„Nad morzem znalazłem nie tylko spokój. Latami moje serce świeciło pustką jak plaża zimą, a dziś znów jest pełne miłości”
„Patrzę przez szybę i myślę. Nie o tym, co było – za dużo tego. Raczej o tym, że człowiek potrzebuje chociaż jednej rozmowy dziennie, żeby czuć się żywym. I choć zarzekałem się, że nie potrzebuję już nikogo, to codziennie, zanim usiądę, zerkam w stronę drzwi jadalni. Z przyzwyczajenia”.

- Redakcja
Mam na imię Wacław. Kiedyś byłem nauczycielem fizyki. Miałem żonę, która zawsze mnie witała w progu. Teraz? Została mi herbata z cytryną, kromka chleba z masłem i lokalna gazeta. Co roku zimą jeżdżę na dwa tygodnie do pensjonatu nad morze. Tu, ta pora roku jest inna niż w mieście – wszędzie spokój, na plaży pustka, czas płynie wolniej. Taka zima wbija się pod skórę, szczególnie gdy człowiek ma 72 lata, a za sobą więcej ciszy niż słów.
Rytuały porządkują dzień. Wstaję o siódmej, golę się. Wkładam sweter, ten brązowy, z łatami na łokciach. Schodzę na śniadanie. Zawsze wybieram ten sam stolik. Taki, z którego przez nieduże okno widać skrawek morza i przy którym nikt nie chce siadać, bo „ciągnie od okna”. Mnie to nie przeszkadza. Siadam przy nim codziennie o ósmej rano. Zawsze sam.
W jadalni gwarno, ludzie rozmawiają o niczym – o pogodzie, o tym, że na obiad zupa była za słona, o promocjach w pobliskim sklepie. Słucham ich czasem, nie wtrącam się. Patrzę przez szybę i myślę. Nie o tym, co było – za dużo tego. Raczej o tym, że człowiek potrzebuje chociaż jednej rozmowy dziennie, żeby czuć się żywym. I choć zarzekałem się, że nie potrzebuję już nikogo, to codziennie, zanim usiądę, zerkam w stronę drzwi jadalni. Z przyzwyczajenia. Albo z głupiej nadziei, że może ktoś dziś usiądzie... przy moim stoliku.
Za kim pani tęskni?
Nie zwróciłem uwagi, kiedy weszła. Dopiero gdy usiadła naprzeciwko mnie, zauważyłem jej pogodną twarz i ciepłe spojrzenie. Trzymała w dłoniach filiżankę kawy, a jej zapach wymieszał się z porannym chłodem, który wciąż trzymał się podłogi w jadalni.
– Dlaczego pan zawsze taki poważny? – zapytała bez wstępu, patrząc mi prosto w oczy.
Unikałem takich rozmów. Odpowiedziałem zbyt szybko.
– A dlaczego pani taka ciekawska?
Uśmiechnęła się. Zamilkłem. Liczyłem, że się zniechęci i odejdzie, ale ona została. Poprawiła sweter i rozejrzała się po sali.
– Lubię patrzeć na ludzi rano. Wtedy widać, kto nie spał, kto tęskni, a kto tylko się uśmiecha, żeby nie wyjść na ponurego – powiedziała, jakby mówiła do siebie.
Wziąłem łyk herbaty. Zbyt gorąca.
– A pani? Za kim pani tęskni?
– Ja? – zawahała się. – Za sobą z tamtych czasów.
Spojrzałem na nią uważniej. Miała twarz kobiet, które wiele widziały, ale nie potrzebowały o tym mówić. Spod rękawa wystawały pomarszczone dłonie. Była może niewiele młodsza ode mnie, ale mówiła z lekkością, która wydawała się zapomnianym darem. Rozmawiało nam się bardzo dobrze. Nie zauważyłem, że skończyłem jeść. Zwykle grzebałem w talerzu długo, dziś talerz był pusty. Serce, które przez lata biło cicho i równo, jakby lekko przyspieszyło. Nie z zachwytu. Z faktu, że ktoś usiadł. I nie odszedł po pierwszym zdaniu.
– Mam na imię Zofia – powiedziała, wstając. – Do zobaczenia jutro, panie poważny.
Zniknęła za drzwiami, zanim zdążyłem odpowiedzieć.
Nie rozmawiało mi się tak dobrze od lat
Następnego dnia obudziłem się wcześniej. Po prostu wiedziałem, że dziś Zofia znów się pojawi. Usiadłem przy swoim stoliku jak zawsze, ale tym razem nie otworzyłem gazety. Nie mogłem się skupić. Herbata wystygła, chleb stracił smak. Czekałem. Przyszła spóźniona. Miała ciemny sweter, włosy spięte w niedbały kok i lekkie zmarszczki przy ustach, które zbyt często się uśmiechały. Nie zapytała, czy może. Po prostu usiadła, jak wczoraj.
– Spóźniłam się – rzuciła, zdmuchując parę znad filiżanki. – Ale cieszę się, że Pan na mnie poczekał,
Uśmiechnąłem się. Pierwszy raz od dawna. Dziwnie to poczuć. Jakby mięśnie zapomniały, jak się to robi. Rozmawialiśmy długo.
– Pracował pan całe życie w szkole, prawda? – zapytała nagle.
– Tak. Uczyłem fizyki. Przez ponad czterdzieści lat. A pani?
– Jako bibliotekarka.
Ja opowiadałem jej o swojej pracy, ona o swojej. Na koniec rozmowy, zanim wstała, spojrzała mi prosto w oczy.
– Wie pan, z nikim nie rozmawiało mi się tak dobrze od lat.
Poczułem, jak coś ściska mnie w piersi. To było coś w rodzaju cichego przebudzenia. Jakby przez chwilę wszystko było znów na swoim miejscu. Wstałem, patrząc jej w oczy. Powiedziałem tylko:
– To może dziś zjemy razem kolację?
Zgodziła się skinieniem głowy.
Jakby czas przestał być taki ciężki
Przyszedłem pierwszy. Wybrałem stolik dalej od okna, po drugiej stronie jadalni. Inne światło, inne tło, inni ludzie. Nagle to samo miejsce wydało się inne. Przyszedłem przed czasem, poprawiłem obrus, przesunąłem solniczkę, aby zająć czymś ręce. Zofia przyszła punktualnie. Miała granatową sukienkę, prostą, z kołnierzykiem.
– Idealny stolik pan wybrał – powiedziała, rozglądając się. – Tutaj światło jest cieplejsze.
– Chciałem, żeby było inaczej.
Przez chwilę milczeliśmy. Potem kelner przyniósł zupę. Marchewkową. Nigdy jej nie lubiłem. Ale dziś smakowała inaczej.
– Mój mąż... – zaczęła Zofia, nie patrząc na mnie – lubił siadać przy oknie. Nawet w największy mróz. Lubił patrzeć na niebo, morze, plażę.
– Moja żona z kolei uwielbiała nasze rozmowy przy śniadaniu – odpowiedziałem.
Zofia nie odpowiedziała. Nie musiała. Podała mi chleb. Pokroiłem go, nalałem jej herbaty. W tym prostym ruchu było więcej czułości niż w niejednym uścisku dłoni.
– Dziwne, jak bardzo może brakować czyjejś obecności – powiedziała. – Nie zakochania, nie słów, tylko obecności. Kogoś, komu można dolać herbaty.
Spojrzałem na nią.
– Albo podać łyżkę zupy – dodałem.
Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Ale to nie była pustka. To było siedzenie obok kogoś, kto nie potrzebuje nic mówić, żeby było wiadomo, że jest. I że to wystarcza.
Zofia położyła łyżkę na talerzu i spojrzała mi w oczy.
– Dobrze mi tu z panem. Jakby czas przestał być taki ciężki.
Poczułem coś, co ostatnio czułem dawno temu. Spokój.
– Może jutro też zjemy razem śniadanie? – zapytałem.
Skinęła głową. I znów się uśmiechnęła. Tym razem już bez niepewności.
Jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być
Rano znów byłem pierwszy. Czułem się jak ktoś, kto nie wie, czy ma czekać, czy już sobie odpuścić. Ale przecież nie mogłem odpuścić. Czekałem. Długo. Tak długo, że herbata wystygła, a chleb zaczął twardnieć. Zastanawiałem się, czy po wczorajszym spotkaniu nie spakowała walizki i nie wyjechała. Tak po prostu, bez słowa. To by przecież pasowało do naszego wieku – milczenie jako forma uniku, dyskretne zniknięcie. W końcu pojawiła się w drzwiach, spojrzała po sali i podeszła do mnie. Usiadła. Bez makijażu, z rozczochranymi włosami i lekkimi cieniami pod oczami. Była piękna.
– Dziękuję, że pan tu siedzi – powiedziała. – Dziś rano jakoś wszystko było trudniejsze. Ale przyszłam, bo... – urwała. – Bo ktoś na mnie czekał.
Nie odpowiedziałem od razu. Wziąłem dzbanek, nalałem jej herbaty. Milczenie było teraz inne niż wczoraj. Nie tak ciężkie. Bardziej miękkie. Jakby coś w niej odpuściło. Zofia wzięła łyżeczkę i zaczęła mieszać w filiżance.
– Wczoraj wieczorem pomyślałam sobie, że nie chcę, żeby to się skończyło. Te rozmowy. Ta obecność. To, że ktoś patrzy, jak jem. I nie muszę grać, udawać, silić się na nic. – Zamilkła. – Nie wiem, co będzie. Ale może... może po prostu będziemy tu razem? Bez wielkich słów, bez historii do opowiedzenia. Tylko razem. Na tyle, na ile się jeszcze da.
Nie patrzyłem na nią, ale czułem jej wzrok. Wreszcie podniosłem głowę. Złapała moją dłoń. Ot, tak. Po prostu. Ciepła, silna, pewna.
– Niech będzie ten stolik – powiedziała. – Od teraz nasz.
Nie musiałem nic mówić. Czułem, że pierwszy raz od dawna jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.
Najpiękniejsze rozmowy w życiu
Od tamtego dnia siadaliśmy razem. Rano, wieczorem. Czasem i w południe. Zaczęliśmy chodzić na spacery. Obserwowaliśmy morze, które zimą wyglądało jak szary koc. Kiedyś, po dłuższym milczeniu, powiedziała:
– Gdyby ktoś mi powiedział, że na starość będę szczęśliwa w taki sposób, wyśmiałabym go. A teraz... teraz tylko się boję, że coś przerwie ten spokój.
Nie odpowiedziałem. Złapałem ją za rękę. I tak już zostaliśmy, trzymając się, jakbyśmy bali się, że wiatr nas rozdzieli. Każdego dnia stawaliśmy się sobie bliżsi. Nie potrzebowaliśmy wielkich gestów. Przynosiłem jej herbatę, poprawiałem poduszkę, kładłem serwetkę na kolanach. To był nasz język. Wystarczający. Aż w końcu przyszedł dzień jej wyjazdu. Musiała wyjechać wcześniej, niż planowała. Ja miałem zostać jeszcze kilka dni.
Następnego dnia usiadłem przy stoliku, nalałem herbaty do dwóch filiżanek i rozmyślałem. Patrzyłem na pusty fotel i przypominałem sobie wszystkie poranki, kiedy bałem się, że nikt nie podejdzie. A potem przysiadła się ona. Nie wiem, co będzie z nami dalej. Ale wtedy zrozumiałem – najpiękniejsze rozmowy w życiu to te, które zostają niedopowiedziane, ale zapisane w sercu.
Wacław, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż myślał, że jestem w sanatorium, a ja w tym czasie szusowałam na nartach z kochankiem. Z życia trzeba korzystać”
- „Myślałam, że na wsi nie czeka mnie nic prócz śniegu po kolana. Sąsiad ogrzał moje serce w zimowe wieczory”
- „Na naukę jazdy na nartach nie jest za późno nawet na emeryturze. Najważniejsze to mieć kogoś, kto poda pomocną dłoń”