Reklama

Święta Bożego Narodzenia miały być okazją do poznania rodziny mojego narzeczonego bliżej. Byliśmy razem już prawie dwa lata, a on wielokrotnie wspominał o ciepłej atmosferze w swoim domu. Mimo że miałam pewne obawy, dałam się przekonać – chciałam wierzyć, że to będzie miłe przeżycie, a nie stresujący obowiązek. Przygotowałam prezenty, włożyłam sweter z reniferem i ruszyliśmy jego autem do niewielkiej miejscowości oddalonej o trzy godziny drogi od mojego zamieszkania. Z każdą przejechaną minutą czułam rosnące napięcie, choć jeszcze nie wiedziałam, że te święta na zawsze zostaną mi w pamięci. I to nie z powodów, o których marzyłam.

Nikt na mnie nie czekał

Kiedy dotarliśmy na miejsce, śnieg jeszcze lekko prószył, a na podjeździe stały dwa samochody przysypane białym puchem. Dom był duży, zadbany, z drewnianymi okiennicami i pachniał dymem z kominka, co w teorii powinno tworzyć ciepłą atmosferę. W praktyce – czułam się, jakbym przekraczała próg domu, w którym nikt nie czekał na moją obecność. Jego mama otworzyła drzwi i spojrzała na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym była przedstawicielką jakiejś sekty, która zaraz będzie wciskać ulotki o końcu świata. Uśmiechnęłam się, wyciągnęłam rękę, ale ona tylko skinęła głową.

– No, jesteście. W butach nie wchodzimy – rzuciła i odwróciła się na pięcie.

Narzeczony udawał, że wszystko jest w porządku. Cmoknął matkę w policzek i pokazał mi, gdzie zostawić kurtkę. Po chwili przywitał się jego ojciec – cichy, z gazetą w ręku. Skinął mi głową, ale nie wstał z fotela. W salonie siedziała też siostra narzeczonego z mężem. Oboje przyglądali mi się z nieskrywaną ciekawością, jakbym była czymś egzotycznym, co właśnie wpadło przez komin.

– To ty jesteś ta z miasta, tak? – zapytała z wyraźnym akcentem.

– Tak, z Poznania – odpowiedziałam, siadając niepewnie na brzegu kanapy.

– U nas to inaczej wszystko. Zobaczysz.

To „zobaczysz” zabrzmiało bardziej jak groźba niż zapowiedź atrakcji. Spojrzałam na narzeczonego, ale on tylko wzruszył ramionami. Zaczynałam rozumieć, że ta wizyta może nie być tak spokojna, jak sobie wyobrażałam.

Kazali mi obierać ziemniaki

Zaraz po krótkim przywitaniu jego mama zawołała mnie do kuchni. Bez uśmiechu, bez słowa wdzięczności, wręczyła mi fartuch i wskazała blat zawalony półproduktami.

Umiesz obierać ziemniaki? – zapytała, jakby wątpiła, czy miasto nauczyło mnie czegokolwiek pożytecznego.

– Tak, oczywiście – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.

– No to do dzieła. Tutaj masz worek. Trzy kilo. Będą do sałatki.

Nie zapytała, czy chcę pomóc. Nie zaproponowała herbaty, nie zapytała, czy nie jestem zmęczona po podróży. Po prostu przyjęła, że moja rola to służenie przy kuchennym blacie. Wzięłam się do pracy, próbując nie dać po sobie poznać rozczarowania. W tle słyszałam rozmowy toczące się w salonie. Śmiechy, jakieś docinki, ktoś coś opowiadał o „tych z miasta” – nie było trudno domyślić się, że chodzi o mnie. Po godzinie obierania i krojenia podeszła do mnie jego siostra. Wzięła do ręki kawałek ogórka z miski, włożyła do ust i powiedziała:

– Mamo, nie przesadzaj. Przecież ona nie będzie wiedziała, jak się robi naszą sałatkę. U nich się wszystko gotowe kupuje, co nie?

Zachłysnęłam się powietrzem, ale postanowiłam to odpuścić. Narzeczony nie pojawił się ani razu w kuchni, nie zapytał, czy mi pomóc, czy coś przynieść. Siedział z ojcem i szwagrem, śmiejąc się z jakiegoś filmu. Ja nadal stałam przy kuchennym stole i kroiłam kolejne składniki. Bez słowa. Zegar wskazywał dopiero piętnastą, a ja już chciałam wracać do domu.

U nas kobiety robią wszystko

Kiedy skończyłam z sałatką, usiadłam na chwilę przy kuchennym stole. W końcu dostałam herbatę – letnią, w szklance z obtłuczonym uchem. Jej mama stała przy kuchence i mieszała w garnku czerwony barszcz. W tle leciało radio, ktoś śpiewał „Cichą noc”, ale w tej kuchni nie było ani cicho, ani spokojnie.

– U nas kobiety robią wszystko. Mężczyźni odpoczywają – rzuciła jego mama, jakby chciała mnie do czegoś przygotować.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, jego siostra wpadła z kolejnym zadaniem. Trzeba było przystroić stół. Obrus trzeba było uprasować. Zastawa, jak się okazało, była „rodzinna”, więc miałam wyjątkowe szczęście – mogłam ją wyciągać z kredensu, uważając, by niczego nie stłuc.

– Uważaj, tamte talerze mają ponad sześćdziesiąt lat. Szkoda by było, jakby ktoś... przez nieuwagę ją zniszczył – powiedziała do mnie, przesadnie przeciągając słowo „nieuwagę”.

Na moment wyszłam na ganek, żeby odetchnąć. Narzeczony siedział na ławce z kubkiem herbaty w ręce. Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

– Wszystko okej? – zapytał, jakby nic nie widział ani nie słyszał.

– Trochę jestem zmęczona. I... chyba nie czuję się tu zbyt mile widziana.

– Oj, daj spokój. Mama po prostu taka jest. Wymagająca, ale jak cię polubi, to jak swoją.

Spojrzałam na niego. Nie wiedział, że właśnie te słowa uświadomiły mi, że nie chcę być „jak swoja” w tej rodzinie. Bo tu „swoja” znaczyło uległa, cicha i niewidzialna.

Kobiety za bardzo się cenią

Wieczorem, kiedy stół był już prawie gotowy, zawołano mnie do salonu. Siedzieli w kółku, z kieliszkami w dłoniach. Jego ojciec nalał nalewki domowej roboty, a narzeczony poprosił, żebym usiadła koło niego.

– Teraz, jak już się napracowałaś, możesz w końcu odpocząć – rzucił jego szwagier z uśmiechem, który miał w sobie coś z drwiny.

– Nie przesadzaj, ona przecież z miasta. Tam to mają kucharki i panie od sprzątania – dodała siostra.

Zaśmiali się. Cicho, ale wystarczająco, żebym to usłyszała. Narzeczony parsknął śmiechem razem z nimi. Spojrzałam na niego, ale on tylko wzruszył ramionami.

– To taki nasz humor, nie bierz wszystkiego do siebie – szepnął, nachylając się w moją stronę.

Z każdą minutą czułam się coraz bardziej obca. Nawet pies, który leżał pod stołem, zdawał się nie mieć ochoty do mnie podejść. W końcu teściowa przyniosła śledzie i pierogi. Kiedy zobaczyła moją minę, zapytała z przekąsem:

– Co, nie jadasz takich rzeczy? W mieście pewnie tylko jakieś sushi i kawa sojowa, co?

– Lubię pierogi – odpowiedziałam krótko, choć apetyt mi od razu przeszedł po takim gadaniu.

Rozmowa zeszła na politykę, a potem na kobiety, które „za bardzo się cenią”. Kiedy jego ojciec rzucił, że „teraz to baby myślą, że są kimś tylko dlatego, że mają magistra”, poczułam, że siedzenie tam to jak uczestniczenie w jakimś tragikomicznym przedstawieniu. Tylko że nie mogłam się z niego wypisać. Jeszcze nie.

Granica została przekroczona

Chwilę przed osiemnastą zadzwonił dzwonek do drzwi. Pojawiła się dalsza rodzina – ciotki, kuzyni, brzuchaty wujek rzucający czerstwymi żartami. Dom zapełnił się hałasem i zapachem smażonego karpia. Kiedy zbliżała się pora kolacji, usiedliśmy przy długim stole. Wcisnęli mnie między jego babcię a kuzynkę, która przez cały czas stukała w telefon. Zaczęło się składanie życzeń. Jeden po drugim powtarzali te same frazesy. Kiedy przyszła moja kolej, podałam opłatek jego mamie. Spojrzała na mnie, nieco zmieszana, i powiedziała:

– Życzę ci... żebyś się jeszcze nauczyła, jak wygląda prawdziwa kobieca rola w rodzinie.

Uśmiechnęła się, jakby to było coś miłego. Obok ktoś zachichotał. Kuzynka rzuciła półgłosem:

– O, chyba się nie spodobało.

Czułam, jak coś zaciska mi się w gardle, ale to był dopiero początek. Podczas kolacji jego wujek zaczął opowiadać, jakie to kobiety dziś roszczeniowe. W pewnym momencie spojrzał na mnie i zapytał:

– A ty, to co? Szukasz męża z domem, żeby się wprowadzić, czy już coś swojego masz?

Narzeczony parsknął śmiechem. Nikt go nie zganił. Nikt nie powiedział, że to niestosowne. Wtedy zrozumiałam, że to nie jest kwestia humoru, różnic kulturowych czy „pierwszego spotkania”. To była codzienność tej rodziny. I ja nie byłam na nią gotowa. Zostawiłam sztućce na talerzu, wstałam od stołu i wyszłam do przedpokoju. Bez słowa.

Nie będę czegoś takiego znosić

Wzięłam płaszcz z wieszaka i buty z klatki schodowej. Ręce mi się trzęsły, kiedy je zakładałam. Narzeczony wybiegł za mną dopiero po kilku minutach, zdezorientowany.

– Ej, co ty robisz? Gdzie idziesz?

– Do domu – odpowiedziałam krótko, nie patrząc mu w oczy.

– Przestań, nie przesadzaj. Mama naprawdę cię polubi, tylko musisz się trochę wpasować.

Zatrzymałam się i spojrzałam mu w twarz. Po raz pierwszy od początku tego dnia naprawdę uważnie.

– To nie ja mam się wpasować. To wy nie potraficie okazać minimum szacunku. Nikt mnie tu nie chciał, nie liczycie się z moim zdaniem, z moim komfortem. A ty... ty się śmiałeś razem z nimi.

– No ale to przecież rodzina... – zaczął, ale urwał, widząc, że nie mam zamiaru słuchać.

Wyszłam na zewnątrz. Mróz uderzył mnie w twarz, ale przyniósł też ulgę. Zamówiłam taksówkę do najbliższej stacji. Przez całą drogę siedziałam w milczeniu, patrząc przez okno na rozświetlone domy, w których inni ludzie świętowali razem, śmiali się, rozmawiali. Nie czułam żalu, tylko spokój. Bo czasem trzeba się wycofać, żeby nie zatracić samej siebie. Do swojego mieszkania wróciłam jeszcze przed dwudziestą. Usiadłam na kanapie, włączyłam lampki na choince i zaparzyłam sobie herbatę. Tym razem była gorąca. Nigdy więcej się do nich nie odezwałam.

Aldona, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama