Reklama

Gdy się oświadczyłem, naprawdę wierzyłem, że to będzie początek pięknej historii. Myślałem, że ślub to tylko formalność, że skoro już się kochamy i mieszkamy razem, nic się między nami nie zmieni. Ona jednak od razu zaczęła traktować organizację wesela jak projekt życia. Poranki zaczęły się od dyskusji o kolorze serwetek, wieczory kończyły na przeglądaniu sal. Początkowo wspierałem ją we wszystkim, ale z czasem opadłem z sił. – Rób, jak chcesz – powiedziałem. Dałem jej wolną rękę. I wtedy zaczęło się dziać coś, czego nie potrafiłem już zatrzymać.

Chcę, żebyś została moją żoną

– Naprawdę? – szepnęła, patrząc na mnie z szeroko otwartymi oczami. – Ty... pytasz mnie na serio?

– Tak – uśmiechnąłem się i podałem jej pudełeczko z pierścionkiem. – Chcę, żebyś została moją żoną.

Zgodziła się. Rzuciła mi się na szyję, a potem płakała przez pół godziny, wtulona w moje ramię. Wtedy byłem przekonany, że to łzy szczęścia. Może rzeczywiście były, ale dziś zastanawiam się, czy przypadkiem nie płakała z ekscytacji... bo nareszcie będzie miała swoje wymarzone wesele. W ciągu tygodnia miała już założony folder w chmurze, zeszyt z zakładkami, planszę inspiracji na ścianie i listę potencjalnych DJ-ów. Dla niej to było jak awans. Jakby ktoś powierzył jej organizację gali rozdania Oscarów. A ja? Ja zacząłem czuć się jak statysta.

– Musimy obejrzeć sale w weekend, dobra? – rzuciła któregoś dnia.

– Może weźmiemy kogoś do pomocy, jakąś konsultantkę? – zaproponowałem, próbując łapać oddech.

Sama wszystko ogarnę. Mam wizję.

Z początku byłem z niej dumny. Tak zaangażowana, taka zdeterminowana. Dopiero z czasem zorientowałem się, że w tym wszystkim coraz mniej chodzi o nas, a coraz bardziej o nią samą.

Czułem, że jestem dodatkiem do jej planu

Zaczęła znikać. Fizycznie była przy mnie, ale myślami – gdzieś w salach bankietowych, w mediach społecznościowych z inspiracjami i w rozmowach z podwykonawcami. Wspólne śniadania zamieniły się w przeglądanie ofert fotografów, a wieczory w planowanie harmonogramu ślubu co do minuty. Znikała też z domu – „bo spotkanie z dekoratorką”, „bo przymiarki sukienki”, „bo trzeba jechać na pokaz tortów”. Widziałem, że ją to kręci. W jej oczach błyszczała ta iskra, którą widziałem na początku naszej znajomości. Tylko że wtedy to ja byłem tym, co ją tak cieszyło.

– Nie męczy cię już to? – zapytałem kiedyś wieczorem, gdy wpadła do mieszkania spóźniona, pachnąca nowymi perfumami.

Co masz na myśli? – zdziwiła się.

– No… całe to ślubne zamieszanie.

– Chyba żartujesz. A dzisiejszy pokaz DJ-ów! Był boski! Ten ostatni, Kamil, miał taką energię... Musisz go poznać, totalnie rozkręci wszystkich gości!

Nie miałem siły odpowiadać. Czułem, że jestem dodatkiem do jej planu. Poza tym… tak mówiła o tym DJ-u? Niby się nie czepiałem, ale coś zaczęło mnie uwierać. Nawet nie zauważyłem, kiedy przestałem się cieszyć tym zaręczynowym czasem.

Chcę, żeby ten dzień był wyjątkowy

Z Kamilem zaczęła gadać niemal codziennie. Na początku myślałem, że to chwilowe – że po prostu szuka odpowiedniego oprawcy muzycznego, jak mówiła. Ale rozmowy się przeciągały. Pisała do niego wieczorami, czasem w nocy, a na spotkania z nim wychodziła częściej niż na randki ze mną. Tłumaczyła to profesjonalizmem – że DJ musi poznać nasz gust, dopasować klimat.

– Ty tego nie czujesz – śmiała się, gdy kręciłem nosem. – Przecież nie wybierzemy byle kogo. On naprawdę jest świetny, zna się na tym, umie dobrać kawałki pod emocje!

– A jakie to są nasze emocje? – zapytałem któregoś razu. – Bo odnoszę wrażenie, że to głównie twoje emocje.

– Przesadzasz. Po prostu chcę, żeby ten dzień był wyjątkowy.

Zacząłem zauważać drobiazgi. Jak to, że nie zostawia telefonu na widoku. Że jak pisała z Kamilem, to odruchowo się uśmiechała. Że po ich „profesjonalnych” spotkaniach wracała podenerwowana albo zamyślona. Zaproponowałem, że może to ja się z nim spotkam, dogadam sprawy techniczne, ale zbyła mnie machnięciem ręki.

– Nie, już wszystko ustalone. Poza tym... ty i tak się tym nie interesujesz.

Zamilkłem. Nie miałem argumentu. Może rzeczywiście już dawno przestałem się interesować. Albo może ona wolała, żebym się nie interesował.

Tracę ją na dobre

W sobotę, która miała być „dniem wspólnego planowania”, obudziłem się sam. Zostawiła kartkę: „Jadę na próbę z DJ-em, wrócę przed wieczorem. Nie czekaj z obiadem”. Zadzwoniłem do niej około czternastej – nie odebrała. Napisałem wiadomość. Cisza. Dopiero po siedemnastej dostałem lakoniczne: „Sorry, rozładował mi się telefon. Już wracam”. Wróciła po dziewiętnastej. Rozczochrana, zmęczona. Bez uśmiechu.

– Coś się stało? – zapytałem ostrożnie.

– Nie... tylko się zasiedzieliśmy. Próbowałam cię uprzedzić.

– Cały dzień z DJ-em?

– Tak wyszło. Przerabialiśmy playlistę. On ma studio w domu, chciał mi wszystko puścić na sprzęcie.

Nie zapytałem o adres, choć bardzo chciałem. Zamiast tego rzuciłem:

– Można było zrobić zdalnie.

– Wiesz co? Nie musisz być taki podejrzliwy. Gdybyś się bardziej angażował, nie musiałabym tego wszystkiego robić sama!

Zamilkłem. Może rzeczywiście. A może właśnie o to jej chodziło – żebym się wycofał i nie widział, z kim naprawdę układa „playlistę życia”. Wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że tracę ją na dobre.

Nie planowaliśmy tego

Na dwa tygodnie przed planowanym weselem wszystko się rozpadło. Wróciłem z pracy wcześniej niż zwykle. Zastałem ją w naszym mieszkaniu... nie samą. Kamil siedział na naszej kanapie. Bez butów, z kubkiem kawy w ręce. Ona – w jego bluzie, z mokrymi włosami. Oboje spojrzeli na mnie tak, jakby nie spodziewali się, że jeszcze potrafię być zaskoczony.

– Co to ma znaczyć? – zapytałem cicho.

– Nie chciałam, żebyś się dowiedział w ten sposób – powiedziała, nawet nie próbując udawać skruchy. – Chciałam z tobą porozmawiać.

– Porozmawiać? Czy to trwa od dawna?

Milczała.

– Miesiąc, może dwa – odezwał się Kamil, jakby to było zupełnie normalne. – Nie planowaliśmy tego.

– Planowaliście za to nasze wesele – rzuciłem, próbując powstrzymać śmiech, który narastał mi w gardle jak histeria.

– Przepraszam – powiedziała ona, spuszczając wzrok.

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem. I wbrew sobie, zabolało mnie to bardziej, niż przypuszczałem.

Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz

Wesele się nie odbyło. Odwołała wszystko – zadzwoniła do sali, do fotografa, do florystki. Nie wiem, co powiedziała rodzinie i znajomym. Ja nikomu nic nie tłumaczyłem. Przez kilka dni nie wychodziłem z domu, a potem wróciłem do pracy, jakby nic się nie stało. Bo tak było łatwiej. Spotkałem ją dwa miesiące później w centrum handlowym. Trzymała Kamila za rękę, szli jak para nastolatków, śmiejąc się z czegoś pod nosem. Kiedy mnie zauważyła, zamarła. On też. Nie podszedłem. Przeszedłem obok jak obcy. I choć miałem ochotę coś powiedzieć, nie zrobiłem tego. Nie chciałem już słyszeć kolejnych wymówek.

Wieczorem napisała wiadomość. Krótko: „Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz”. Nie odpisałem. Bo nie o wybaczenie chodziło. Chciałem, żeby powiedziała: „Zrobiłam błąd”, „To nie miało prawa się wydarzyć”, „Przepraszam, że cię skrzywdziłam”. Zamiast tego dostałem pusty frazes. Teraz mieszkam sam. Bez harmonogramów, bez sal, bez DJ-ów. Kupiłem stare gramofony i wieczorami puszczam winyle. I wiesz co? Sam wybieram playlistę. Bez emocjonalnych fajerwerków, bez dramatów. Tylko moje kawałki. Mój rytm.

Marcin, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama