Reklama

Wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą. Walentynki miały być spokojne i tylko nasze, takie, które zapamiętuje się na długo. Nie przewidziałam jednego — że przeszłość mojego męża wciąż potrafi zapukać do drzwi. I to dokładnie w dniu, w którym najbardziej chciałam o niej zapomnieć.

Serce uderzyło mi mocniej

Obudziłam się tamtego dnia wcześnie. Za oknem było jeszcze szaro, a w mieszkaniu panowała cisza, którą lubiłam tylko wtedy, gdy miałam plan. A ja go miałam. Każdy szczegół był dopięty: prezent schowany w szafie, kolacja zarezerwowana tydzień wcześniej, nawet kartkę napisałam dzień wcześniej, żeby ręka mi nie zadrżała. Chciałam, żeby Marek poczuł się wyjątkowo.

– Już nie śpisz? – zapytał, wychylając się z sypialni z lekko potarganymi włosami.

Nie mogłam – uśmiechnęłam się. – Dziś ważny dzień.

– Dla ciebie zawsze wszystko jest ważne – zażartował i podszedł, żeby mnie objąć.

Przez chwilę było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Ciepło. Blisko. Bez cienia. Dopiero później, kiedy Marek wyszedł do pracy, a ja krzątałam się po kuchni, zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Za wcześnie na kuriera. Otworzyłam bez zastanowienia. Na progu stała kobieta, którą znałam tylko ze zdjęć.

– Dzień dobry – powiedziała spokojnie. – Jest Marek?

Serce uderzyło mi mocniej. Miała na sobie jasny płaszcz, wyglądała schludnie, jakby przyszła w bardzo konkretnym celu. Nie wyglądała na zdenerwowaną. To mnie zaniepokoiło najbardziej.

– Nie ma – odpowiedziałam po chwili. – Jest w pracy.

– Szkoda – westchnęła. – To ważne. Jednak skoro już tu jestem… możemy porozmawiać?

Wpuściłam ją, chociaż każda komórka mojego ciała krzyczała, że to zły pomysł. Usiadła przy stole, rozejrzała się po mieszkaniu z czymś na kształt nostalgii.

Widzę, że nic się nie zmieniło – powiedziała cicho. – Ten stół… sami go wybieraliśmy.

– Po co pani przyszła? – zapytałam wprost, czując, jak planowany spokój zaczyna mi się wymykać.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Bo Marek nie powiedział ci wszystkiego. A dziś to chyba odpowiedni dzień, żeby przestać udawać.

W tej jednej chwili zrozumiałam, że ten dzień na długo utkwi mi w pamięci.

Z nerwów drżały mi ręce

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Słyszałam tylko tykanie zegara i własny oddech, zbyt płytki, jakby organizm bał się nabrać powietrza na zapas. W końcu pierwsza żona Marka oparła dłonie na blacie stołu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym ja zwykle kroiłam chleb.

– Nie przyszłam tu, żeby robić sceny – zaczęła. – Ani żeby cię straszyć. Po prostu… Marek nie zamknął wszystkiego tak, jak powinien.

– Co to znaczy? – zapytałam, chociaż przeczuwałam, że odpowiedź mi się nie spodoba.

– Nadal mamy sprawy do załatwienia. Nie chodzi o wspomnienia ani sentymenty – spojrzała mi prosto w oczy. – Chodzi o decyzje, które odkładał. A ty żyjesz w przekonaniu, że wszystko jest uporządkowane.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale starałam się trzymać prostą postawę.

To jest moje małżeństwo – powiedziałam twardo. – Jeśli coś jest niezamknięte, powinien mi o tym powiedzieć.

– Powinien – przyznała cicho. – Ale Marek zawsze bał się trudnych rozmów. Widać, że z tobą też.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam okazać. Wstałam i podeszłam do okna, żeby nie widziała, jak bardzo drżą mi ręce.

– Dlaczego dziś? – zapytałam. – Właśnie dziś?

– Bo dziś ma podpisać dokumenty – odpowiedziała po chwili. – A ja nie jestem pewna, czy wie, na co się zgadza. Albo czy ty wiesz, z czym to się wiąże.

Odwróciłam się gwałtownie.

Jakie dokumenty?

Zawahała się. Pierwszy raz zobaczyłam w niej niepewność.

– Dotyczą przyszłości. Jego… i po części twojej.

Kiedy wyszła, mieszkanie wydało mi się obce. Walentynkowa kartka leżała na stole jak coś zupełnie nie na miejscu. Usiadłam ciężko na krześle i spojrzałam na telefon. Miałam ochotę zadzwonić do Marka, ale bałam się, że jeśli to zrobię, usłyszę odpowiedzi, na które nie byłam gotowa. Tego dnia zrozumiałam, że miłość to nie tylko plany i intencje. To także prawda, nawet jeśli przychodzi w najmniej odpowiednim momencie.

Bałam się prawdy

Marek wrócił wcześniej. Usłyszałam przekręcany klucz i poczułam nagły skurcz w żołądku. Nie zdążyłam nawet schować kartki walentynkowej, która wciąż leżała na stole, jak wyrzut sumienia.

Coś się stało? – zapytał od progu, zdejmując płaszcz.

– Nie wiem... – odpowiedziałam zbyt szybko. – Ale ktoś tu był i....

Zatrzymał się. Ten jeden, ledwie zauważalny ruch zdradził więcej niż tysiąc słów.

– Kto? – zapytał ostrożnie.

Twoja była żona.

Zapadła cisza. Marek usiadł powoli na krześle, jakby nagle zabrakło mu sił. Przejechał dłonią po twarzy.

Przyszła tu? – wyszeptał. – Do ciebie?

– Tak. I powiedziała, że nie powiedziałeś mi wszystkiego – spojrzałam na niego uważnie. – Chcę wiedzieć, o co chodzi.

Przez chwilę milczał. Potem westchnął głęboko, jakby zbierał się na skok do zimnej wody.

– To sprawy, które miały zostać zamknięte dawno temu – zaczął. – Myślałem, że uda się je rozwiązać bez wciągania ciebie.

– Czyli jednak mnie wciągnąłeś – przerwałam mu. – Tylko bez mojej wiedzy.

Spojrzał mi prosto w oczy. Dostrzegłam strach. Ten sam, który widziałam czasem, gdy unikał trudnych tematów.

– Bałem się, że pomyślisz, że to coś znaczy – powiedział cicho. – A to nic nie znaczyło. Przynajmniej dla mnie.

– Ale znaczyło na tyle, że przyszła tu w walentynki – odpowiedziałam. – Do naszego domu.

Słowo „naszego” zawisło między nami ciężko. Marek wstał i podszedł bliżej, ale cofnęłam się o krok.

– Potrzebuję czasu – powiedziałam. – I prawdy. Całej.

Skinął głową, jakby dokładnie tego się spodziewał.

– Dobrze – odparł. – Powiem ci wszystko. Nawet jeśli to zmieni więcej, niż planowaliśmy.

Wtedy zrozumiałam, że to, co miało być tylko jednym dniem, stało się próbą dla całego naszego życia razem.

Nie poczułam ulgi

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Marek mówił wolno, momentami urywał zdania, jakby sam słuchał ich po raz pierwszy.

– Chodzi o zobowiązania, których nie domknąłem – zaczął. – Myślałem, że mam czas. Że zdążę, zanim to nas dotknie.

– Ale dotknęło – odpowiedziałam cicho. – I to bardzo.

Opowiedział mi o decyzjach odkładanych miesiącami, o strachu, że jeśli mnie w to wciągnie, to straci w moich oczach.

Nie chciałem cię obciążać – powtarzał.

– A ja nie chciałam być chroniona kosztem prawdy – odpowiedziałam. – Wolałabym bać się razem z tobą, niż żyć w nieświadomości.

Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Pierwszy raz zobaczyłam go tak bezradnego.

– Myślałem, że jeśli przetrwam to sam, wszyscy na tym zyskamy – powiedział. – Myliłem się.

Nie było krzyków. Nie było dramatycznych gestów. Było coś gorszego — ciche przewartościowanie wszystkiego, co do tej pory uważałam za pewnik. Walentynkowa kolacja przestała mieć znaczenie. Liczyło się tylko to, czy potrafimy jeszcze być zespołem. Wieczorem siedzieliśmy obok siebie na kanapie, zmęczeni rozmową.

Nie wiem, co będzie dalej – przyznałam. – Ale wiem, że nie chcę więcej niespodzianek.

– Ja też – odpowiedział. – Jeśli mamy iść dalej, to już bez kłamstw i niedomówień.

W tamtej chwili nie poczułam ulgi. Raczej ostrożną nadzieję, bardzo kruchą, ale prawdziwą.

Pozbyłam się złudzeń

Walentynki nie odbyły się tak, jak planowałam. Nie było wyjścia a romantyczną kolację, świec ani prezentu wręczonego z uśmiechem. Zamiast tego była długa noc pełna rozmów, przerwanych ciszą, w której każde z nas porządkowało własne myśli. Leżeliśmy obok siebie, ale nie dotykaliśmy się, jakbyśmy oboje bali się, że jeden gest mógłby wszystko zniszczyć.

Przez kolejne dni uczyłam się żyć z nową świadomością. Z tym że miłość nie chroni przed konsekwencjami dawnych decyzji. Że bycie razem to nie tylko wspólne plany, ale też odpowiedzialność za to, co się przemilczało. Marek dotrzymał słowa. Nie unikał rozmów, nie chował się za wymówkami. A ja musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potrafię zaufać na nowo, już bez iluzji.

Pierwsza żona Marka zniknęła z naszego życia nagle, tak jak się w nim pojawiła. Zostawiła po sobie chaos, ale też coś jeszcze — brutalne przypomnienie, że przeszłość nie znika tylko dlatego, że bardzo tego chcemy. Możemy ją co najwyżej oswoić, jeśli spojrzymy jej w oczy. Nie wiem, czy tamte walentynki nas wzmocniły, czy tylko obnażyły pęknięcia, które i tak już istniały. Wiem jednak, że po raz pierwszy od dawna poczułam, że żyję naprawdę, bez idealnej scenografii. I że jeśli mamy iść dalej, to już świadomie, nawet jeśli droga okaże się trudniejsza, niż planowałam. A romantyczna kolacja we dwoje? Może jeszcze kiedyś. Jedak już bez udawania.

Alicja, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama