Reklama

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Przez żaluzje wpadało blade, lutowe słońce, oświetlając naszą sypialnię. Naszą? Dobre sobie. To było mieszkanie Jacka. Każdy metr kwadratowy, każda deska w podłodze i każdy włącznik światła należały do niego.

Podobało mi się to

Ja tylko „partycypowałam w kosztach eksploatacyjnych”, jak to ładnie ujął w Excelu, który przysłał mi trzy dni po tym, jak się wprowadziłam. Leżałam w łóżku, patrząc na jego plecy. Oddychał miarowo, spokojnie. Jacek spał snem człowieka, który ma na koncie oszczędnościowym kwotę pozwalającą na kupno małej wyspy, a mimo to przed snem sprawdza, czy na pewno wyłączyliśmy router z gniazdka, żeby nie ciągnął prądu na czuwaniu.

Sięgnęłam po telefon. Instagram zalała fala czerwieni i różu. Koleżanki ze studiów wrzucały zdjęcia gigantycznych bukietów, mąż mojej siostry przyniósł jej śniadanie do łóżka, a Anka z księgowości chwaliła się biletem do Paryża.

Ja dostałam rano powiadomienie z naszej wspólnej aplikacji do rozliczeń: „Wczoraj kupiłaś serek wiejski i bułki. 14,50 zł. Dodałem do salda. Pamiętaj, że w tym miesiącu przekraczamy budżet spożywczy o 3%”. Serce podeszło mi do gardła. Nie chciałam diamentów, nie chciałam wycieczki na Malediwy. Chciałam tylko, żeby ten człowiek, który zarabia grubo ponad dwadzieścia tysięcy złotych na rękę, chociaż raz przestał być księgowym własnego życia, a stał się moim mężczyzną.

– Jacek? – szepnęłam, dotykając jego ramienia.

Mruknął coś niezrozumiale i przewrócił się na drugi bok.

– Wiesz, jaki dziś dzień? – zapytałam z cichą nadzieją.

Był racjonalny

Otworzył jedno oko. Niebieskie, zimne, analityczne.

– Wtorek – mruknął. – I termin płatności podatku od nieruchomości. Dzięki, że mi przypomniałaś.

Kiedy poznaliśmy się trzy lata temu, jego podejście do pieniędzy mi imponowało. Byłam zmęczona facetami, którzy szastali kasą na lewo i prawo, żyjąc na kredyt, byle tylko zaimponować kolegom w klubie. Jacek był inny. Stateczny, konkretny, z planem na przyszłość. Mówił o wolności finansowej, o inwestycjach, o tym, że nie chce być niewolnikiem konsumpcjonizmu.

– Po co płacić 20 złotych za kawę na mieście, skoro w domu mam ekspres i wychodzi 1,20 zł za kubek? – pytał na jednej z pierwszych randek.

Wtedy przyznałam mu rację. To brzmiało rozsądnie. Dojrzałe podejście, prawda? Czułam się przy nim bezpiecznie. Myślałam: „Ten facet nie przepuści wypłaty w kasynie. Z nim zbuduję dom”. Problemy zaczęły się sączyć powoli, jak woda przez nieszczelną uszczelkę. Najpierw były drobiazgi. Zwracanie uwagi, że używam za dużo ręczników papierowych w kuchni. Sugestie, żebyśmy nie chodzili do kina w soboty, bo we wtorki są tańsze bilety – nawet jeśli we wtorki oboje wracaliśmy z pracy o 20 padnięci na twarz.

Potem przyszła kwestia prezentów. Na moje 28. urodziny dostałam od niego kurs optymalizacji podatkowej online, który kupił w pakiecie, bo i tak potrzebował go dla siebie, oraz zestaw pojemników na żywność.

– Żebyśmy nie marnowali jedzenia, kochanie – powiedział, całując mnie w czoło. – Wiesz, ile pieniędzy ląduje w śmietniku przez złe przechowywanie wędliny?

Lubił oszczędzać

Uśmiechnęłam się wtedy sztucznie, dławiąc łzy. Moi rodzice byli w szoku, ale ja go broniłam.

– Mamo, on jest po prostu pragmatyczny – tłumaczyłam przy niedzielnym obiedzie. – Dba o naszą przyszłość.

– Dziecko – westchnęła wtedy moja matka. – Granica między oszczędnością a skąpstwem jest cieńsza niż makaron. I obawiam się, że Jacek dawno ją przekroczył.

Miała rację. Ale ja byłam zakochana i ślepa. A może po prostu bałam się przyznać, że wpakowałam się w związek z człowiekiem, który kocha pieniądze bardziej niż ludzi? Punktem zwrotnym – a przynajmniej jednym z nich – były wakacje w Grecji. Jacek zarabiał już wtedy krocie. Dostał awans, premię roczną. Ja też radziłam sobie nieźle, więc stać nas było na komfortowy wyjazd.

Marzyłam o hotelu z widokiem na morze, o kolacjach w tawernach przy zachodzie słońca. Co dostałam? Jacek spędził trzy tygodnie na wyszukiwaniu „ukrytych perełek”, co w jego języku oznaczało apartamenty trzy kilometry od plaży, bez klimatyzacji, za to w rewelacyjnej cenie.

– Spacer nam dobrze zrobi, to kardio za darmo! – wołał entuzjastycznie, gdy w 35-stopniowym upale ciągnęłam walizkę pod górę po szutrowej drodze, bo szkoda mu było 15 euro na taksówkę.

Było mi przykro

Najgorszy był jednak wieczór w Chanii. Poszliśmy do restauracji. Jacek przez 20 minut studiował menu, przeliczając ceny euro na złotówki w telefonie. Widziałam zażenowanie kelnera, który stał nad nami z notesem.

– Weźmiemy jedną sałatkę grecką na pół i karafkę wody. Kranówki, jeśli macie darmową – zarządził Jacek.

– Jacek, proszę cię… jestem głodna. Chciałabym zjeść rybę – szepnęłam, czując, jak palą mnie policzki.

– Rybę? – spojrzał na mnie jak na wariatkę. – Wiesz, ile tu narzucają marży na owoce morza? Kupimy jutro na targu i usmażymy w apartamencie. Wyjdzie pięć razy taniej, a smak ten sam.

Zamówiłam tę rybę. Zapłaciłam za nią własną kartą, demonstracyjnie. Jacek nie odzywał się do mnie przez dwa dni. Uznał to za finansową niesubordynację i brak szacunku do jego filozofii życiowej. Płakałam pod prysznicem w tej dusznej łazience bez okna, zastanawiając się, co jest ze mną nie tak, że nie potrafię cieszyć się z „oszczędności”.

Mimo wszystko, kiedy oświadczył mi się w Boże Narodzenie, powiedziałam „tak”. Była magia świąt, choinka, zapach piernika. Jacek klęknął. Wyjął pudełeczko. Pierścionek był ładny. Delikatny. Byłam wzruszona. Do czasu.

Nie uznawał Walentynek

Tydzień później, sprzątając jego biurko, znalazłam paragon. Leżał na wierzchu, przygnieciony stertą faktur. Pierścionek pochodził z lombardu. Był używany. Kosztował 350 złotych. Zrobiło mi się niedobrze. Nie chodziło o to, że był używany – idea dawania drugiego życia przedmiotom jest piękna. Chodziło o to, że on to traktował jak kolejny deal. Jak kupno akcji na dołku. Moje zaręczyny były dla niego transakcją, w której musiał wyjść na plus. Gdy go o to zapytałam, wzruszył ramionami.

– Złoto to złoto. Chemicznie jest takie samo. Po co płacić marżę jubilerską za nowość? To nieracjonalne. Powinnaś być dumna, że masz narzeczonego, który nie daje się robić w balona korporacjom.

Nosząc ten pierścionek, czułam się, jakbym nosiła na palcu metkę z napisem „przecena”. Ale wróćmy do 14 lutego. Wyszłam do pracy z ciężkim sercem. W biurze atmosfera była gęsta od ekscytacji. Kurierzy biegali z kwiatami. Nawet kolega z działu obok, który zwykle jest cynikiem, przyniósł pączki dla całego zespołu.

– Bierzcie, dziewczyny – rzucił, stawiając karton na biurku. – Walentynki to komercha, ale każda okazja jest dobra, żeby zjeść coś słodkiego, nie?

Nie obchodziło go to

Uśmiechnęłam się. On nie zarabiał tyle co Jacek. Jeździł starym autem, a nie leasingowaną Toyotą. Ale miał gest. Kiedyś, gdy zapomniałam portfela i chciałam pożyczyć od niego 10 zł na lunch, machnął ręką i powiedział: „Oddasz, jak będziesz miała, albo kupisz mi kiedyś piwo”. Jacek w takiej sytuacji kazałby mi zrobić natychmiastowy przelew, wliczając w to ewentualną prowizję banku.

O 17 wróciłam do domu. Po cichu, gdzieś na dnie serca, liczyłam na cud. Może zrozumiał? Może te moje aluzje przez ostatnie tygodnie dotarły do jego analitycznego mózgu? Otworzyłam drzwi. Mieszkanie było pogrążone w półmroku. Jacek siedział przed laptopem w dresie, z podświetloną na czerwono klawiaturą, analizując wykresy.

– Cześć – powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu. – Jest promocja na prąd w taryfie nocnej, nastawiłem pralkę na 22, więc nie bierz prysznica wcześniej, żeby ciśnienie nie spadło.

Zacisnęłam zęby.

– Jacek… – zaczęłam, stając w progu salonu. – Są Walentynki.

Nic nie rozumiał

Westchnął, jakbym poprosiła go o rozwiązanie równania różniczkowego w pamięci. Odwrócił krzesło w moją stronę.

– Rozmawialiśmy o tym. Walentynki to wymysł amerykańskich koncernów. Restauracje podnoszą ceny o 40% tego dnia. Jakość obsługi spada, bo jest tłok. Gdzie tu logika?

– Tu nie chodzi o pieniądze! – krzyknęłam, czując, jak tama pęka. – Tu chodzi o emocje! O bycie razem! O celebrowanie nas!

– Możemy celebrować nas w domu – odparł spokojnie, drapiąc się po brodzie. – Sprawdziłem w lodówce. Mamy ten makaron z przeceny, który kupiłem w sobotę, i kawałek parmezanu. Zrobię carbonarę. Bez śmietany, bo to niezdrowe i drogie, zrobimy na jajkach. Wyjdzie 12 złotych za całość. W knajpie zapłacilibyśmy 120. Widzisz różnicę? Sto osiem złotych zostaje w kieszeni. Wrzuć to na procent składany na 20 lat i masz…

Nie pozwoliłam mu dokończyć.

– Dość – powiedziałam cicho, ale stanowczo. Mój głos drżał, ale ręce nagle przestały.

– Czego masz dość? Makaronu? Możemy zrobić ryż z warzywami, też wyjdzie tanio.

– Mam dość ciebie. Twojego skąpstwa, twojego Excela, twojego przeliczania miłości na złotówki.

Miarka się przebrała

Wstał, wyraźnie zaniepokojony. Nie moimi emocjami, ale faktem, że sytuacja wymyka się spod kontroli, a on nienawidził chaosu.

– O czym ty mówisz? Przecież dbam o nas! Buduję nam poduszkę finansową! Kiedy inni będą głodować na emeryturze, my będziemy pić drinki na Bahama!

– Ty będziesz pił drinki, o ile znajdziesz takie w promocji – odparłam z jadem, którego istnienia u siebie nie podejrzewałam. – Ale będziesz je pił sam.

Podeszłam do sypialni i wyciągnęłam walizkę spod łóżka. Zaczęłam wrzucać do niej ubrania. Chaos. Bielizna, swetry, kosmetyki. Jacek stanął w drzwiach. Był blady.

– Co ty robisz? To jest irracjonalne zachowanie. Działasz pod wpływem hormonów.

– Wyprowadzam się. Dzisiaj. Teraz.

– Ale mamy umowę na internet na dwa lata. Co z czynszem? Luty ma 28 dni, zapłaciłaś tylko połowę. Jeśli wyjdziesz teraz, jesteś mi winna za 14 dni, plus media. Wczoraj wzięłaś długą kąpiel, licznik wody poszybował…

Zatrzymałam się z bluzką w ręku. Spojrzałam na niego. Mój narzeczony, człowiek, któremu chciałam urodzić dzieci. W momencie, gdy jego kobieta pakowała walizki i kończyła związek, on kalkulował zużycie wody.

Zostawiłam go

To był ten moment. Ostatni gwóźdź do trumny naszej miłości. Zdjęłam pierścionek zaręczynowy z palca. Ten z lombardu.

– Masz – rzuciłam w jego stronę. Odbiło się od jego klatki piersiowej i upadło na panel podłogowy z cichym brzękiem. – Sprzedaj go. Może kurs złota wzrósł i zarobisz kolejne dwie dychy.

– To jest strata aktywów… – zaczął, schylając się po pierścionek.

Nie słuchałam go już. Zamknęłam walizkę. Wzięłam torebkę. W przedpokoju rzuciłam na szafkę 200 złotych w gotówce.

– To za czynsz, wodę, prąd i ten serek wiejski, który mi wypomniałeś rano. Reszty nie trzeba. Potraktuj to jako napiwek za zmarnowane trzy lata życia.

Wyszłam na ulicę. Było zimno, wiał wiatr, a ja ciągnęłam ciężką walizkę po nierównym chodniku. Nie miałam dokąd iść. Zadzwoniłam do siostry.

– Gośka… mogę wpaść? – zapytałam, dławiąc się łzami.

– Jezu, Natalia, co się stało? Głos ci się trzęsie. Jacek znowu kazał ci jeść chleb z poprzedniego tygodnia?

– Gorzej. Ale już nigdy więcej mi nic nie każe.

Chciał zwrotu kasy

Siedząc w taksówce, patrzyłam na mijane miasto. Widziałam pary idące za rękę z kwiatami. Widziałam ludzi w restauracjach, którzy pewnie przepłacali za wino i jedli średnie posiłki, ale śmiali się, patrzyli sobie w oczy i byli tu i teraz. Wtedy zadzwonił telefon. Jacek. Odebrałam, myśląc, że może jednak powie „kocham cię”, „przepraszam”, „wróć”.

– Słuchaj, te 200 złotych – zaczął bez wstępu. – Przeliczyłem to na szybko. Z uwzględnieniem amortyzacji sprzętów AGD, których używałaś, i biorąc pod uwagę inflację od początku miesiąca, brakuje jeszcze około 34 złotych i 50 groszy. Możesz mi to bliknąć? Nie chcę robić zamieszania w arkuszu.

Roześmiałam się. Taksówkarz spojrzał na mnie w lusterku wstecznym z niepokojem.

– Wiesz co, Jacek? – powiedziałam, ocierając łzę, która rozmazała mi tusz. – Wpisz to sobie w straty. Albo wiesz co? Odejmij to od ceny pierścionka. W lombardzie na pewno dadzą ci dobrą cenę.

Zaczęłam od nowa

Rozłączyłam się i zablokowałam numer. Wysiadłam pod blokiem siostry. Po drodze minęłam kwiaciarnię, która była jeszcze otwarta. Weszłam do środka.

– Poproszę ten duży bukiet czerwonych róż – powiedziałam do starszej pani za ladą.

– Dla kogoś wyjątkowego? – zapytała z uśmiechem.

– Tak – odpowiedziałam, wyciągając kartę. – Dla mnie. Bo w końcu odzyskałam wolność. A ona jest bezcenna.

Zapłaciłam 150 złotych. Jacek dostałby zawału. Wąchając te kwiaty w zimny, lutowy wieczór, czułam się bogatsza niż kiedykolwiek, mając przy sobie tylko walizkę ubrań i debet na koncie. Zrozumiałam, że skąpstwo to nie cecha charakteru. To stan umysłu, który zabija każdą radość. Jacek miał miliony na koncie, ale był najbiedniejszym człowiekiem, jakiego znałam.

Weszłam do klatki schodowej, zostawiając za sobą mróz i człowieka, który kochał cyferki bardziej niż bicie serca. To były najlepsze Walentynki w moim życiu. Bo były pierwszym dniem mojej nowej, bezcennej reszty życia.

Natalia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama