„Na walentynki dostałam wieczną różę. To miał być symbol miłości i uczucia, ale okazało się, że nie do mnie”
„W środku była róża. Jeden, sztuczny kwiat zamknięty w szklanej kopule. U podstawy widniał romantyczny grawer. Prezent wyglądał drogo, elegnacko, wręcz bajkowo, ale też... tandetnie. Nie przepadałam za różami, a sztuczne kwiaty mnie odstręczały. Do tego ten czerwony kolor. Zbyt wymyślny jak na mnie, zbyt kiczowaty, zbyt… nie mój”.

- Redakcja
Prezent dostałam w walentynkowy wieczór. Dawid był podekscytowany bardziej niż ja. Patrzył na mnie z wyczekiwaniem, które czułam niemal namacalnie, nie tylko jako presję, ale wręcz nacisk. Już wtedy wiedziałam, że to, co zaraz zobaczę, nie spełni tych oczekiwań, choć bardzo chciałam się mylić.
Prezent nie przypadł mi do gustu
Pudełko było duże, ciężkie i perfekcyjnie zapakowane. Dawid podał mi je z takim namaszczeniem, jakby wręczał coś przełomowego, coś, co miało zmienić sposób, w jaki na niego patrzę.
– Otwórz – powiedział cicho, z uśmiechem, który zdradzał dumę.
Usiadłam na kanapie i przez chwilę tylko gładziłam papier palcami, odwlekając moment. Czułam, że powinnam się cieszyć, że to jedna z tych chwil, które potem opowiada się znajomym. W końcu jednak uniosłam wieko.
W środku była róża. Jeden, sztuczny kwiat, przyozdobiony światełkami i tiulem, zamknięty w szklanej kopule. U podstawy widniał grawer z jakimś romantycznym zapisem. Prezent wyglądał drogo, elegnacko, wręcz bajkowo, ale też... tandetnie. Nigdy nie przepadałam za różami, a sztuczne kwiaty mnie wręczy odstręczały. Do tego ten czerwony kolor, którego unikałam od lat. Zbyt wymyślny jak na mnie, zbyt kiczowaty, zbyt… nie mój.
– To wieczna róża. Podoba ci się? – zapytał szybko, nachylając się bliżej.
Zanim odpowiedziałam, spojrzałam na jego twarz. Był wzruszony. Oczy mu błyszczały, jakby to on właśnie dostał prezent.
– Jest… naprawdę wyjątkowa – powiedziałam ostrożnie.
To była prawda, ale nie cała. Wzięłam różę do rąk i poczułam jej wagę. Nie tylko fizyczną. Wszystko w tym prezencie było zaplanowane, przemyślane, tylko nie pod kątem mnie. Nie pasowała do mojego stylu, do moich codziennych wyborów, do tej wersji mnie, którą Dawid znał od miesięcy.
– Wiesz – zaczął – zawsze marzyłem, żeby komuś to dać.
To zdanie zawisło między nami. Uśmiechnęłam się automatycznie, bo tego ode mnie oczekiwał. Pochyliłam się, żeby go przytulić, a on objął mnie mocno, jakby bał się, że ta chwila może się rozsypać.
– Dziękuję – szepnęłam mu do ucha.
W środku jednak coś zaczęło pękać. Analizowałam detale: kolor, kształt, symbolikę. Próbowałam dopasować je do siebie, ale to było jak przymierzanie cudzego płaszcza. Dawid patrzył na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy reaguję „właściwie”.
– Widzę, że jesteś zaskoczona – rzucił z lekkim śmiechem.
– Po prostu… nie spodziewałam się – odpowiedziałam.
To też była prawda. Nie spodziewałam się, że w chwili, która powinna mnie do niego przybliżyć, poczuję się tak bardzo niewidziana. Siedzieliśmy obok siebie, niemal się dotykając, a ja miałam wrażenie, że dzieli nas przepaść. Wdzięczność walczyła we mnie z autentycznością. Jedna mówiła: „Nie psuj tego”. Druga szeptała coraz głośniej: „To nie dla ciebie”. I choć na zewnątrz wszystko wyglądało idealnie, to właśnie wtedy pojawiło się pierwsze, ciche pęknięcie.
W środku czułam niepokój
To jedno zdanie wracało do mnie uparcie, jak refren piosenki, której nie da się wyłączyć. „Zawsze marzyłem, żeby komuś to dać”. Nie: tobie. Nie: dla ciebie. Komuś. Leżałam obok Dawida, słuchając jego równego oddechu, i czułam, jak w mojej głowie to wraca to zdanie, za każdym razem znacząc coś gorszego. Następnego dnia spotkałam się z Michałem. Znał mnie na tyle dobrze, że od razu zauważył, że coś jest nie tak.
– Wyglądasz, jakbyś dostała coś drogiego i zbędnego jednocześnie – rzucił, mieszając herbatę.
Parsknęłam śmiechem, który zabrzmiał bardziej gorzko, niż bym chciała.
– Bo dokładnie tak było.
Opowiedziałam mu o wiecznej róży, o zachwycie Dawida i o tym jednym zdaniu, które nie dawało mi spokoju. Michał słuchał w ciszy, nie przerywał, tylko marszczył brwi.
– A zapytałaś go, co miał na myśli? – zapytał w końcu.
– Nie chciałam wyjść na niewdzięczną – odpowiedziałam szybko. – To było takie… romantyczne. Przynajmniej w jego oczach.
Michał spojrzał na mnie uważnie.
– A w twoich?
Zawahałam się. W moich oczach było to raczej teatrzyk niż gest. Dawid zawsze lubił wielkie symbole, opowieści o uczuciach, które brzmią dobrze, gdy snuje się je na głos. Ja z kolei coraz częściej łapałam się na tym, że próbuję być „ugodowa”. Nie zadawać pytań, dopasowywać się.
– Czasem mam wrażenie, że on bardziej kocha ideę bycia romantykiem niż mnie – powiedziałam cicho.
Michał nie zaprzeczył. To było gorsze niż krytyka. W drodze do domu analizowałam naszą relację krok po kroku. Przypominałam sobie sytuacje, w których to ja dostosowywałam plany, ton, oczekiwania. On mówił pięknie o uczuciach, ale rzadko pytał o moje. A ja brałam to za cenę miłości.
Wieczorem Dawid opowiadał z entuzjazmem, jak bardzo cieszy go, że wieczna róża w końcu „trafiła do właściwej osoby”. Uśmiechałam się, kiwałam głową, ale w środku narastał niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę znaczył ten prezent. Podejrzenie pojawiło się nieśmiało, ale gdy już się zadomowiło, nie chciało odejść. A ja po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że to, co nazywamy romantyzmem, czasem bywa tylko projekcją niespełnionych marzeń.
Miałam prawo do własnych uczuć
Zebrałam się na odwagę kilka dni później. Nie było krzyku ani dramatycznych gestów, raczej cisza, w której każde słowo brzmiało zbyt głośno. Dawid siedział przy stole, przeglądając coś w telefonie, gdy usiadłam naprzeciwko niego.
– Chcę wrócić do rozmowy o prezencie – powiedziałam.
Uniósł wzrok, lekko zaskoczony, ale uśmiechnął się odruchowo.
– Jasne. Coś jest nie tak?
– Zastanawiam się, dlaczego akurat ta róża – zaczęłam ostrożnie. – Dlaczego w takim stylu.
Westchnął, jakby pytanie było zbędne.
– Bo jest piękna. Ponadczasowa. To taki prezent, który się pamięta.
– Ale nie dla mnie – odpowiedziałam ciszej, niż planowałam.
Zamilkł na moment, po czym zaśmiał się krótko.
– Przesadzasz. To tylko rzecz.
To „tylko” zabolało bardziej, niż się spodziewałam.
– Dla mnie nie jest tylko rzeczą – powiedziałam. – Mam wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego.
Dawid odchylił się na krześle.
– Zawsze wszystko analizujesz. Czasem warto po prostu przyjąć miły gest.
Jego ton był łagodny, ale protekcjonalny. Poczułam się, jakby moje emocje były czymś dziecinnym, co najlepiej przemilczeć.
– Nie chodzi o gest– odparłam. – Chodzi o to, że poczułam się, jakbyś mnie nie znał. Albo jakby nie interesowało cię to, co lubię.
– Przecież to dla ciebie – rzucił szybko. – Myślałem, że ci się spodoba.
Słuchałam uważnie, wyłapując pauzy między słowami. Były dłuższe, niż powinny.
– Naprawdę? – zapytałam.
– O co ci chodzi?
– Naprawdę tak pomyślałeś, kupując ten prezent?
Dawid spojrzał w bok, jakby szukał odpowiedzi na ścianie. Przez chwilę krążył palcem po blacie stołu.
– To nie ma znaczenia – powiedział w końcu. – Ważne, że teraz jest twój.
To była racjonalizacja ubrana w spokój. Im dłużej mówił, tym bardziej czułam, że próbuje obronić nie mnie, a swoją wizję. Wizję siebie jako kogoś, kto robi wielkie, romantyczne gesty.
– Ma prawo mi się nie podobać – powiedziałam, prostując plecy. – Nawet jeśli intencje były dobre.
– Robisz z tego problem – odparł. – Zupełnie niepotrzebnie.
W tej chwili dotarło do mnie, że nie walczę o prezent. Walczę o prawo do własnych uczuć. A atmosfera między nami zgęstniała, wypełniona półprawdami i niedopowiedzeniami, których nie chciał już rozplątać.
W końcu powiedział mi prawdę
Rozmowa nie skończyła się tamtego wieczoru. Wróciła do nas kilka dni później, zupełnie nieproszone, podczas zwyczajnej kolacji. Dawid był rozkojarzony, odpowiadał półsłówkami, aż w końcu odłożył sztućce z wyraźnym zniecierpliwieniem.
– Dobrze, skoro to dla ciebie takie ważne – powiedział. – Chcesz znać prawdę?
Serce przyspieszyło mi od tego tonu. Skinęłam głową.
– Ten prezent kupiłem wcześniej – zaczął, unikając mojego wzroku. – Jeszcze zanim się poznaliśmy.
Powietrze w kuchni zgęstniało.
– Dla kogo? – zapytałam, choć odpowiedź już we mnie dojrzewała.
– Dla Klary.
Wypowiedział to imię spokojnie, jakby mówił o czymś, co dawno minęło. A jednak poczułam lekkie ukłucie niepokoju.
– Nigdy jej go nie dałem – dodał szybko. – Wszystko się rozpadło. A kiedy pojawiłaś się ty, pomyślałem, że los po prostu znalazł właściwą osobę.
Słuchałam w milczeniu. Jego logika była dla niego oczywista: piękny gest nie powinien się zmarnować, uczucia mogą zmienić adresata. On widział w tym konsekwencję, romantyczną ciągłość. Ja widziałam coś zupełnie innego.
– Czyli… – zaczęłam powoli – dostałam resztki po kimś.
– Źle na to patrzysz – zaprotestował. – To było symboliczne. Przeszłość, która w końcu znalazła sens.
Poczułam wstyd, jakby to mnie przyłapano na czymś niewłaściwym. Gniew pojawił się zaraz potem, cichy, skupiony. Zrozumiałam, że często w tej relacji robiłam miejsce na jego opowieści, jego wyobrażenia o miłości. Teraz zobaczyłam to wyraźnie.
– A ja? – zapytałam. – Gdzie w tym wszystkim byłam ja?
Dawid milczał. Po raz pierwszy nie miał gotowej odpowiedzi. W tej ciszy uświadomiłam sobie, że nie chodzi tylko o prezent. Chodzi o to, że zostałam zastępczą odbiorczynią uczuć, które miały inną historię. To wyznanie nie miało paść, ale kiedy już padło, nie dało się go cofnąć. A ja wiedziałam, że nic między nami nie będzie już takie samo.
Miałam dość udawania, że to nie boli
Nie mogłam spać tej nocy. Róża stała w innym pokoju, a ja miałam wrażenie, że jej obecność wypełnia całe mieszkanie. Myślałam o tym, co właściwie dostałam. Nie o cenie ani o formie, ale o znaczeniu, które kryło się za tym sztucznym kwiatem. Zrozumiałam, że dostałam ochłapy po innej. Rano Dawid próbował zachowywać się normalnie. Zrobił kawę, zapytał, czy dobrze spałam. Ta codzienność bolała bardziej niż kłótnia.
– Musimy dokończyć wczorajszą rozmowę – powiedziałam, stawiając kubek na blacie.
Skinął głową, choć wyglądał na zmęczonego.
– Nie chciałem cię zranić – zaczął. – Dla mnie to było romantyczne. Jakby historia zatoczyła koło.
– Właśnie o to chodzi – przerwałam mu. – Ja nie chcę być element jakiejś historii, kolejnym epizodem. Nie chcę mieć nic wspólnego z twoją przeszłością. I na pewno nie chcę prezentów po twojej byłej.
Patrzył na mnie, jakby dopiero teraz naprawdę coś do niego dotarło.
– Cały czas próbowałam się dopasować – mówiłam dalej. – Być tą, która nie robi problemów, która rozumie. A teraz czuję się jak kolejna, nie jak jedyna.
– Przecież wybrałem ciebie – powiedział, z nutą desperacji.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie. – Ty tylko mną kogoś zastąpiłeś.
Te słowa zawisły między nami. Dawid zamilkł, po raz pierwszy bez dumy, bez potrzeby obrony własnego wizerunku. Widziałam w jego oczach dezorientację. Jakby ktoś nagle odebrał mu narrację o sobie jako idealnym partnerze.
– Chciałem dobrze – wyszeptał.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale dobre intencje też ranią.
Nie oddałam prezentu. Otworzyłam szafę i położyłam go na najwyższej półce. Stał się dla mnie materialnym dowodem emocjonalnego niedopasowania. Nie decyzją, ale ostrzeżeniem. Usiedliśmy w ciszy, każde z nas w swoich myślach. Wiedziałam jedno: już nie potrafiłam udawać, że to wystarczy. Miłość, w której nie dostrzega się drugiej osoby, staje się tylko ładnie zapakowanym wspomnieniem po kimś innym.
Muszę wreszcie być sobą
Minęło kilka dni. Przestaliśmy wracać do tamtej rozmowy, jakby każde z nas bało się, że jedno słowo za dużo popchnie nas w stronę decyzji, na którą oboje nie byliśmy gotowi. Dawid zachowywał się ostrożniej, ciszej, przestał w kółko mówić o swoich uczuciach. Ja patrzyłam na niego uważniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Otworzyłam szafę dopiero wtedy, gdy byłam sama. Stała tam, na górnej półce, nietknięta. Nie poczułam już złości. Raczej coś na kształt jasności. Zrozumiałam, że nie chodzi o przeszłość Dawida ani o Klarę, której nigdy nie poznałam. Chodziło o teraźniejszość, w której ja musiałam wreszcie być sobą.
Nie podjęłam decyzji. Jeszcze nie. Ale pierwszy raz pomyślałam nie o tym, kim powinnam być dla niego, tylko o tym, kim chcę być dla siebie. A to była myśl, której nie dało się już odłożyć z powrotem na żadną półkę.
Natalia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na słodkie walentynki, ale w tłusty czwartek eks męża odstawiła cyrk. Przypilnuje, by w piątek 13 miała pecha”
- „W tłusty czwartek zamiast faworków najadłam się wstydu. Po słowach teściowej zapadłam się pod ziemię”
- „Walentynki miały być słodkie jak pączki w tłusty czwartek. Ale 1 spojrzenie teściowej zamieniło je w gorzką lekcję”