Reklama

Od kilku miesięcy nie mogłam spać. Zasypiałam koło trzeciej, a budzik dzwonił przed siódmą. W pracy potrafiłam wpatrywać się w ekran przez kilkanaście minut, nie wiedząc, co właściwie robię. Mój szef był zbyt zajęty sobą, żeby to zauważyć, a koleżanki z open space’u i tak uważały, że jestem z tych, co tylko czekają, aż ktoś za nich wszystko zrobi. Byłam po trzydziestce, bez partnera, bez dziecka, bez planu. Warszawa, która jeszcze kilka lat temu kusiła światłami i obietnicami, teraz zaczęła mnie przytłaczać. Aplikacje randkowe? Wypalone. Po dziesiątym spotkaniu z „fajnym facetem”, który po trzecim piwie zaczął mi opowiadać o swojej byłej żonie i dwóch egzekucjach komorniczych, miałam dość.

Reklama

Zrobiłam coś, co chodziło mi po głowie od dłuższego czasu – spakowałam kilka rzeczy i pojechałam na wieś, do mamy. Oficjalnie: „na urlop”, nieoficjalnie: ucieczka. Już na dworcu autobusowym poczułam ulgę. Żadnych klaksonów, żadnych spojrzeń oceniających, żadnego make-up'u. Gdy wysiadłam z autobusu, niemal od razu poczułam zapach pól. Taki, który kiedyś był dla mnie oczywisty, a teraz pachniał jak luksus. Mama czekała na mnie z obiadem – kartoflanka i jajka sadzone, wszystko z własnego ogródka. Na stole stał też kompot z rabarbaru. Że też te rzeczy naprawdę jeszcze istnieją.

Wzięłam rower i pojechałam na przejażdżkę po okolicy. Nic się nie zmieniło. Może tylko asfalt zrobił się gładszy, a chałupy bardziej nowoczesne. Ale rzeka była tam, gdzie zawsze. I las też. Zatrzymałam się na chwilę i zamknęłam oczy. „Kuba” – pomyślałam. – „Ciekawe, co u ciebie. Może wyjechałeś, może się ożeniłeś. Może masz dzieci. A może tak jak ja nie umiesz się odnaleźć”. To był mój pierwszy chłopak. Mieliśmy po siedemnaście lat, kiedy pierwszy raz się pocałowaliśmy, i dziewiętnaście, kiedy rozstaliśmy się przed maturą. On miał zostać i pomagać ojcu przy gospodarce, ja miałam „ruszyć w świat”. Tak przynajmniej wtedy myśleliśmy. Nie wiedziałam, że to wszystko zacznie się właśnie od tego lasu.

Byłam zbyt szczera

– Zawsze będziesz się włóczyć sama po tych chaszczach? – usłyszałam znajomy głos i odruchowo zamarłam. Serce zaczęło mi bić jak szalone.

Odwróciłam się. Stał kilka kroków dalej, oparty o brzozę z koszykiem pełnym grzybów. Włosy miał nieco dłuższe, zarost przyprószony siwizną, ale oczy te same – ciemne, czujne. Mój Kuba.

– No proszę – powiedziałam z udawaną swobodą, zbliżając się. – Leśny pustelnik jednak istnieje.

Uśmiechnął się krzywo.

– To raczej ty się zjawiłaś tu jak zjawa. Plotki głoszą, że Ola z miasta przyjechała.

– Plotki nie kłamią – rzuciłam. – A ty? Nadal tu? Nadal grzyby i traktor?

– Grzyby tak – przyznał, unosząc koszyk – traktor chwilowo nieczynny. A ty? Nadal wielka pani w korpo?

Raczej wypalona trzydziestolatka w poszukiwaniu oddechu – powiedziałam szczerze, może nawet zbyt szczerze. – Fajnie cię widzieć, Kuba.

– Fajnie cię widzieć, Olu – powiedział cicho.

Milczeliśmy przez chwilę, oboje niepewni. Potem zaczęliśmy iść ścieżką, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Rower został przy brzozie. On pokazywał mi miejsca, gdzie „pewniak rośnie zawsze po deszczu”, ja opowiadałam mu, jak w Warszawie grzyby widuje się tylko w słoikach.

– Czemu wtedy tak po prostu zniknąłeś? – zapytałam nagle, nie patrząc na niego.

– A ty czemu nie pisałaś? – odpowiedział pytaniem.

Zatrzymałam się.

– Serio? To był twój ruch, Kuba. Pożegnałeś mnie jednym zdaniem na przystanku i tyle.

Westchnął, spuścił wzrok.

– Bo... myślałem, że ci nie wystarczę. Że potrzebujesz innego świata. Lepiej ubranych facetów. Kogoś, kto wie, co to brunch i espresso doppio.

– Głupi jesteś – powiedziałam półgłosem, ale z ciepłem.

– Wiem – uśmiechnął się znowu. – Ale na grzybach się znam.

Zadrżałam cała z emocji

– Tu był kiedyś ten pień, pamiętasz? – wskazałam ręką miejsce między dwoma sosnami. – Siadaliśmy tu latem po kąpieli w jeziorze.

– Pamiętam. Zawsze narzekałaś, że mech za zimny na tyłek.

– Bo był – uśmiechnęłam się, ale zaraz spoważniałam. – A potem przestałeś przychodzić.

Usiedliśmy na starym konarze. Las był cichy, słońce przesączało się przez liście. Czułam zapach ściółki i żywicy. Kuba siedział obok, blisko, zaskakująco blisko.

– Wiesz, że wtedy, po naszym rozstaniu, nie potrafiłem patrzeć na ten las przez rok? – powiedział nagle. – Miałem wrażenie, że wszystko tu pachnie tobą.

Zamilkłam. Nie miałam przygotowanej odpowiedzi. Nie myślałam, że coś we mnie jeszcze tak zadrży.

– Bałem się, że nie wystarczę ci w tym dużym świecie. Że jak wyjedziesz, to przestaniesz mnie potrzebować. A ja… ja nie umiałem tam jechać za tobą. Ja znałem tylko ten kawałek ziemi. Las, pole, traktor.

– A ja myślałam, że już mnie nie kochasz – wyszeptałam. – Czekałam na wiadomość. Chociaż jedną.

– Codziennie pisałem je w głowie – przyznał. – Ale nigdy nie wysłałem.

– Dlaczego?

– Bo jak się człowiek naprawdę boi, to nawet głupi esemes staje się za trudny.

Zapadła cisza. Nieprzyjemna. Ciężka. Po chwili odwróciłam głowę w jego stronę.

– Ja też nie umiem odnaleźć się w tym świecie. Zawsze coś mi tam nie pasowało. Głośno, zimno, powierzchownie. A tutaj… tutaj się oddycha.

Spojrzał na mnie długo. Bardzo długo.

– Jak wtedy? – zapytał cicho.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego nachyliłam się powoli. On też. I tak po trzynastu latach, bez wielkich słów, bez muzyki w tle, po prostu się pocałowaliśmy. Najpierw delikatnie. Potem głębiej, mocniej. To nie było jak w filmie. Ale było do głębi prawdziwie.

Znowu dałam się nabrać

Pocałunek urwał się nagle, jakby ktoś pociągnął za sznurek i zgasił światło.

– Kuba?! – rozległ się kobiecy głos z głębi lasu. – Gdzie ty jesteś?!

Oderwaliśmy się od siebie gwałtownie. Ja z głową pełną romantycznych uniesień, on z twarzą wykrzywioną dziwnym grymasem. Spojrzałam na niego pytająco. On tylko zamilkł. Jakby ktoś wyjął mu język.

– Kuuuuba! – głos był coraz bliżej, bardziej zdenerwowany. – No nie wierzę, przecież mówiłeś, że idziesz tylko po podgrzybki!

Wtedy z krzaków wyłoniła się ona. Smukła, w legginsach i fartuszku. Piękna. I wściekła.

– Co tu się, do cholery, dzieje?! – wykrzyczała, zatrzymując się kilka kroków od nas. Jej wzrok przesunął się po mnie jak po ślimaku na chodniku.

– Ola... to jest... – zaczął Kuba, ale urwał.

– Narzeczona? – zapytałam martwym głosem, widząc pierścionek na jej palcu. – Ty masz narzeczoną?

– To jakaś twoja była? – zwróciła się do niego tamta kobieta, już nie krzycząc, ale ścinając wszystko lodowatym tonem.

– My... tylko rozmawialiśmy – bąknął Kuba.

– Tak, na mchu! Z językiem w jej gardle. Super rozmowa – parsknęła i dodała: – Kuba, błagam cię, idziemy. Albo ty idziesz, albo ja idę sama. Mam dość tej twojej „rozmowy”!

Spojrzałam na niego. Jeszcze raz. A potem wstałam i bez słowa ruszyłam w przeciwną stronę. Potykałam się o korzenie, w oczach miałam łzy.

– Ola, poczekaj! – zawołał za mną, ale nie odpowiedziałam.

Nie chciałam słuchać. Nie chciałam słyszeć. Nie wierzę... Znowu dałam się nabrać.

Wiedziałam, że to był błąd

Trzasnęłam drzwiami, zanim mama zdążyła wyjść z kuchni. Weszłam prosto do swojego starego pokoju i usiadłam na łóżku. Po chwili opadłam na poduszkę twarzą do dołu i zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie. Łzy wsiąkały w pościel, jakby się do niej przyzwyczaiły. Nie wiem, ile tak leżałam. Godzinę? Dwie? Nie czułam czasu. Czułam tylko ten znajomy ciężar na klatce piersiowej – jakby ktoś mi tam postawił cegłę. Cegłę z napisem: „Wiedziałaś, a i tak w to szłaś”.

Jak mogłam być taka głupia? Znowu. Serio? Znowu się dałam nabrać na te oczy, na uśmiech, na rozmowę o dzieciństwie i polnych drogach. Myślałam, że to znak. Że los coś naprawia. A to tylko powtórka z rozrywki. Tym razem w wersji z narzeczoną w tle. Kto normalny zaczyna się całować w lesie z gościem, o którym nie wie nic od trzynastu lat?

– Ola? – mama zapukała cicho. – Coś się stało?

– Nie – odpowiedziałam szybko, łamiącym się głosem. – Po prostu... wieś to jednak nie mój klimat.

– Aha – powiedziała tylko. Mama zawsze wiedziała, kiedy lepiej nie dopytywać.

Wieczorem zaczęłam się pakować. Powoli, byle co, byle gdzie. Mama próbowała jeszcze rzucić:

– Ale przecież miałaś zostać do końca tygodnia.

Zmiana planów. Muszę wracać.

– Dobrze. Zrobisz jak uważasz – powiedziała cicho.

W nocy leżałam bez ruchu, patrząc w sufit. Wiedziałam jedno, że to był błąd. Wielki błąd. Myślałam, że wracam do siebie, a wróciłam tylko do wspomnień. Tyle że one już nie miały ze mną nic wspólnego.

On wykorzystał okazję

Wyjeżdżałam o szóstej rano. Mama zapakowała mi kanapki i zupę w słoiku, jak kiedyś. Powiedziała tylko:

– Bądź ostrożna, spokojnej podróży. Jakby co – dzwoń.

Skinęłam głową i wsiadłam do autobusu. Słońce ledwo wychylało się zza drzew, kiedy mijałam znajome pola. Las. Tamten z wczoraj. Zacisnęłam zęby i odwróciłam głowę. Na pierwszym postoju gdzieś na trasie kupiłam kawę i butelkę wody. Usiadłam na murku i pierwszy raz od wczoraj poczułam coś na kształt spokoju. Nie ulgi. Raczej decyzji. Nie wracam już do tego. Nie będę więcej zaglądać do przeszłości z nadzieją, że coś jeszcze tam na mnie czeka. Włączyłam telefon i zobaczyłam wiadomość od Kuby.

„Ola, przepraszam. Nie powinienem był. To było nie fair. Chciałem cię zobaczyć, naprawdę. Nie sądziłem, że to się tak potoczy. Odezwij się, proszę”.

Przez chwilę wpatrywałam się w ekran. Potem tylko kliknęłam „usuń”. On mnie nie kochał. On po prostu wykorzystał okazję. A ja – byłam wygodna. Znajoma. Prosta do rozbudzenia emocji, które już dawno wygasły. Nie będę pocieszeniem. Nie będę planem B. Nie będę wspomnieniem do pogłaskania, kiedy robi się pusto w życiu.

Pomyliłam sentyment z szansą

Wróciłam do mieszkania i pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam okna na oścież. Zimne miejskie powietrze uderzyło mnie w twarz, ale nie zamknęłam. Potrzebowałam tego. Tej surowości, tej codzienności, tego wszystkiego, co kiedyś uważałam za ucieczkę. Teraz – było moim azylem. Zdjęłam buty, zostawiłam walizkę w przedpokoju i usiadłam przy komputerze. Wpisałam: „Wakacje dla jednej osoby, wrzesień, Chorwacja, mała miejscowość”. Po dziesięciu minutach kliknęłam „rezerwuj”. Bez wielkich analiz, bez planowania każdego dnia. Tak po prostu.

Nie chciałam tam uciekać. Chciałam odpocząć. Ale nie od życia. Od własnych złudzeń. Przez chwilę siedziałam w ciszy. Potem wyciągnęłam z szafki kieliszek i otworzyłam białe wino, które dostałam kiedyś na urodziny, ale zawsze było „na później”. Później właśnie nadeszło. W telefonie miałam kolejną wiadomość od Kuby. Tym razem nawet jej nie czytałam. Po prostu przesunęłam w bok i zablokowałam jego numer.

Nie dlatego, że chciałam być mściwa. Po prostu nie miałam już nic, co chciałabym mu powiedzieć. I nie chciałam już niczego słuchać. Zbyt długo goniłam za emocjami, które należały do przeszłości. Zbyt długo myliłam sentyment z szansą. A przecież można kochać wspomnienia i jednocześnie pozwolić im odejść. Zamknęłam laptopa, podeszłam do okna. Po raz pierwszy od dawna pomyślałam, że dobrze, że jestem tu, a nie tam. Bo tu, nareszcie, byłam tylko sobą. Bez nostalgii. Bez planu B. Bez jego głosu w głowie.

Aleksandra, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama