Zawsze lubiłam, żeby wszystko wyglądało jak należy. To nie była kwestia chwalenia się, po prostu uważałam, że pewne rzeczy robi się porządnie, albo wcale. Święto Zmarłych nie było wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – to był ten jeden dzień w roku, kiedy cała rodzina, bliższa i dalsza, a także sąsiedzi i znajomi ze starych lat spotykali się przy grobach. Wszyscy na wszystkich patrzyli. Wszyscy wszystko widzieli. Od kilku tygodni planowałam, jak w tym roku będzie wyglądał grób moich teściów. W zeszłym roku postawiłam na chryzantemy w odcieniach głębokiego bordo i wielkie, kryształowe znicze. W tym postanowiłam pójść w klasykę: biel i złoto. Zamówiłam specjalną wiązankę z białych róż i lilii u najlepszej florystki w mieście. Kosztowała majątek, ale wiedziałam, że będzie robić wrażenie.

WIDEO…

player placeholder

– Grażynko, czy ty znowu nie przesadzasz? – zapytał mój mąż, Andrzej, kiedy wnosiłam do przedpokoju dwa ciężkie kartony ze zniczami. – Przecież to tylko grób. Mama z tatą i tak tego nie widzą.

– Andrzej, nie denerwuj mnie – rzuciłam, zdejmując płaszcz. – To świadczy o nas. O tym, jak o nich pamiętamy. Poza tym wiesz, jaka jest Gośka. Jeśli my nie zadbamy o ten grób, to będzie wyglądał jak zapomniany przez Boga i ludzi.

Zobacz także

Gośka to siostra Andrzeja. Kobieta, która całe życie ma podejście „jakoś to będzie”. Odkąd teściowie zmarli, cała odpowiedzialność za pomnik spadła na mnie. Gośka pojawiała się pierwszego listopada, postawiła jeden mały znicz, chwile postała i znikała. Zawsze mnie to irytowało.

Najważniejsze to dobrze wypaść

Pierwszego listopada pogoda była typowa dla tego dnia – szaro, wietrznie i nieprzyjemnie zimno. Ubrałam mój nowy, wełniany płaszcz, który specjalnie na tę okazję odebrałam z pralni, założyłam skórzane rękawiczki i perfekcyjnie ułożyłam włosy. Andrzej wcisnął się w swoją starą kurtkę, wziął w obie ręce ciężkie torby ze zniczami i ruszyliśmy na cmentarz. Kiedy dotarliśmy na miejsce, odetchnęłam z ulgą. Pomnik lśnił czystością – spędziłam tu wczoraj dobre trzy godziny z różnymi płynami i szmatkami. Szybko zabrałam się za układanie kompozycji. Wiązanka na samym środku, po bokach symetrycznie ustawione znicze ze złotymi wstawkami, z tyłu cztery mniejsze. Wyglądało to idealnie. Lepiej niż grób sąsiadów z alejki obok, którzy zawsze starali się nas przebić ilością kwiatów. Staliśmy w milczeniu, kiedy usłyszałam znajomy stukot obcasów na kostce brukowej.

– O, jesteście już – powiedziała Gośka, podchodząc do nas.

Była ubrana w zwykłą, pikowaną kurtkę, a włosy miała spięte w niedbały kok. W ręku trzymała jeden, nieduży znicz i skromną gałązkę z kilkoma żółtymi chryzantemami.

– Cześć, Gośka – odpowiedział Andrzej, lekko się uśmiechając.

Spojrzałam na jej „wkład” w wygląd grobu i poczułam, jak coś się we mnie gotuje. Podeszła do płyty, postawiła ten swój mały, szklany znicz gdzieś z boku, psując całą moją symetryczną kompozycję, i położyła gałązkę opartą o jeden z moich złotych lampionów.

– Pięknie to wygląda, Grażynko. Jak zwykle się postarałaś – powiedziała, patrząc na grób, ale jej ton wydał mi się dziwnie obojętny, wręcz pobłażliwy.

– Ktoś musi – odpowiedziałam, nie mogąc się powstrzymać. – Szkoda tylko, że ten znicz kompletnie tu nie pasuje.

Gośka spojrzała na mnie, mrużąc oczy.

– Słucham?

– Mówię, że ten twój znicz psuje cały układ. Mogłaś chociaż zadzwonić, zapytać, w jakiej kolorystyce w tym roku robimy grób, to byśmy ci coś kupili. A teraz to wygląda, no... śmiesznie.

Nie miałam prawa mnie tak oceniać

Andrzej chrząknął nerwowo i szturchnął mnie w ramię, ale byłam już nakręcona. Tyle czasu, pieniędzy i wysiłku włożyłam w to, żeby ten grób wyglądał reprezentacyjnie, a ona przychodzi i niweczy to jednym tanim lampionikiem z supermarketu.

– Grażyna, czy ty siebie słyszysz? – głos Gośki zrobił się ostry. – Jakiej kolorystyce? To jest cmentarz, a nie witryna sklepowa. Przyszłam tu odwiedzić rodziców, pomodlić się, a nie brać udział w twojej rewii mody i konkursie na najdroższą wiązankę.

– O jakiej rewii mody ty mówisz? – obruszyłam się, czując, że na policzki wychodzą mi czerwone plamy. Kilka osób przechodzących alejką spojrzało w naszą stronę. – Ja po prostu dbam o pamięć po twoich rodzicach! Gdyby nie ja, to ten grób zarósłby mchem, a wy przynosilibyście tu tylko zwiędłe badyle!

– Pamięć? Ty to nazywasz pamięcią? – Gośka zaśmiała się gorzko. – Ty tu przychodzisz tylko po to, żeby sąsiadki z osiedla widziały, że stać cię na te wielkie znicze. Traktujesz to jak jakieś zawody. Kiedy ostatnio tak naprawdę pomyślałaś o mamie? O tacie?

– Zawsze o nich myślę! – krzyknęłam szeptem, zerkając nerwowo na ludzi wokół.

– Akurat – prychnęła Gośka. – Pamiętasz, co mama mówiła o takich świętach? Że nie cierpi tego całego cyrku, tego pokazywania się na siłę. Zawsze mówiła, że wolałaby, żebyśmy po prostu posiedzieli razem, zamiast wydawać majątek na śmieci, które i tak wylądują na wysypisku.

Słowa Gośki uderzyły we mnie z niespodziewaną siłą.

– Nie masz prawa mnie tak oceniać – wycedziłam, ale mój głos już nie był tak pewny.

– Ja cię nie oceniam, Grażyna. Ja ci tylko współczuję, że zatraciłaś w tym wszystkim sens.

Odwróciła się w stronę grobu, złożyła ręce i zamknęła oczy. Andrzej stał obok, wbijając wzrok w czubki swoich butów. Czułam się tak, jakby ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody.

Zrobiło mi się potwornie wstyd

Spojrzałam na pomnik. Na te wielkie, złote znicze. Na idealnie ułożoną wiązankę z białych lilii. I nagle, po raz pierwszy od bardzo dawna, zobaczyłam wyryte na płycie litery. Zofia i Jan. Moi teściowie. Zofia, która zawsze piekła najlepsze ciasto drożdżowe, chociaż narzekała, że opada. Jan, który potrafił godzinami opowiadać te same anegdoty z wojska. Przypomniałam sobie ich małe mieszkanie, w którym zawsze pachniało kawą parzoną w szklankach i tanimi ciastkami. Byli prostymi, dobrymi ludźmi. Zosia nienawidziła przepychu. Kiedyś, pamiętam, jak dostała na imieniny ogromny bukiet z kwiaciarni od jakiegoś dalekiego wujka, powiedziała, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo za tę kwotę można by kupić obiad dla całej rodziny.

Zrobiło mi się potwornie wstyd. Gośka miała rację. W tym całym amoku planowania, kupowania i układania, zupełnie zapomniałam, po co właściwie tu jestem. Skupiłam się na tym, jak to wygląda z zewnątrz, na tym, co pomyślą inni. Chciałam, żeby nasz grób był najładniejszy, żeby nikt nie mógł mi nic zarzucić. A w tym wszystkim zgubiłam tych, dla których ten grób powstał. Spojrzałam na ten mały, tani znicz, który postawiła Gośka.

Płomień w nim migotał spokojnie. Nie psuł żadnej kompozycji. Po prostu tam był. Zwykły, prosty znak pamięci. Odeszliśmy z cmentarza w milczeniu. Andrzej nie skomentował całej sytuacji, za co byłam mu wdzięczna. W samochodzie było cicho, słychać było tylko szum opon na mokrym asfalcie. Teraz, gdy o tym myślę, wiem, że za rok nie zamówię tej drogiej wiązanki. Kupię kilka zwykłych chryzantem. I może po prostu posiedzę w ciszy, przypominając sobie zapach tamtej kawy parzonej w szklance.

Grażyna, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: