Reklama

Walentynki zawsze budziły we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony śmiałam się z serduszek i promocji na kolacje, z drugiej cicho liczyłam, że kiedyś ktoś zaprosi właśnie mnie. Po latach rozczarowań nauczyłam się ostrożności, ale gdy pojawił się Paweł, coś we mnie drgnęło. Już przy zaproszeniu do eleganckiej restauracji poczułam niepokój. Zignorowałam go, bo bardzo chciałam uwierzyć, że tym razem będzie inaczej.

Walentynki są po to, żeby cieszyć się chwilą

Restauracja była dokładnie taka, jak na zdjęciach z internetu – ciepłe światło, białe obrusy i cichy gwar rozmów, który sprawiał, że wszystko wydawało się ważniejsze, niż było naprawdę. Paweł już czekał przy stoliku. Wstał, gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko i odsunął krzesło.

– Wyglądasz dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem – powiedział, jakbyśmy znali się dłużej niż kilka tygodni rozmów przez aplikację.

Usiadłam, czując znajome napięcie w karku. On mówił płynnie, pewnie, bez zawahań. Opowiadał o pracy, podróżach, planach. Kiedy podszedł kelner, Paweł nie zapytał, na co mam ochotę.

– Proszę polecić coś najlepszego z karty – rzucił z uśmiechem. – I coś do picia, żeby uczcić wieczór.

Chciałam zaprotestować, ale tylko skinęłam głową. Pomyślałam, że przesadzam. Że to miłe, gdy ktoś przejmuje inicjatywę. Paweł nachylał się w moją stronę, obniżał głos, patrzył uważnie.

– Lubię, gdy kobieta potrafi zaufać – powiedział w pewnym momencie. – To rzadkie.

Te słowa sprawiły, że poczułam ciepło i lekki wstyd jednocześnie. Zaczęłam opowiadać więcej, niż planowałam. O wieczorach spędzonych w pojedynkę, o tym, że długo byłam sama. On tylko patrzył mi głęboko w oczy.

– Dziś nie myślmy o jutro – rzucił, gdy kelner przyniósł kolejne dania. – Walentynki są po to, żeby cieszyć się chwilą, tym co tu i teraz.

Uśmiechnęłam się. Chciałam, żeby ten wieczór trwał jak najdłużej. Naiwnie wierzyłam, że jest początkiem czegoś wyjątkowego.

Zaraz wracam

W pewnym momencie Paweł nachylił się i powiedział cicho:

– Zaraz wracam, tylko do toalety – rzucił lekko.

Skinęłam głową, popijając łyk wody. Zostałam sama, wciąż jeszcze zanurzona w tym dziwnym poczuciu bliskości, które zdążyło się wytworzyć. Przez pierwszą minutę nie myślałam o niczym. Oglądałam ludzi przy sąsiednich stolikach, poprawiałam serwetkę, zerkałam na telefon. Mijały minuty, ale Paweł nie wracał. Spojrzałam w stronę korytarza prowadzącego do toalety. Nic. Pomyślałam, że pewnie długo kolejka. Że to normalne. Przecież nie ma powodu do niepokoju. Kelnerka podeszła i zapytała, czy wszystko w porządku. Uśmiechnęłam się tylko.

– Tak, wszystko ok – odpowiedziałam, choć już sama nie byłam tego taka pewna.

W głowie zaczęłam układać usprawiedliwienia. Może ktoś do niego zadzwonił. Może spotkał kogoś znajomego. Jednocześnie czułam coraz większe napięcie. Wyjęłam telefon i napisałam krótką wiadomość: „Wszystko ok?”. Odpowiedzi nie było. Zadzwoniłam. Raz. Drugi. Usłyszałam suchy sygnał, jakby numer przestał istnieć. Serce zabiło mi szybciej. Zajrzałam do łazienki, ale nikogo w niej nie było. Wróciłam do stolika. Zaczęłam dostrzegać spojrzenia obsługi. Nie były nachalne, raczej pełne wyczekiwania. Czułam, jak rumieniec wstydu wypełza mi na policzki. W głowie pojawiła się myśl, której wcześniej nie dopuszczałam: że on nie wróci. Siedziałam jeszcze chwilę, udając spokój. Każda minuta była cięższa od poprzedniej. Wiedziałam już, że coś się właśnie kończy, zanim zdążyło się naprawdę zacząć.

w środku czułam narastającą złość.

W końcu podeszła kelnerka. Tym razem nie pytała, czy czegoś potrzebuję. Spojrzała na mnie z uprzejmą rezerwą, która bolała bardziej niż otwarta ciekawość.

– Czy chce Pani zamówić coś jeszcze, czy może mam przynieść rachunek? – zapytała cicho.

Przez ułamek sekundy chciałam powiedzieć, że to nie ja powinnam go płacić. Że mężczyzna, z którym przyszłam, zaraz wróci. Słowa ugrzęzły mi w gardle.

– Tak – odpowiedziałam w końcu. – Poproszę.

Kiedy położyła rachunek na stole, patrzyłam na niego jak wryta. Kwota była znacznie wyższa, niż się spodziewałam. Przypomniałam sobie wszystkie momenty, gdy mogłam zaprotestować. Gdy mogłam powiedzieć „wystarczy”. Zamiast tego robiłam do niego maślane oczy, gdy zamawiał kolejny drogi deser.

– Pan… wyszedł? – zapytała ostrożnie kelnerka.

– Tak – skłamałam. – Musiał pilnie odebrać telefon.

Płaciłam drżącą ręką. Każdy ruch wydawał się nienaturalny, jakby obserwował mnie cały lokal. Starałam się nie patrzeć na ludzi. W głowie miałam tylko jedną myśl: jak bardzo dałam się wciągnąć w coś, co od początku było nie moje. Gdy oddałam terminal, poczułam ulgę i jednocześnie pustkę. Jakby coś zostało mi zabrane, a ja nie wiedziałam nawet, kiedy na to pozwoliłam. Uśmiechnęłam się sztucznie, dziękując obsłudze, choć w środku czułam narastającą złość.

Wstałam od stołu. Krzesło zaskrzypiało zbyt głośno. Chciałam zniknąć. W drodze do wyjścia jeszcze raz zerknęłam w stronę toalety. Była pusta. To był moment, w którym zrozumiałam, że nie było żadnej pomyłki. To nie był zbieg okoliczności. Drzwi restauracji zamknęły się za mną cicho, ale we mnie coś pękło. Wiedziałam, że tej chwili nie da się już cofnąć.

Może kiedyś zaufam ponownie

Spotkałyśmy się w kawiarni, jak zawsze. Monika siedziała przy oknie, popijając kawę i przeglądając telefon. Na mój widok uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że coś się stało. Czuła to na kilometr, choć nie musiałam nic mówić. Usiadłam naprzeciwko niej, cicho odkładając torebkę na stolik. Monika spojrzała na mnie, po czym wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się do trudnej rozmowy. Ale to ja nie mogłam znieść ciszy, więc to ja zaczęłam.

– Paweł… – zaczęłam, nie wiedząc, od czego zacząć. – Zniknął. Po prostu… wyszedł.

Monika zmarszczyła brwi, ale nie przerwała mi. Opowiadałam jej wszystko – jak dobrze się zaczęło, jak pewnie się czułam, jak po prostu "wpasowałam się" w tę rolę. Nie chciałam, żeby Monika mnie oceniała, więc mówiłam to, co wydawało mi się najłatwiejsze do przyjęcia: że byłam głupia, ale przecież każdemu może się zdarzyć. W końcu po prostu nie pasowaliśmy do siebie.

– Ale przecież on wydawał się taki… –kontynuowałam, ale Monika przerwała mi.

– Tak, wydawał się. To jest właśnie problem. Pozwoliłaś, by to, co wydawało się, wzięło górę nad tym, co naprawdę czułaś.

Niestety miała rację. Zawsze tłumaczyłam siebie – że jestem ostrożna, że nic się nie dzieje, że nie warto za bardzo się angażować. Ale w końcu dałam się wciągnąć. Nie zauważyłam momentu, w którym zaczęłam być bardziej zainteresowana iluzją niż prawdą. Monika spojrzała na mnie z pełnym zrozumienia wzrokiem.

– Iga, nie ma nic złego w byciu samotną. Wiesz to, prawda? Nie musisz nikogo szukać za wszelką cenę. I nie pozwól, by ktoś traktował cię jak opcję, a nie jak priorytet.

Jej słowa były jak zimny prysznic. Zaczęłam się zastanawiać, ile razy w przeszłości tak właśnie traktowałam siebie. Ile razy byłam „dostępna”, zbyt gotowa, by zadowolić innych kosztem własnego komfortu. Zatrzymałam wzrok na filiżance kawy, czując, jak powoli przepływają przez mnie te wszystkie myśli, które wcześniej ignorowałam.

– Muszę chyba dać sobie więcej czasu – powiedziałam cicho. – Może nie jestem gotowa na takie rzeczy, jak myślałam.

Monika uśmiechnęła się delikatnie.

– I to jest w porządku. Nikt nie mówi, że musisz od razu skakać do nowych relacji. Teraz ważne jest, żebyś na nowo nauczyła się siebie.

Wtedy, po raz pierwszy od tamtej nocy, poczułam, jakby coś we mnie zaczynało się powoli układać. Nie wiem, kiedy przestałam się oszukiwać, ale czułam, że to krok w stronę zdrowienia. Nie czułam się silna, nie czułam się gotowa, ale przynajmniej wiedziałam, że nie jestem gotowa dać nikomu przyzwolenia na to, by się bawił moim kosztem. Nie było motywacyjnego zakończenia, jak w książkach. Był tylko ból, żal, ale i wyzwolenie – ta świadomość, że samotność nie jest najgorszą rzeczą, która może mnie spotkać. I może kiedyś zaufam ponownie. Może. Ale nie teraz.

Iga, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama