„Narzeczony miał gest i wyglądał jak milion dolarów. Bajka się skończyła, gdy pojawili się panowie w garniturach”
„Poznałam Bartka na eleganckim wydarzeniu w warszawskiej galerii – pewny siebie i elegancki. Szybko wciągnął mnie w świat obietnic i luksusu. Myślałam, że trafiłam na ideał. Nie wiedziałam, że żyję w pięknej iluzji, która pęknie, gdy do drzwi zapukają mężczyźni w garniturach”.

- Redakcja
Poznaliśmy się na wydarzeniu branżowym w jednej z warszawskich galerii sztuki. Wysoki, pewny siebie, w nienagannym garniturze – wyglądał, jakby właśnie wyszedł z reklamy luksusowych zegarków. Przedstawił się jako przedsiębiorca z sukcesami w branży nieruchomości, z biurem w centrum i apartamentem z widokiem na Wisłę. Nie ukrywam – zaimponował mi od razu. Nasza relacja rozwijała się szybko, a on otaczał mnie luksusem i obietnicami lepszego życia. Miałam poczucie, że wreszcie trafiłam na kogoś wyjątkowego. Nie wiedziałam jeszcze, że żyłam w pięknie udekorowanej bańce, która wkrótce miała pęknąć.
Co on we mnie widział?
Kiedy Bartek zaproponował pierwszą kolację, nie zdziwiłam się, że wybrał restaurację na ostatnim piętrze wieżowca przy rondzie ONZ. Wszystko musiało być efektowne, błyszczące, z rozmachem. Siedząc przy stoliku z panoramicznym widokiem na nocną Warszawę, opowiadał o swoich podróżach do Dubaju, inwestycjach w apartamentowce i spotkaniach z „ważnymi ludźmi”. Mówił płynnie, z taką pewnością siebie, że nawet nie przyszło mi do głowy, by podważyć, choć jedno jego słowo.
– Wiesz, ja się nie chwalę – powiedział, poprawiając mankiet marynarki – ale nie muszę pracować dla pieniędzy. Pracuję, bo lubię wygrywać.
Uśmiechnęłam się, choć czułam, że to brzmi jak z amerykańskiego filmu. Zaczęłam się zastanawiać, co taki facet widzi we mnie, zwykłej dziewczynie z biura rachunkowego, mieszkającej w wynajmowanej kawalerce na Pradze.
Z czasem obietnice Bartka zaczęły przybierać konkretniejsze kształty. Mówił o wspólnym mieszkaniu, kupnie działki nad jeziorem, a nawet o ślubie. Na urodziny podarował mi naszyjnik z białego złota, do którego dołączył karteczkę: „To tylko początek”. Zrobiło mi się wtedy ciepło na sercu. Zaczęłam wyobrażać sobie przyszłość u jego boku – bez stresu o rachunki, bez czekania na wypłatę, bez samotnych wieczorów.
Znajomi pytali, skąd się wziął „ten Bartek”, ale mówiłam tylko: „Z nieba spadł”. Sama w to wierzyłam. Chciałam wierzyć. Zbyt mocno, by dostrzec pierwsze rysy w jego perfekcyjnej opowieści.
Kolacje przy świecach
Bartek uwielbiał robić wrażenie. Oprowadzał mnie po biurowcu, w którym – jak twierdził – miał swoje biuro na dwudziestym piętrze. Przeszklone drzwi z logiem jakiejś spółki, nowoczesne wnętrza, kilka osób przy komputerach. Wchodziliśmy tam tylko na chwilę niby przypadkiem.
– Tu wszystko się dzieje – mruknął kiedyś, otwierając drzwi kartą. – Ale dziś nie czas na pracę. Zabieram cię na kolację.
I już po chwili jechaliśmy windą na dół, a potem jego czarnym SUV-em przez miasto. Zawsze miał czas. Nigdy nie odbierał telefonów przy mnie, tłumacząc się, że „właśnie teraz liczę się tylko ja”.
Kolacje przy świecach, weekendy w hotelach spa, spontaniczne wypady do Trójmiasta – wszystko wyglądało bajkowo. Płacił bez zastanowienia, napiwki dawał z rozmachem. Raz wręczył kelnerce stówkę za sam uśmiech. Patrzyłam na niego z zachwytem i lekkim niedowierzaniem.
– Masz szczęście – śmiał się. – Wreszcie spotkałaś faceta, który nie żałuje ani czasu, ani pieniędzy.
Czasami coś we mnie drgało – zbyt idealne to wszystko było. Ale on umiał uciszyć każdą moją wątpliwość jednym spojrzeniem.
– Nie analizuj – szeptał mi do ucha. – Żyj chwilą.
I żyłam. Jakbym weszła do jakiegoś filmu, w którym grałam główną rolę księżniczki. Tylko że nawet najpiękniejszy film kiedyś się kończy. Tego jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam.
Problemy w raju
Pierwsze zgrzyty pojawiły się niepozornie. Podczas jednego z weekendów Bartek odwołał nasz wspólny wyjazd w ostatniej chwili. Twierdził, że ma pilne spotkanie z inwestorem. Nie był zirytowany, raczej podenerwowany. Chodził po pokoju, rozmawiał cicho przez telefon, a gdy zapytałam, czy wszystko w porządku, rzucił tylko:
– Nie teraz, proszę. To skomplikowane.
Byłam zaskoczona. Do tej pory wszystko było „łatwe”, „przyjemne” i „idealne”. Zrzuciłam to na karb stresu. Przecież każdy ma gorszy dzień. Nie chciałam robić scen. Potem zauważyłam, że zaczęły się pojawiać opóźnienia. Miał mi przelać pieniądze za wspólną rezerwację wakacji – „przypadkiem zapomniał”. Na obiecany zegarek z butiku też „czekał, bo model był na zamówienie”. Zaczął znikać wieczorami pod pretekstem spotkań biznesowych. A ja? Próbowałam nie być podejrzliwa. Nie chciałam wyjść na zazdrosną czy roszczeniową. Wciąż ufałam. Wciąż wierzyłam w obraz, który sam namalował. Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem na kanapie, zapytałam:
– Bartek, powiedz szczerze… Wszystko u ciebie w porządku?
Zamarł na chwilę, po czym przytaknął z wymuszonym uśmiechem.
– Kochanie, gdyby było źle, pierwsza byś się dowiedziała.
Ale nie dowiedziałam się. Nie wtedy. Jego świat zaczynał się chwiać, a ja jeszcze próbowałam go trzymać, jak dziecko trzyma balon w wietrzny dzień.
Tłumaczył się remontem
Pewnego dnia Bartek zaprosił mnie do siebie. Nie do apartamentu z widokiem na Wisłę, który tak często opisywał, tylko do mieszkania w bloku na Ursynowie. Tłumaczył się remontem, że tymczasowo mieszka tu, bo „na górze hałas i kurz nie do zniesienia”. Wnętrze było czyste, ale bardzo zwyczajne – kanapa z sieciówki, stare meble kuchenne, telewizor z poprzedniej dekady. Pojawił się niepokój, ale szybko go zagłuszył.
– Nie zdążyłem wszystkiego ogarnąć – powiedział, rozpinając mankiety koszuli. – Wpadło kilka rzeczy. Wiesz, takie życie przedsiębiorcy.
Uśmiechnął się i nalał mi picia. Robił wszystko, by znowu stworzyć atmosferę luksusu, nawet jeśli otoczenie mu w tym nie pomagało. A ja? Udawałam, że wierzę. Przecież może rzeczywiście ma dwa mieszkania. Może nie wszystko musi być zawsze jak z katalogu. W łazience zauważyłam damski szampon i balsam. Zapytałam o to bezpośrednio.
– Moja siostra była na kilka dni. Zostawiła kosmetyki, zapomniała zabrać. Nie kombinuj – mrugnął.
Zdziwiło mnie tylko, że nigdy wcześniej nie wspominał o siostrze. Znów nie chciałam być podejrzliwa. W tej relacji już tak wiele rzeczy tłumaczyłam sobie na siłę, że jedna więcej nie robiła różnicy. Wyszłam od niego z ciężarem w klatce piersiowej, jakby ktoś zaciągnął zasłony w moim idealnym teatrze. Ale jeszcze wtedy nie byłam gotowa z nich zrezygnować.
Mężczyźni w garniturach
To był zwykły poranek. Siedziałam przy kuchennym stole w jego ursynowskim mieszkaniu, popijając kawę i przeglądając wiadomości. Bartek jeszcze spał, zmęczony po nocnym spotkaniu, z którego wrócił po pierwszej. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Ciche, ale stanowcze. Przez sekundę zawahałam się, czy otwierać.
– Bartek? – zawołałam w stronę sypialni. – Ktoś jest pod drzwiami.
Nie odpowiedział. Pukanie się powtórzyło, tym razem głośniejsze. Otworzyłam. Za progiem stali dwaj mężczyźni w garniturach. Nie byli krzykliwi ani nachalni. Jeden z nich spojrzał na mnie poważnie, drugi skinął głową.
– Dzień dobry. Czy możemy porozmawiać z panem Bartoszem R.? – zapytał ten wyższy, z teczką w ręku.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Bartek pojawił się za mną. Był blady, w samych spodniach, i wyglądał jak ktoś, kto właśnie zobaczył ducha.
– Panowie… nie teraz… – zaczął, ale oni weszli do środka bez zaproszenia.
Patrzyłam, jak wszystko wali się w kilka sekund. Krótkie komendy, dokumenty, które wyciągnęli, ich stanowczy ton. Słyszałam tylko urywki: „wezwanie”, „długi”, „postępowanie egzekucyjne”. Stałam jak sparaliżowana. Bartek próbował coś tłumaczyć, ale nie miał już tej swojej pewności siebie. Był mały. Bezbronny. Prawdziwy. Tego dnia nie tylko panowie weszli do mieszkania. Wraz z nimi wpadła prawda, której przez wiele miesięcy nie chciałam zobaczyć.
Chciałam, żeby bajka trwała
Po tamtym poranku już nic nie było takie samo. Bartek próbował mnie przekonać, że to tylko „przejściowe problemy”, że ktoś go wrobił, że wszystko się wyjaśni. Jednak nie miał już tej siły w głosie, tego błysku w oczach. Był zmęczony i wypalony. Przez kolejne dni dzwonił, pisał, prosił o spotkanie. Unikałam go. Potrzebowałam ciszy, by poukładać w głowie wszystko, czego się dowiedziałam.
Okazało się, że nie miał żadnych inwestycji, żadnego biura, żadnego apartamentu. Wynajmował to mieszkanie od znajomego, samochód był na leasing, a restauracje opłacane z chwilówek i karty kredytowej, której limit w końcu się wyczerpał. Sprawy z komornikiem ciągnęły się od miesięcy, tylko świetnie to przede mną ukrywał.
Najgorsze nie było to, że mnie oszukał finansowo. Najgorsze było to, że odebrał mi wiarę we własną intuicję. Przez wiele tygodni czułam, że coś się nie zgadza, ale zagłuszałam ten głos. Bo chciałam, żeby bajka trwała. Bo lubiłam tę wersję życia, jaką mi pokazał – nawet jeśli była tylko iluzją.
Dziś już wiem, że nie wszystko złoto, co się świeci. I że człowiek, który naprawdę coś ma, nie musi o tym opowiadać na każdym kroku. Trzeba słuchać siebie. Nawet jeśli to, co się słyszy, burzy piękne marzenia.
Weronika, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrobiłam ciasto bostońskie dla teściowej, a ona w podzięce potraktowała mnie jak śmiecia. Chciało mi się płakać”
- „Pożyczyłem ojcu w potrzebie 3 tysiące, ale nie chce mi oddać. Nie dam się traktować jak jakiś bankomat”
- „Mąż zamiast zajmować się firmą, puszczał oczko do stażystek. Szykuję taki odwet, że odechce mu się flirtów w pracy”