ust mojego narzeczonego. Przekroczyliśmy granicę intymności emocjonalnej i fizycznej tak daleko, że powrót wydawał się niemożliwy.
Zakochałam się
– Nie wychodź za niego – szeptał Adrian, gładząc mnie po włosach. – On cię zniszczy swoją obojętnością. Ucieknij ze mną.
To brzmiało jak szaleństwo. Romantyczne, tragiczne szaleństwo. Gdy zegar wybił siedemnastą, oprzytomniałam. Rzeczywistość uderzyła we mnie z siłą rozpędzonej ciężarówki. Odepchnęłam Adriana.
– Co my robimy? – zapytałam, drżąc. – To twój brat. Mój partner.
Adrian patrzył na mnie z bólem.
– To tylko biologia i pomyłka. Miłość jest tutaj.
– Nie, to jest zdrada. Musisz wyjść. Proszę, wyjdź, zanim on wróci.
Musiałam się zebrać. Wzięłam szybki prysznic, próbując zmyć z siebie zapach Adriana i poczucie winy. Nałożyłam makijaż, włożyłam sukienkę. Patrzyłam w lustro i nie poznawałam kobiety po drugiej stronie. Wyglądała pięknie, ale jej oczy były martwe. Spotkaliśmy się w restauracji. Bartek wyglądał wspaniale w garniturze. Był uśmiechnięty, zrelaksowany – projekt został zamknięty, premia przyznana. Był idealny.
– Wyglądasz zjawiskowo – powiedział, całując mnie w dłoń. Tę samą dłoń, którą kilka godzin wcześniej trzymał i całował jego brat.
Miałam ochotę krzyczeć
Kolacja przebiegała w atmosferze, którą każdy uznałby za romantyczną. Bartek opowiadał o planach budowy domu, o tym, że teraz będzie miał więcej czasu. Ja tylko kiwałam głową. I wtedy to się stało. Bartek wstał, wyciągnął pudełko i uklęknął.
– Sylwio, jesteś miłością mojego życia. Chcę budować z tobą każdy dzień. Czy zostaniesz moją żoną?
Powiedziałam „tak”. Co innego mogłam zrobić? Zniszczyć mu życie w miejscu publicznym? Przyznać się, że zakochałam się w jego bracie, bezrobotnym marzycielu? Bartek wsunął mi pierścionek na palec. Był piękny, klasyczny, ale dla mnie ważył tonę. Czułam się, jakbym zakładała kajdanki.
Wróciliśmy do mieszkania późno w nocy. Byłam wykończona udawaniem szczęścia. Bałam się wejść do środka. Czy Adrian tam będzie? Czy powie Bartkowi? W salonie było ciemno. Na stole leżała kartka. Bartek jej nie zauważył, poszedł prosto do łazienki, nucąc pod nosem. Podeszłam do stołu. „Dziękuję za gościnę. Znalazłem coś na drugim końcu Polski. Bądź szczęśliwa, Sylwia. Zasługujesz na to. A.”.
Wybrałam rozsądnie
Poczułam ulgę i rozdzierający smutek. Uciekł. Usunął się w cień, żebyśmy mogli grać w naszą idealną rodzinę.
– Adrian się wyprowadził? – zapytał Bartek, wychodząc z łazienki i zauważając brak torby brata w kącie. – Wreszcie. Może w końcu dorośnie. Teraz będziemy mieli spokój, kochanie. Tylko ty i ja.
Podeszłam do niego i przytuliłam go mocno, ukrywając twarz w jego koszuli, żeby nie widział moich łez. Myślał, że płaczę ze wzruszenia po zaręczynach.
– Tak, kochanie – wyszeptałam. – Tylko ty i ja.
Od tamtego wieczoru minął miesiąc. Noszę pierścionek każdego dnia. Planujemy wesele. Wszyscy mówią, że promienieję, ale nikt nie wie, że każdej nocy, gdy Bartek zasypia obok mnie, ja leżę wpatrzona w sufit, odtwarzając w pamięci dotyk Adriana i tamto popołudnie, kiedy przez chwilę czułam, że naprawdę żyję.
Narzeczony nigdy się nie dowie, co robiłam z jego bratem, gdy on pracował na naszą przyszłość. To będzie mój sekret, mój ciężar i moja pokuta. Wybrałam bezpieczeństwo i stabilizację, odrzucając szaleństwo i pasję. Ale czasem, gdy patrzę na ten diament, zastanawiam się, czy to lśnienie to obietnica szczęścia, czy tylko zimny blask kłamstwa, na którym zbudowałam resztę swojego życia.
Sylwia, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa rozstawiała nas po kątach i robiła inspekcje czystości. Gdy zaczęła ustawiać anioły, wyrzuciłam diablicę za drzwi”
- „Myślałam, że dla mojego chłopaka jestem całym światem. W walentynki zrozumiałam, że traktuje mnie jak koło zapasowe”
- „W dzieciństwie nie miałem nic, a dziś mam firmę i pieniądze. Szkoda, że dla rodziny jestem tylko bankomatem”