Reklama

Zawsze trzymaliśmy się razem. Znaliśmy się od lat, zaczynaliśmy pracę w firmie w tym samym czasie i wspieraliśmy się nawzajem w trudnych chwilach. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ostatnie miesiące były dla mnie wyjątkowo trudne. Projekty, nad którymi pracowałem, nagle zaczęły się sypać. Coraz częściej otrzymywałem krytyczne uwagi od przełożonych. Tymczasem Tomek... rozkwitał. Zdobywał pochwały, miał gotowe rozwiązania na problemy, które nagle pojawiały się w moich projektach. Czy to wszystko było jedynie zbiegiem okoliczności? Nigdy nie byłem paranoikiem, ale pewnego dnia znalazłem coś, co nie pozostawiło mi złudzeń. Mail. Wysłany z firmowego konta Tomka do szefa. Treść była jasna.

Reklama

„Janusz chyba sobie nie radzi. Może warto pomyśleć o kimś bardziej kompetentnym na to stanowisko?”.

Wtedy wszystko stało się jasne. Gdy tylko przeczytałem ten mail, poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Tomek, mój przyjaciel. Człowiek, z którym dzieliłem biuro, piłem po pracy piwo, opowiadałem o swoich planach. To niemożliwe. A jednak im dłużej analizowałem ostatnie wydarzenia, tym więcej dostrzegałem niepokojących szczegółów. Przypadkowe „pomyłki”, pliki, które nagle znikały, a potem „cudem” znajdował je Tomek. To nie był przypadek. To była precyzyjna gra, a ja byłem tylko pionkiem. Przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę przy kawie. Rozmawialiśmy o moim projekcie, który szedł gładko, a potem nagle zaczęły się problemy. Tomek zdawał się być niesamowicie zainteresowany każdym szczegółem.

Wiesz, może warto byłoby zabezpieczyć te pliki lepiej – zasugerował wtedy.

Przytaknąłem, nie podejrzewając, że to on mógł być źródłem wszystkich problemów. Teraz gdy patrzę wstecz, widzę, jak bardzo byłem ślepy. Zaufałem mu bezgranicznie.

Nie mogłem milczeć

Wiedziałem, że jeśli teraz rzucę oskarżenia bez dowodów, tylko pogorszę swoją sytuację. Tomek był cwany, więc musiałem być sprytniejszy. Postanowiłem rozpocząć własne śledztwo. Ewelina, koleżanka z pracy, już wcześniej wspominała mi o podejrzanych nieścisłościach w raportach. Udałem się do niej, wiedząc, że może być kluczem do rozwiązania tej układanki.

– Znajdziesz dla mnie chwilę? – zapytałem, starając się ukryć napięcie w głosie.

– Oczywiście. Co się stało? – spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

Wyjaśniłem jej sytuację, pokazując maila, który znalazłem. Z jej twarzy zniknął uśmiech, a w jej oczach pojawiło się zrozumienie.

Podejrzewałam, że coś jest nie tak – powiedziała. – Ktoś regularnie logował się na twoje konto, by edytować pliki. Ktoś, kto znał twoje hasło.

To była informacja, której potrzebowałem. Z pomocą Eweliny zacząłem zbierać dowody. Analizowaliśmy logi i aktywności na moim koncie, aż w końcu znaleźliśmy decydujący dowód – dokument, który Tomek edytował z mojego komputera tuż przed ważnym spotkaniem. Nie mogłem już dłużej milczeć.

Moje serce zabiło mocniej

Zamiast konfrontować Tomka bezpośrednio, postanowiłem rozegrać to inaczej. Zacząłem udawać, że nic się nie stało. Wchodziłem do biura z uśmiechem, żartowałem z Tomkiem jak dawniej, dając mu fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałem, że muszę przygotować decydujący ruch. Stworzyłem specjalny plik z ukrytym śledzeniem zmian. Jeśli Tomek cokolwiek w nim zmieni – zostawi cyfrowy ślad. To była moja pułapka. Pewnego dnia zauważyłem, że przyjaciel wydaje się bardziej zadowolony niż zwykle. Moje serce zaczęło szybciej bić. Wiedziałem, że to właśnie teraz muszę działać.

Mógłbyś mi pomóc z tym dokumentem? – zapytałem, pokazując mu spreparowany dokument.

– Oczywiście, stary. Wiesz dobrze, że zawsze możesz na mnie liczyć – odpowiedział z uśmiechem, którego teraz tak bardzo nienawidziłem.

Chwilę później usiadłem przy komputerze i zobaczyłem to, na co czekałem. Tomek edytował plik, wprowadzał błędne dane, kasował tabele i celowo nanosił błędy. Dowody były niepodważalne, a ja w końcu miałem pewność, że moje podejrzenia były słuszne. Czekałem tylko na odpowiedni moment, by ujawnić prawdę.

Wiedziałem, że nadchodzące zebranie zespołu będzie odpowiednią okazją. Zasiedliśmy w sali konferencyjnej, a dyrektor patrzył na nas surowo zza okularów.

Zanim zaczniemy, chciałbym coś powiedzieć – zacząłem, przerywając rutynową agendę spotkania.

Serce waliło mi w piersi, ale wiedziałem, że nie mogę się cofnąć.

– Dobrze, oddaję panu głos – powiedział dyrektor.

Wziąłem głęboki oddech.

Ktoś od dawna chce zniszczyć moją reputację. Chciałbym przedstawić dowody – powiedziałem, pokazując zebrane dokumenty i logi komputerowe.

W sali zapadła cisza, a Tomek momentalnie zbladł. Próbował się bronić, zaprzeczać, ale cyfrowe ślady nie kłamały.

To jakieś nieporozumienie! – wykrzyknął, próbując zachować opanowanie.

Dyrektor popatrzył na niego surowo.

Możesz odejść dobrowolnie, zanim sprawa trafi do zarządu – powiedział sucho, a w jego głosie nie było miejsca na dyskusję.

Tomek całkowicie zbladł. Wiedział, że przegrał. Spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. W końcu wstał i wyszedł z sali.

Pokonałem zdrajcę

Powinienem czuć satysfakcję. W końcu pokonałem zdrajcę i oczyściłem swoje imię. Ale w rzeczywistości nie czułem się zwycięzcą. Straciłem kogoś, kogo przez długi czas uważałem za przyjaciela. I to mnie przytłaczało. Dopiero teraz uświadamiałem sobie, że Tomek nigdy nim nie był. Siedząc przy biurku, próbowałem skupić się na pracy, ale myśli ciągle wracały do ostatnich wydarzeń. Wtedy podeszła do mnie Ewelina, kładąc dłoń na moim ramieniu.

– Wiem, że to było trudne, ale zrobiłeś to, co musiałeś – powiedziała cicho.

Kiwnąłem głową, wdzięczny za jej wsparcie.

Teraz możesz naprawdę ruszyć do przodu – dodała z uśmiechem, który dodawał mi otuchy.

Wiedziałem, że miała rację. Może właśnie tak wygląda prawdziwy sukces – nie wtedy, gdy wygrywasz w oczach innych, ale gdy potrafisz pozbyć się ludzi, którzy próbują cię zniszczyć. To była bolesna lekcja, ale czułem, że zrobiłem krok w dobrym kierunku. Patrzyłem na swoje biurko, na przyszłość, którą musiałem odbudować. I po raz pierwszy od dawna czułem, że w końcu naprawdę pracuję na własne nazwisko. Decyzja, by walczyć o swoje, okazała się trudna, ale konieczna.

Nie czułem satysfakcji

Po odejściu Tomka z firmy atmosfera w biurze zmieniła się nie do poznania. Zespół, choć wciąż zszokowany przebiegiem wydarzeń, zaczynał wracać do równowagi. Dni mijały, a ja starałem się skupić na nowych projektach. I wciąż zmagałem się z uczuciem utraty. Pewnego dnia, po pracy, siedziałem na tarasie, patrząc na miasto tonące w zachodzącym słońcu. Wiedziałem, że muszę odbudować swoją reputację i pozycję w firmie, ale to nie była jedyna rzecz, na której mi teraz zależało. Zrozumiałem, że najważniejsze jest to, jak postrzegam samego siebie. Niespodziewanie zadzwoniła Ewelina.

Jak się trzymasz? – zapytała, a jej głos niósł ciepło, które docierało prosto do mojego serca.

– Lepiej, niż się spodziewałem. Dzięki, że byłaś przy mnie – odpowiedziałem szczerze.

– Zawsze możesz na mnie liczyć. Co powiesz na małe wyjście na miasto? W końcu trzeba uczcić nowy początek – zaproponowała z entuzjazmem.

Zgodziłem się, uświadamiając sobie, że właśnie teraz zaczynam prawdziwą podróż – podróż ku lepszemu zrozumieniu siebie i relacji z innymi. Odłożyłem telefon, z uśmiechem myśląc o tym, co może przynieść przyszłość. Najważniejsze, że w końcu zacząłem żyć w zgodzie z samym sobą. Wiedziałem, że nie zawsze będzie łatwo, ale miałam obok siebie osoby, którym mogłem zaufać. A to było dla mnie najcenniejsze.

Reklama

Janusz, 42 lata

Reklama
Reklama
Reklama