Reklama

Urlop po porzuceniu to wyjątkowo nietrafiony pomysł, tym bardziej, jeśli zamiast w góry trafia się do leśniczówki. Cały ten wyjazd okazał się klapą. Oczywiście obwiniałam za to Igora, eksnarzeczonego. Przez niego poprzednie lato kisiłam się w stolicy, bo nie miał możliwości wziąć choćby tygodnia wolnego. To on wplątał się w romans z rudowłosą Niną, której jedynym błogosławieństwem był ojciec prowadzący dużą hurtownię gwoździ i chyba śrubek czy czegoś takiego. W grudniu Igor oświadczył mi, że poznał kobietę, z którą zamierza spędzić całe swoje życie i wcześniejsze nasze wspólne plany przestały być, jakby, aktualne.

Wypłakałam morze łez

Wypłakałam chyba wszystkie możliwe łzy, a potem jeszcze długo ocierałam złość ukradkiem. Igor zrezygnował ze mnie jakieś 6 miesięcy przed terminem ślubu, kiedy połowa mojej rodziny miała już wstępne stroje i ustalone menu. Wiecie, jak upokarzające jest tłumaczenie wszystkim ciotkom naraz i każdej z osobna, że jednak szczęśliwego finału nie będzie? Doświadczyłam właśnie tego i najgorszemu przeciwnikowi bym tego nie życzyła. Pewnie nadal chlipałabym po zdradzieckim Igorze, gdyby mój braciszek nie wpadł na diabelski pomysł…

Brat, czyli Damian, usiłował wszystkimi sposobami odciągnąć mnie od myślenia o Igorze, lecz ja wolałam pogrążać się w samotnej melancholii. Kiedy zrozumiałam, że albo wyjadę, albo całkiem się posypię, ucieszyłam się, gdy moja kuzynka Kinga na samym początku lipca zaproponowała mi wakacje w leśniczówce u jej teściów, niedaleko Giżycka. Doszłam do wniosku, że to idealne miejsce do leczenia złamanego serca. Niestety zlekceważyłam fakt, że Kinga jest dumną i zaangażowaną mamą dwuletniego Olusia. Po 7 dniach miałam już serdecznie dość leśniczówki ulokowanej na krańcu wioski, kapryśnej pogody, Kingi i jej hałaśliwego maluszka. Odezwałam się więc szybko do mojego braciszka.

Nietypowe spotkanie ze słupnikiem

– Damian, ratuj, zabierz mnie stąd, bo inaczej tu oszaleję, osiwieję i trupem padnę!

– Lena, wybacz, ale nie dam rady. Po pracy mam ważną wizytę kontrahenta w magazynie, ale w piątek wraca z Trójmiasta mój kolega – ten, o którym ci kiedyś wspominałem – powiedział Damian. – Bartek mógłby cię po drodze zabrać do Warszawy. Zadzwonię do niego i dam ci cynk.

Całe szczęście Bartek się zgodził i miał zjawić się następnego dnia koło południa. Od samego rana siedziałam w domu sama, bo reszta, Kinga oraz Oluś pojechali na targowisko. Spakowałam walizkę i wybrałam się na rowerze do wsi, żeby zanieść pożyczone trzy tomy powieści do znajomej Kingi. Wracając, z daleka usłyszałam głośne szczekanie psa Łobuza. Przyspieszyłam. Przy bramie ktoś zaparkował auto, bramka była uchylona, a na niewysokim słupie siedział skulony jakiś mężczyzna. Łobuz miał nastroszoną sierść i przy każdym ruchu intruza reagował donośnym ujadaniem. Parsknęłam śmiechem. Odstawiłam rower, złapałam psa za obróżkę i zaryglowałam go na jego wybiegu. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że rano puściłam go luzem, a furtkę zamknęłam jedynie na klamkę.

– Jestem Lena, a ty musisz być Miłosz, tak? – spytałam wielce rozbawiona.

Jemu jednak humor kompletnie nie dopisywał. Wargi zaciskał aż mu zbielały, brwi ściągnięte.

– Bartek, a nie jakiś cholerny Miłosz – mruknął, zeskakując ze słupka.

– Myślałam, muszę przyznać, że mam przed sobą nowoczesną wersję świętego, jak to on się nazywał, Szymon Słupnik? Jak pamiętam, to był średniowieczny asceta, który część życia spędził na słupie, żeby się umartwiać.

– W moim przypadku żadnego umartwiania nie będzie. Wspiąłem się tam, żeby ochronić spodnie — a może i łydki — przed kłami tego rozjuszonego krwiożerczego zwierzęcia.

Starannie otrzepał dżinsy. Gdy dalej chichotałam, zasłaniając usta dłonią, burknął:

– Bardzo śmieszne. I powiedz mi, co niby miałem zrobić? Dzwonka nie było, więc wlazłem. A to stworzenie wyszło zza budynku i na mnie skoczyło. Byłem bez szans.

Perorował przede mną obrażony, a cała sytuacja wyraźnie nadszarpnęła jego dumę.

– Niestety, nie każdemu dane jest być świętym – odparłam niewinnie.

W końcu też parsknął gromkim śmiechem.

– Jak zostanę znaną osobistością w przyszłości, nie montuj tu tablicy upamiętniającej to wydarzenie. A tobie jeszcze odpłacę za tę szyderczą radość. Twoim zadaniem było cierpliwie mnie wypatrywać, bo przecież miałem cię dziś stąd odebrać. Tak przynajmniej przekazał mi Damian.

– Sytuacji raczej takiej nie będzie. No, chyba że odmówisz zabrania mnie do stolicy. Jakoś bym zresztą sobie chyba i tak poradziła.

– W życiu nigdy nie można być niczego pewnym. Niespodzianki są wszędzie – stwierdził. – Walizka gotowa?

Byłam gotowa, więc szybko zapakowaliśmy się do wozu. Nawet mi się to podobało.

Podróż była z niespodzianką

W aucie Bartek odezwał się pierwszy:

– Wiesz, mam wrażenie, jakbyśmy się znali od dawna. Damian to straszny gaduła. Od jakichś czterech lat dzielimy biuro, więc słucham historyjek o waszej familii jak o moich własnych bliskich.

– To pewnie wiesz też o tym, że… jakby to powiedzieć...

– O fatalnej historii z bezbożnikiem Igorem? Wspominał. I o tym, że gajówka miała uleczyć złamane serce. Ale... znając twój temperament — a znam go z opowieści Damiana — domyślałem się, że raczej nie zabawisz tu zbyt długo. I chyba miałem rację?

– I co według ciebie powinnam zrobić? Zastosować jakąś nową metodę? Nie kijem go, to pałką, a może klin klinem?

– Prawdę mówiąc – miałoby sens tylko to ostatnie.

Spojrzałam na niego ukradkiem i pomyślałam, że może to wcale niegłupi pomysł, pod warunkiem że on zgodziłby się być tym „klinowym zastępstwem”. Z opowieści Damiana wynikało, że to człowiek mądry, spokojny i przyzwoity. A do tego przystojny, a ja od zawsze miałam słabość do wysokich jasnowłosych mężczyzn, ale co tu gdybać… Niemożliwe, by Bartek był wolny. Swoją drogą dziwne, że brat nic o tym nie wspomniał. A może ja byłam tak pochłonięta cierpieniem po Igorze, że po prostu tego nie zauważyłam.

Zasnęłam, a on mnie gdzieś wywiózł

Przez resztę drogi rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, omijając temat moich miłosnych katastrof. Po około trzydziestu minutach jazdy ogarnęła mnie senność. Obudziło mnie łagodne szturchnięcie w ramię.

– Pora wstać, księżniczko. Dojechaliśmy na miejsce.

Przez moment siedziałam bez ruchu, zaskoczona widokiem stylowego dworku stojącego na tle sosnowego lasu nad jeziorem.

– Ale… to przecież nie Warszawa! Gdzie ty mnie zawiozłeś?

Bartek odparł z nieco zawadiackim uśmiechem:

– Uznałem, że możesz poczuć się, jak porwana przez współczesnego informatyka, który po drodze na urlop spotkał piękną dziewczynę, uśpił ją swoim urokiem, a potem wywiózł na Mazury i proponuje jej dwa tygodnie wakacji w swoim, skromnym, ale szlachetnym, towarzystwie. Podoba ci się ten plan?

Choć powiedział to śmiało, wyczułam w jego spojrzeniu nutę niepewności.

– Czy to przypadkiem nie twoja zemsta za to, że utknąłeś na tym słupie? – spytałam ostrożnie.

– Ależ skąd! Nawet o tym nie pomyślałem! – zaprzeczył energicznie.

– O, matko! Na pewno wymyśliłeś to wspólnie z Damianem. On przeżywa moje załamanie bardziej niż ja i wciąż próbuje coś wymyślić. No i wymyślił! A ty naprawdę chcesz spędzić ze mną urlop? A jeśli okaże się, że jestem wredną jędzą?

– Chciałem poznać cię od dawna, a wspólny urlop wydał się nam obu świetnym pomysłem. Zamierzałem zaproponować to po drodze, ale akurat zasnęłaś.

– Trzeba przyznać, że bezczelność cię nie opuszcza – skomentowałam półżartem. – Mam nadzieję, że mogę zaufać bratu. Są tu dwa, mam nadzieję, oddzielne pokoje? – spytałam poważnie.

– Oczywiście! – zameldował Bartek. – Ale ostrzegam, że nadchodzi długi weekend, a wtedy każdy pokój jest na wagę złota.

– Zobaczymy – odparłam łagodniej. – Masz już u mnie duży plus.

Cały dzień telefon Damiana był wyłączony. Następnego ranka wysłałam mu więc wiadomość: „U mnie wszystko super. Dzięki, braciszku”. Skoro ja byłam szczęśliwa, to on też mógł być już o mnie spokojny.

Lena, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama