„Zdradziłem żonę na wyjeździe służbowym w Zakopanem. Sama jest sobie winna, więc niech nie udaje świętej”
„Wymienialiśmy krótkie zdania, które miały znaczyć więcej, niż powinny. Jej stopa musnęła moją pod wodą, przypadkiem, albo i nie. Odwróciłem wzrok, ale nie odsunąłem się. Wiedziałem, że to nie powinno się dziać. Wiedziałem też, że już nie umiem się cofnąć. Później zostaliśmy tylko we dwoje”.

- Redakcja
Kiedyś myślałem, że wszystko w moim życiu jest po prostu... w porządku. Praca, dom, dwójka dzieci, kredyt hipoteczny na 30 lat i te same wieczory – z serialem w tle i kubkiem herbaty, którą parzę z przyzwyczajenia, nie z potrzeby. Życie jak z instrukcji obsługi dorosłości. Bez szaleństw, bez dramatów. Stabilne. Tak sobie to tłumaczyłem. Że stabilność to wartość. Że nudne jest dobre. Z Anką – moją żoną – nie kłócimy się od dawna, ale też... nie rozmawiamy. Już nie. Niby codziennie wymieniamy zdania typu: co na obiad, czy dzieci odrobiły lekcje, kiedy wizyta u dentysty... Ale gdzieś po drodze zapomnieliśmy, jak się patrzy na siebie, a nie obok. Dotykamy się tylko przez przypadek. Całuję ją w policzek mechanicznie, jakby to była rutynowa kontrola paszportowa.
– Tak wygląda dorosłość – powtarzam sobie, kiedy wieczorem siedzę sam w kuchni, a w tle leci trzeci odcinek jakiegoś tasiemca. Czasem myślę, że gdyby ktoś podmienił Ankę na inną kobietę, przez tydzień bym nie zauważył.
Wyjazd integracyjny do Zakopanego wydał się jak chwilowe wyłamanie się z tej rutyny. Nawet nie miałem specjalnej ochoty jechać, ale szef stwierdził, że „dobrze by było się pokazać”. Pokazać? Komu? Po co? Zabrałem torbę, wrzuciłem kilka ubrań i powiedział Ance:
– Wracam w niedzielę. Jak zawsze.
Nie spojrzała na mnie. Tylko skinęła głową i wróciła do krojenia ogórka. Nie planowałem zdrady. Nigdy niczego nie planuję. Po prostu... wszystko po prostu się dzieje.
Jej stopa musnęła moją
Pierwszy wieczór zaczął się niewinnie. Było głośno, duszno, ciepło od rozmów i śmiechów, które odbijały się od drewnianych ścian pensjonatu. Ktoś przyniósł głośnik, ktoś inny – coś mocniejszego. Krążyły śmiechy i szepty, niektóre nazwiska z HR brzmiały mi znajomo, inne zupełnie nie. Nikt nie sprawdzał godzin, nikt nie mówił o targetach. Czułem się trochę jak na koloniach, a nie w pracy. Siedzieliśmy w jacuzzi na tarasie, kilku kolegów z działu i dwie dziewczyny z HR. Jedna z nich – Karolina – śmiała się głośniej niż reszta. Miała pewność siebie, która od razu ustawia innych dookoła. Skierowała wzrok na mnie, jakby coś już wiedziała.
– No proszę, pan Jacek też się w końcu skusił – powiedziała z uśmiechem, zanurzając się do połowy. – A mówiłeś w windzie, że nie przepadasz za imprezami.
– Nie przepadam – odpowiedziałem, zerkając na unoszące się w wodzie bąbelki. – Ale czasem dobrze zmienić otoczenie.
– Tylko otoczenie? – zapytała z przekąsem. – Czy coś jeszcze chcesz zmienić?
– Pewnie by się coś znalazło – odparłem. Starałem się mówić lekko, ale czułem, jak napięcie we mnie narasta.
Wymienialiśmy krótkie zdania, które miały znaczyć więcej, niż powinny. Jej stopa musnęła moją pod wodą, przypadkiem, albo i nie. Odwróciłem wzrok, ale nie odsunąłem się. Wiedziałem, że to nie powinno się dziać. Wiedziałem też, że już nie umiem się cofnąć. Później siedzieliśmy jeszcze przy kominku, ale tylko we dwoje. Inni się porozchodzili. Karolina opowiadała o swoim psie, o przeprowadzce, o tym, jak ludzie po trzydziestce szukają emocji. Nie dotykała mnie, nie prowokowała wprost. A mimo to – wszystko we mnie już krzyczało.
– Dorzucić jeszcze do ognia? – zapytała, wstając.
– Możemy pójść do ciebie – odpowiedziałem cicho. Nawet nie patrzyłem jej w oczy.
Nie odpowiedziała. Po prostu ruszyła w stronę schodów, a ja szedłem za nią. Po wszystkim siedziałem na brzegu łóżka, ubierałem się w ciszy. Karolina leżała z zamkniętymi oczami, jakby zasypiała.
– To nic nie znaczyło – powiedziałem cicho. Bardziej do siebie niż do niej.
Nie otworzyła oczu. Kiwnęła tylko głową. Wróciłem do swojego pokoju na palcach, jakby to cokolwiek miało zmienić. Położyłem się na łóżku, ale nie zasnąłem. Zdałem sobie sprawę, że nie zdradziłem żony teraz pierwszy raz w hotelu. Zdradziłem, kiedy przestałem się starać.
Czułem coś gorszego – pustkę
Zakręciłem klucz w zamku i przez chwilę nasłuchiwałem. Z kuchni dobiegał szmer telewizora. Dzieci śmiały się z czegoś, Anka nalewała zupę do talerzy. Na mój widok uśmiechnęła się delikatnie, ale nie podeszła. Tylko rzuciła:
– Obiad jeszcze ciepły. Zdążysz.
Usiadłem przy stole, a syn natychmiast zaczął opowiadać o meczu w szkole. Córka przerwała mu, wpychając między słowa własną historię. Anka siedziała naprzeciwko, jadła powoli. Patrzyła na mnie inaczej niż zwykle. Nie podejrzliwie. Jakby coś wiedziała, ale nie chciała tego nazywać.
– A jak w pracy? – zapytała w końcu.
– Jak zwykle – odpowiedziałem i spojrzałem w talerz.
W nocy leżałem obok niej, z otwartymi oczami. W ciemności słychać było tylko jej spokojny oddech i delikatny szum zza okna. Nie czułem winy. Nie czułem też ulgi. Czułem coś gorszego – pustkę. Wszystko wróciło do normy. A ja już wiedziałem, że ta norma to tylko wygodna iluzja. Gdy syn przyszedł rano do kuchni, zapytałem:
– Wszystko w porządku?
– Jasne – odpowiedział z zaskoczeniem, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Wróciłem do parzenia kawy. Może to naprawdę nic nie znaczyło. Może gdyby Anka nigdy się nie dowiedziała...
Nie wiedziałem, co powiedzieć
Miesiąc później Anka postawiła filiżankę na stole i usiadła naprzeciwko mnie. Nie było na jej twarzy złości. Ani łez. Patrzyła spokojnie.
– Zostawię cię – powiedziała cicho. – Nie za zdradę. Za to, że myślisz, że ja nic nie wiem.
Nie powiedziałem nic. Nie zapytałem, skąd wie. Wiedziałem, że to nie ma znaczenia. Milczałem, choć serce waliło mi jak przed skokiem z wysokości.
– Zdrada to tylko gest – mówiła dalej. – Ty mnie zostawiłeś dawno temu. Fizycznie byłeś, ale nic poza tym.
Nie miałem argumentów. Nie miałem nic. Tylko ciszę.
– Masz rację – powiedziałem w końcu.
– Wiem – odparła, wstając.
Nie trzaskała drzwiami. Nie krzyczała. Wzięła płaszcz i wyszła, jakby szła po bułki do sklepu. A ja zostałem przy stole, z filiżanką jeszcze ciepłej kawy. Wtedy zrozumiałem – to nie był koniec przez tamtą noc. To było tylko lustro. Zobaczyła w nim wszystko, czego ja przez lata nie chciałem widzieć.
Nie zdrada bolała najbardziej
Pamiętam, jak się poznaliśmy. Była zadziorna, szybka w ripostach, trochę nieobliczalna. Mnie to fascynowało. Potrafiła śmiać się tak głośno, że ludzie odwracali głowy, ale zupełnie się tym nie przejmowała. Ja zawsze byłem ten spokojniejszy, ostrożniejszy, przewidujący. Pasowaliśmy do siebie wtedy, bo ona wnosiła coś, czego mi brakowało. Potem pojawiły się dzieci. Kredyt. Obowiązki. Planowanie obiadu i rozkładanie prania. Z każdym rokiem mniej rozmawialiśmy o marzeniach, a więcej o zakupach i logistyce. Przestaliśmy się całować na powitanie.
Przypomniał mi się jeden wieczór, kiedy jeszcze byliśmy blisko. Siedzieliśmy na balkonie tylko we dwoje. Dzieci u rodziców. Ona miała bose stopy i mówiła, że boi się, że wszystko zniszczymy tym dorosłym życiem, że przestaniemy się kochać, tylko się przyzwyczaimy. Pamiętam, że objąłem ją wtedy i powiedziałem, że nigdy na to nie pozwolę. A potem pozwoliłem. Nie zdrada boli najbardziej. Boli to, że przez lata można siedzieć obok kogoś, dzielić z nim wszystko – i mimo to być kompletnie samemu.
Nie miałem siły na nic
Siedziałem sam w pustym mieszkaniu. Anka zabrała dzieci do swoich rodziców, nie zostawiając wiadomości ani terminu powrotu. Na krześle leżała jeszcze jej chusta, której zapomniała. Nie podniosłem jej z podłogi, choć od rana się o nią potykałem. Nie miałem siły. Przeglądałem zdjęcia w telefonie. Nasza rodzina w komplecie. Święta, wakacje, urodziny dzieci. Na wszystkich byłem obok nich, ale na żadnym nie byłem naprawdę obecny. Otworzyłem galerię z wyjazdu do Zakopanego. Tamto selfie z kieliszkiem w ręce, uśmiechnięty, opalony. Patrzyłem na tę twarz jak na kogoś obcego. Jakbym to nie był ja. Wybrałem numer Anki. Odebrała po kilku sygnałach.
– Nie proszę, żebyś wróciła – powiedziałem cicho. – Ale dziękuję, że powiedziałaś prawdę.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem odpowiedziała:
– Zrobiłam to głównie dla siebie.
Rozłączyła się, a ja patrzyłem przez chwilę na wygaszony ekran, jakby miał mi coś jeszcze powiedzieć.
Nie wiem, co będzie dalej
Nie jestem pewien, kiedy dokładnie zacząłem znikać z własnego życia. Nie było jednego dnia, jednej decyzji. To był proces – codziennie trochę mniej rozmowy, trochę mniej czułości, trochę więcej zmęczenia, ciszy i wieczorów spędzonych obok siebie, nie razem. Przez lata wydawało mi się, że najważniejsze to nie robić nic głupiego. Nie zaryzykować. Nie narobić szkód. A nie zauważyłem, że właśnie to moje „nic” było największą krzywdą. Zdradziłem raz. Ale zawodziłem przez lata. Przez każdą chwilę, w której nie słuchałem. Przez każde „zaraz”, każde „później”, każde wycofanie się z rozmowy, kiedy jeszcze można było coś naprawić. Nie wiem, co będzie dalej. Jestem tylko człowiekiem, który za długo był nieobecny. Wiem jedno – nie chcę już spać z otwartymi oczami. Największą zdradą nie była tamta noc. Największą zdradą była obojętność.
Jacek, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Matka przyszła na ślub, a ja ją wyrzuciłam na ulicę. Dopiero potem otworzyłam kopertę, którą mi dała i zapłakałam”
- „Teść oskarżył mnie, że ukradłam 1000 zł z koperty. Domyślałam się, że coś knuje, ale nie, że będzie tak okrutny”
- „Dzieci mówią, że powinnam chodzić w podomkach i wybierać miejsce na cmentarzu. A ja myślę, że 60-tka to nie wyrok”