„Narzeczony namówił mnie na wspólne konto w banku i wyczyścił je z oszczędności. Nigdy więcej nie zrobię tego błędu”
„Uwierzyłam, że wspólne konto z narzeczonym to dowód zaufania. W mojej głowie było to coś więcej niż numer rachunku i karta z dwoma imionami. To był test zaufania, a ja bardzo chciałam wierzyć, że oboje zdamy go śpiewająco. Okazało się, że to także świetna metoda na zniknięcie z pieniędzmi”.

- Redakcja
Mówią, że zaufanie to podstawa każdego związku. Że trzeba się dzielić nie tylko troskami, ale i sukcesami. Przyznaję, łaknęłam tych wszystkich gestów, które świadczą o bliskości i prawdziwym partnerstwie – wspólne śniadania, zakupy, plany na przyszłość, a nawet to nieszczęsne wspólne konto w banku, które miało być symbolem „nas” – silnego, pewnego siebie duetu, gotowego razem podbijać świat. W mojej głowie było to coś więcej niż numer rachunku i karta z dwoma imionami. To był test zaufania, a ja bardzo chciałam wierzyć, że oboje zdamy go śpiewająco.
W końcu tyle się słyszy o parach, które razem odkładają na mieszkanie, razem płacą rachunki, a potem razem cieszą się z drobnych sukcesów. Gdzieś po cichu marzyłam, że też kiedyś spojrzę na swoje życie i powiem z dumą, że nie bałam się poważnych decyzji. Bo przecież jeśli mam ufać komuś na dobre i złe, to czemu nie miałabym mu powierzyć kilku cyferek i hasła do aplikacji bankowej? Czy nie o to właśnie chodzi w miłości – by odważnie otworzyć się na drugą osobę?
Nie przyszło mi wtedy do głowy, że czasem nawet najbardziej romantyczne deklaracje mogą być jak domek z kart. Jedno mocniejsze dmuchnięcie – i cała konstrukcja rozpada się w proch. Tak, zaufanie jest piękne. Szkoda tylko, że nie wszyscy wiedzą, co ono naprawdę znaczy.
„Tak robią pary”
Pierwszy raz wspomniał o wspólnym koncie, kiedy rozważaliśmy zakup nowej lodówki. Byłam w trakcie podlewania kwiatków na parapecie, a on leżał na kanapie z telefonem i rzucał w powietrze luźne pomysły, jakby mówił o kolorze zasłon.
– Może byśmy założyli jedno konto, co? – mruknął, nie patrząc mi w oczy.
– Po co? Przecież mamy swoje, jak dotąd działało – odparłam, nieco zaskoczona.
– No wiesz, łatwiej byłoby ogarnąć wydatki. Kredyt za mieszkanie, opłaty, jakieś wakacje… Tak robią pary. Ty chyba mi ufasz, prawda?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, rzucił mi ten swój uśmiech – taki, co zawsze rozbrajał każdą moją ostrożność. Niby nie był natarczywy, ale potrafił rozegrać sprawę tak, żebym poczuła się dziwnie, jeśli odmówię.
– Ufanie nie ma tu nic do rzeczy. Po prostu... to duży krok – powiedziałam cicho. – Nigdy nie miałam wspólnego konta z nikim. To trochę… jak oddanie kluczy do domu.
– Przesadzasz, Ewa. Przecież nie zamierzam cię okraść – zaśmiał się lekko. – Poza tym, jeśli chcemy być razem, trzeba się nauczyć działać jak drużyna.
Niby nic wielkiego, ale czułam, jak wbija mi się to w głowę. Drużyna. Jedność. Przez kilka dni chodziłam zamyślona, aż w końcu sama zaproponowałam, żebyśmy spróbowali.
– No widzisz? – powiedział wtedy, unosząc brew. – Od razu będzie łatwiej zorganizować życie.
Jeszcze wtedy wydawało mi się, że to zwykła organizacyjna decyzja. Ot, trochę więcej papierów, nowy PIN do zapamiętania. Nie przypuszczałam, że już wtedy powinnam była zadać mu jedno proste pytanie: „A co, jeśli pewnego dnia wszystko zniknie?”
Brakowało kilkuset złotych
Z każdym kolejnym tygodniem zaczęłam przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości – wspólne konto, wspólne wydatki, wspólne zakupy. Teoretycznie nic się nie zmieniło, a jednak wszystko wyglądało inaczej. On bardzo się starał, żeby pokazać, że to najlepsza decyzja. Każdy przelew, nawet te na drobne kwoty, konsultował ze mną teatralnie, jakbyśmy naprawdę prowadzili firmę, a nie dom.
– Ewa, kupiłem paliwo, dwieście złotych poszło z naszego konta, żeby nie było niedomówień – rzucał co kilka dni, podając mi paragon do ręki.
– Dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć – odpowiadałam, próbując się nie uśmiechać. Było w tym coś rozczulającego, trochę jak zabawa w dorosłych.
Raz nawet zapytał z przekąsem:
– A ty co, kupiłaś nową bluzkę? Bo widzę tu transakcję za sto pięćdziesiąt złotych w galerii.
– Mhm, była promocja. Chyba nie muszę się spowiadać z każdej pary skarpet, co?
– Żartuję przecież! – podszedł, przytulił mnie i pocałował w czoło. – Ja chcę tylko wiedzieć, na co idą nasze pieniądze.
To słowo „nasze” coraz częściej pojawiało się w jego ustach. Dziwnie przyjemne, choć czasem wywoływało ukłucie niepokoju. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie musiałam nikomu tłumaczyć, co robię z własnymi pieniędzmi. Teraz wszystko stało się „nasze”: oszczędności, debet, premie, nawet kary za opóźnienie opłat.
Kiedy pewnego wieczoru spojrzałam na stan konta i zobaczyłam, że brakuje kilkuset złotych, tylko wzruszył ramionami:
– Przelewałem na wspólne oszczędności, mówiłem ci przecież.
Pokiwałam głową. W końcu ufam. Przecież właśnie o to chodziło, prawda?
„Rezerwacja hotelowa”?
Czas mijał, a ja coraz mniej zaglądałam na konto. W sumie po co miałam to robić? On sprawdzał wszystko na bieżąco, powiadomienia przychodziły do niego na telefon. Czułam się niemal jak w luksusowym hotelu – wystarczyło zgłosić potrzebę, a on już organizował przelew, płacił rachunki, rezerwował bilety. Początkowo mnie to bawiło, potem zaczęło trochę drażnić.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy razem na kanapie, gdy rzuciłam mimochodem:
– Słuchaj, mogę cię prosić o przelew za mieszkanie? Zbliża się termin.
– Już robię – odpowiedział, nawet nie patrząc na mnie. W jego głosie nie było nawet śladu niechęci. – A w ogóle widziałaś, ile wydaliśmy w tym miesiącu na jedzenie? Musimy zacząć gotować w domu, bo zbankrutujemy.
– Możesz mi pokazać historię konta? Sama chcę przejrzeć wydatki – poprosiłam.
Wykrzywił usta w półuśmiechu, jakby go to rozbawiło.
– Proszę bardzo. Chociaż nie wiem, czy chcesz widzieć te wszystkie moje „kawy na mieście” – rzucił, podsuwając mi telefon.
Przesuwałam palcem po ekranie, zerkając na kolejne pozycje. Nic szczególnego, wszystko się zgadzało, a jednak… coś mi nie pasowało.
– Ej, a co to za przelew? „Rezerwacja hotelowa”? – zatrzymałam się przy jednej pozycji.
– To dla szwagra, pamiętasz? Prosił mnie, żebym zarezerwował mu pokój na wyjazd służbowy, bo jego karta nie działała. Odda mi gotówką.
Niby logiczne, a jednak w głowie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Próbowałam jeszcze żartować:
– Dziwny ten twój szwagier, wszystko mu nie działa, jak trzeba.
– Ewa, nie przesadzaj. Wiem, co robię.
Przytaknęłam, choć wcale nie czułam się spokojna. Zaczęłam mieć wrażenie, że coraz więcej rzeczy dzieje się poza mną.
Gdzie są nasze oszczędności?!
Coraz częściej łapałam się na tym, że omijam temat pieniędzy. Kiedyś byłam skrupulatna, wszystko zapisywałam, a teraz… jakoś nie miałam odwagi pytać. Może zwyczajnie nie chciałam słyszeć wymówek. Zamiast sprawdzać saldo, czekałam na jego wieczorne raporty, które z czasem zamieniły się w suche: „wszystko pod kontrolą, nie martw się”. Czułam się trochę jak dziecko, które dostaje kieszonkowe i lepiej niech nie wnika, ile jest w rodzinnej kasie.
Pewnego dnia wrócił później niż zwykle, niosąc siatkę z zakupami i minę zatroskanego męża stanu.
– Coś się stało? – zapytałam od progu.
– Wiesz, miałem dziś ciężki dzień w pracy, a na dodatek okazało się, że karta mi nie działała w sklepie. Dobrze, że miałem gotówkę.
– Jak to nie działała? – zdziwiłam się. – Przecież tam jest kasa, sprawdzałam wczoraj.
– No właśnie, nie wiem, co się stało. Może jakiś błąd systemu, może limit, może bank coś miesza. Jutro pójdę zapytać – machnął ręką, jakby sprawa nie miała znaczenia.
Coś mnie tknęło. Wieczorem, gdy poszedł pod prysznic, wyjęłam jego laptopa i zalogowałam się na nasze konto. Hasło było to samo, nic nie zmieniał. Wpatrywałam się w ekran i widziałam coraz więcej pustych miejsc. Przelewy, wypłaty, transfery na nieznane konta. Pieniądze znikały, a ja nie miałam pojęcia, gdzie.
Gdy wyszedł z łazienki, już nie potrafiłam ukryć irytacji.
– Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego na naszym koncie nie ma już połowy oszczędności? – zapytałam ostro.
Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na mnie, jakbym nagle zaczęła mówić po chińsku.
– O czym ty mówisz? Sprawdzałem dziś rano, wszystko było dobrze.
– Nie było dobrze. Albo powiesz mi prawdę, albo jutro idę do banku sama.
Widziałam, jak jego twarz robi się blada. Pierwszy raz nie miał gotowej odpowiedzi.
Tym razem nie zamierzałam mu odpuścić
Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Siedział naprzeciwko mnie, a ja czekałam, aż wreszcie powie coś sensownego. Miałam w sobie tyle złości, że aż drżały mi ręce, a jednocześnie w środku czułam pustkę.
– Wyjaśnisz mi to wreszcie? – ponagliłam go, starając się utrzymać głos na normalnym poziomie.
– Ewa… To nie jest tak, jak myślisz. Miałem kilka wydatków, pożyczyłem pieniądze kumplowi. Odda wszystko, przysięgam – zaczął mętnie tłumaczyć, ale nawet nie patrzył mi w oczy.
– Od kiedy to mamy być sponsorem twoich kumpli?! – wybuchłam. – I ile ci „pożyczyliśmy”? Bo z tego co widzę, to przepadła cała nasza poduszka bezpieczeństwa!
– Spokojnie, już do mnie dzwonił, że w przyszłym tygodniu przeleje całą kwotę. Wszystko wróci na konto, zobaczysz.
– Przecież cię znam. To nie pierwszy raz, kiedy coś kombinujesz, a ja dowiaduję się na końcu. Myślisz, że nie widzę, jak kręcisz?
Widziałam, że zbiera się w sobie, próbując znaleźć jakąś wiarygodną wersję wydarzeń. Tylko że tym razem nie zamierzałam mu odpuścić.
– Powiedz mi prawdę, do cholery. Gdzie są nasze pieniądze? – spytałam stanowczo, bo już nie miałam siły dalej się denerwować.
Zawahał się przez chwilę, potem rozłożył ręce bezradnie.
– Ewa… Ja… potrzebowałem tych pieniędzy. Parę długów mi się nazbierało, trochę przegrałem, trochę kredytów. Nie chciałem cię martwić, miałem to wszystko odrobić. Wyszło jak zawsze.
Siedziałam wpatrzona w niego, czując w ustach gorzki smak. I wtedy dotarło do mnie, że on nie tylko mnie zawiódł, on po prostu zniknął z całym naszym zaufaniem i oszczędnościami. W tej jednej chwili wiedziałam, że nie jestem już tą naiwną dziewczyną, która wierzyła w drużynę.
Wole być biedna, ale spokojna
Zaskakujące, jak łatwo można przeoczyć sygnały ostrzegawcze, gdy bardzo chce się wierzyć, że wszystko jest w porządku. Patrzyłam na niego przez chwilę, jakby był obcym człowiekiem, nie narzeczonym, z którym planowałam przyszłość. On siedział zrezygnowany, jakby czekał, aż wydam wyrok.
– Myślisz, że po tym wszystkim jeszcze ci zaufam? – spytałam spokojnie, aż sama zdziwiłam się swoim tonem.
– Ewa, ja… Chciałem to jakoś naprawić, naprawdę. Myślałem, że dam radę, tylko trochę się pogubiłem – mówił, a w jego głosie nie było już śladu dawnej pewności siebie.
– Trochę się pogubiłeś? Zniknęło nam z konta kilkanaście tysięcy, a ty mówisz, że się pogubiłeś? Wiesz co, może lepiej, żebyś się „pogubił” gdzieś indziej – odparłam, wstając z kanapy.
– Proszę cię, nie dramatyzuj. To tylko pieniądze, jeszcze odrobimy, wszystko się ułoży. Zobaczysz!
Zaśmiałam się gorzko.
– Jasne. Ty zawsze „odrobisz”. Tylko jakoś nigdy nic nie wraca na konto. Wiesz co? Mam już dość tej twojej kreatywnej księgowości.
– Ewa, nie rób scen, dobrze? Przecież wiesz, że cię kocham.
– Wiesz co? Ja chyba wolę być biedna, ale spokojna. Twoje „zaufanie” już mnie kosztowało wystarczająco dużo.
Złapał się za głowę, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że żarty się skończyły.
– To co, już po nas?
– Po nas, po pieniądzach i po tym całym twoim przedstawieniu. Zostawiłam sobie coś na czarną godzinę, więc nie musisz się martwić o moją przyszłość.
Nie powiedział już nic. Wieczorem zostawił klucze na stole i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zostałam sama, z cichą satysfakcją, że chociaż raz nie dałam się wyrolować do końca.
Ewelina, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka wnuk przyniósł mi tani kubek z marketu. Nie wie niedojda, że fałszywą troską piekło jest wybrukowane”
- „W Dzień Babci wnuki zrobiły mi niespodziankę. Wróciłam z rachunkiem i myślą, że nie rozumiem ich świata”
- „Moje wnuki zapomniały o Dniu Dziadka. Nie chciałem się skarżyć, więc udawałem chojraka, choć serce pękało z żalu”