„Nakrycie prezesa z kochanką to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Mamy układ, przez który żyję jak pączek w maśle”
„Pracowałam po godzinach, nie marudziłam, nie wchodziłam w konflikty. Nie dlatego, że taka już jestem – po prostu musiałam mieć za co żyć. Przełknęłam wiele upokorzeń, ale jedno wydarzenie zmieniło wszystko”.

- Redakcja
Weszłam do sali konferencyjnej nie wtedy, kiedy trzeba – i zobaczyłam coś, czego nie powinnam. To, co zrobiłam później, zmieniło całe moje życie. I choć sumienie czasem się odzywa, widok konta w banku skutecznie je ucisza.
Zostałam tylko ja, jak zwykle
– Zrób jeszcze te raporty do końca dnia, dobrze? – rzucił szef przez ramię, zanim zniknął w windzie.
Nie odpowiedziałam. Po prostu skinęłam głową i wróciłam do wklepywania danych. To był czwartek, po osiemnastej, a ja miałam wrażenie, że siedzę w biurze już trzeci dzień bez przerwy. Wszyscy dawno poszli do domu. Zostałam tylko ja, jak zwykle. Monika z HR-u powiedziała kiedyś, że jestem „niezastąpiona”. A ja po prostu nie miałam odwagi odmówić.
Pracowałam w tej firmie czwarty rok. Przez pierwszy rok jeszcze udawałam, że mam jakieś granice. Potem przestałam. Praca, kawa, praca, sen. Związek? Nie bardzo. Znajomi? Rozjechali się, porozpadało. A ja tkwiłam w tym open space jak roślina doniczkowa, której nikt nie podlewa.
Szef – Roman – miał swoje nastroje. Czasem potrafił rzucić okiem na moje sprawozdania i powiedzieć „dobra robota”, innym razem nawet nie zauważał mojego istnienia. Jego sekretarka, Jagoda, miała dużo łatwiej. Nosiła szpilki, chodziła na manicure i wychodziła zawsze punkt siedemnasta.
Ja zostawałam po godzinach. I nie wiedziałam, że za kilka dni zostanę nagrodzona za swoją lojalność... choć nie w taki sposób, jakiego się spodziewałam.
Nie wiem, co mnie podkusiło
W piątek panowała dziwna atmosfera. Szef zniknął nagle koło południa, a Jagoda zgrabnie ominęła temat, gdy zapytałam, czy mam mu przynieść podpisy do faktur.
– Nie wiem, czy wróci. Zostaw na jego biurku – powiedziała, nie patrząc mi w oczy.
W końcu sama musiałam wydrukować prezentację na poniedziałkowe spotkanie zarządu. Dwadzieścia pięć slajdów, każdy ze wskaźnikami, których nie rozumiał nikt poza mną. Poszłam do sali konferencyjnej, gdzie stała jedyna kolorowa drukarka w firmie. Drzwi były przymknięte. Pchnęłam je lekko i weszłam, nie zapalając światła – znałam to pomieszczenie na pamięć.
Zatrzymałam się w pół kroku. Na stole siedziała Jagoda, nogi miała owinięte wokół bioder pana Romana. Jego dłonie błądziły po jej udach. Nie zauważyli mnie od razu. Zamarłam, ale odruchowo ścisnęłam w dłoni telefon. Nie wiem, co mnie podkusiło. Jeden klik. Zdjęcie. Drugi. Filmik.
W końcu zrobiłam krok w tył, trzymając oddech, i cicho zamknęłam drzwi. Serce waliło mi jak młot. Wiedziałam, że widziałam zbyt wiele. I że to „zbyt wiele” może się dla mnie bardzo źle skończyć... albo bardzo dobrze.
Ktoś musi wiedzieć
Przez cały weekend nie mogłam spać. Odtwarzałam w głowie tamtą scenę – każdy fragment obrazu. W niedzielę wieczorem usiadłam z telefonem w ręku. Przesunęłam palcem po ekranie, otworzyłam galerię i chciałam kliknąć „usuń”. Zawahałam się. Nie potrafiłam.
W końcu zablokowałam ekran i rzuciłam telefon na łóżko. Nie miałam planu. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. Gdyby to była inna firma, może zgłosiłabym sprawę do HR-u. Ale tutaj HR był tylko atrapą – Monika udawała, że coś robi, a tak naprawdę wszystko i tak zależało od pana Romana. A Jagoda? Przecież i tak nikt by jej nie ruszył. Była nie do ruszenia.
W poniedziałek rano przyszłam do pracy wcześniej niż zwykle. Chciałam być pierwsza. Gdy weszłam, Roman już siedział w gabinecie. Słyszałam, jak śmieje się przez telefon. Zostawiłam raport na jego biurku. Wyszedł z pokoju chwilę później.
– Zostań na chwilę – rzucił. Głos miał jakby spokojniejszy. Albo to ja zaczęłam słyszeć więcej.
Weszłam. Usiadł i długo na mnie patrzył.
– Wiem, że widziałaś. Nie udawajmy – powiedział cicho. – Ale nic się nie stało, prawda?
Otworzyłam torebkę i położyłam telefon ze zdjęciem na biurku. Nie musiałam nic mówić. On wiedział. I ja wiedziałam, że teraz wszystko się zmieni.
Milczenie ma swoją cenę
Nie zdążył sięgnąć po telefon. Zakryłam go dłonią.
– Nie mam zamiaru robić z tego afery – powiedziałam spokojnie. – Ale chcę mieć pewność, że i ty jej nie zrobisz.
Patrzył na mnie zaskoczony. Nie wystraszony, nie wściekły – raczej... zaciekawiony.
– Rozumiem – odparł po chwili. – To... co proponujesz?
Milczałam, bo nie miałam gotowej odpowiedzi. Nie przyszłam tam z planem. Po prostu miałam dość. Dość robienia za kogoś, dość pracy po nocach, dość bycia przezroczystą.
– Chcę awansu. I podwyżki – usłyszałam swój głos, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Zrobił minę, jakby chciał się roześmiać, ale tego nie zrobił.
– Ile?
Rzuciłam pierwszą kwotę, jaka przyszła mi do głowy. Z czystej złości. Myślałam, że powie „oszalałaś”, że mnie wyrzuci.
– Zgoda – powiedział tylko.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wyszłam stamtąd w szoku. Przez resztę dnia chodziłam jak na autopilocie. A kiedy wieczorem sprawdziłam stan konta – była tam pierwsza transza nowej pensji. Wtedy zrozumiałam, że Roman gra ostro. I że ja właśnie dołączyłam do tej gry.
Nie zadawaj pytań, podpisz
Nowe biuro miało szybę wychodzącą na open space. Żeby mnie widzieli. Żeby wiedzieli, że nie jestem już jedną z nich. Tych, co siedzą rzędem jak w klasie, z głowami przyklejonymi do monitorów. Jagoda nie patrzyła mi w oczy przez kilka dni. A może to ja unikałam jej spojrzenia?
W poniedziałek rano na biurku czekała na mnie umowa. Aneks do starej. Podpisany przez zarząd. Z nową pensją, nowym stanowiskiem i, jak zauważyłam na końcu, klauzulą o poufności.
– Standardowa procedura – powiedział pan Roman, kiedy zajrzał do mojego gabinetu. – W tej firmie cenimy dyskrecję.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam długopis i podpisałam. Bez pytania. Bo wiedziałam, że pytania nie są mile widziane. Od tamtej pory miałam wrażenie, że cały świat robi krok w bok, kiedy przechodzę korytarzem. Nikt nie wiedział, co się wydarzyło, ale każdy coś przeczuwał. W windzie milczeli, w kuchni rozmowy cichły, gdy wchodziłam.
Pieniądze zmieniają wszystko. Pieniądze i wiedza. Zaczęłam chodzić wyprostowana. Kupiłam nową torebkę, nowy płaszcz, nowe perfumy. A jednak, gdy siedziałam w ciszy wieczorem, czasem myślałam: co będzie, gdy ktoś inny zobaczy coś, czego nie powinien?
Co się stało, to się nie odstanie
Minął rok. Siedzę w tym samym biurze, ale już nic nie jest takie samo. Z konta nie znikają zera – wręcz przeciwnie. Stać mnie na wakacje, na drogie jedzenie, na życie, które wcześniej oglądałam tylko w mediach społecznościowych koleżanek z liceum. Nie pytam o nic. Roman mnie unika, choć technicznie rzecz biorąc, to ja jestem jego najbliższą współpracownicą. Jagoda awansowała do innego działu. Pewnie też dostała swoje. Pewnie też nie zadaje pytań.
Nie mam wielkich wyrzutów sumienia. Tylko czasem łapie mnie coś w rodzaju chłodu, gdy zamykam za sobą drzwi mieszkania. Cisza w domu przypomina, że nie wszystko można kupić. Ostatnio przyjęłam dziewczynę na staż. Młodą, bystrą, śliczną. Przypominała mi siebie sprzed kilku lat. Zanim... no właśnie. Złapałam się na tym, że mówię jej to samo, co kiedyś mnie mówiła Jagoda:
– Nie zostawaj po godzinach, nikomu nie zaimponujesz darmową harówką.
Ona się uśmiechnęła. Jeszcze nie wie, że prawdziwe decyzje podejmuje się, gdy życie zderza cię ze ścianą. A ja? Ja po prostu przestałam być trybikiem. Teraz jestem tą, której nikt nie rusza. Bo wiem, co można zobaczyć przez uchylone drzwi.
Weronika, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że na wsi nie czeka mnie nic prócz śniegu po kolana. Sąsiad ogrzał moje serce w zimowe wieczory”
- „Babcia zrobiła czterodaniowy obiad na kolędę. Wytrzeszczyłam oczy, gdy zobaczyłam, co włożyła księdzu do koperty”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”