„Nasza rodzina powiększyła się przez przypadek. Nie sądziłam, że spotka nas tyle szczęścia”
„– Rozumiem, ale jednak upieram się, że to nie jest Lotka... Ona była sterylizowana. Pamiętam to dobrze, w końcu to ja przeprowadzałem operację. A ta kotka jest w ciąży i rozpoczyna poród – stwierdził. – Zajmie to kilka godzin, więc radzę wrócić do domu. Dam znać, kiedy wszystko się zakończy – dodał, uśmiechając się”.

- Alina, 30 lat
W krzewach obok śmietnika, nieopodal naszego domu, znaleźliśmy Lotkę. Była to malutka, wychudzona i zaniedbana kotka. Mimo że nie mieliśmy zamiaru mieć żadnego zwierzaka, nie mogliśmy zignorować tego biednego malucha. W związku z tym, wraz z Tomaszem, postanowiliśmy zabrać ją do domu. Obiecaliśmy sobie, że kiedy tylko wydobrzeje, znajdziemy dla niej nową rodzinę. Szybko jednak okazało się, że nie jesteśmy w stanie się z nią rozstać. Skradła nasze serca. Miała niezwykłą zdolność do rozpoznawania, czego potrzebujemy w danym momencie. Nie było nawet najmniejszej szansy, żebyśmy ją oddali.
Była dla nas jak dziecko
Kotka stała się integralną częścią rodziny. Traktowaliśmy ją z miłością i troską, jakby była naszym dzieckiem. Miała duży apetyt, a my jej niczego nie zabranialiśmy. W rezultacie miała problem z nadwagą. Szczerze mówiąc, po pewnym czasie przypominała już niewielką beczułkę... Nasz weterynarz wielokrotnie sugerował, że powinniśmy ograniczyć jej jedzenie, ale nie byliśmy w stanie. Kiedy podchodziła i z głośnym miauczeniem domagała się swoich ulubionych smakołyków, sięgaliśmy po pudełko. Aż w końcu doszło do pechowego zdarzenia. Lotka gdzieś się zaszyła. Kiedy wyruszaliśmy na zakupy, siedziała na swoim ulubionym parapecie, ale po naszym powrocie do domu nie było jej ani tam, ani w innym miejscu. Uciekła przez lekko uchylone okno.
W kolejnych dniach przemierzaliśmy całe osiedle w poszukiwaniu jej. Rozwiesiliśmy jej zdjęcia i zamieściliśmy w internecie ogłoszenie wraz z ładną sumką w zamian za pomoc w jej odnalezieniu. Nic to jednak nie dało. Nie znalazła się. Przeżywaliśmy, płakaliśmy i... obwinialiśmy się nawzajem o zniknięcie naszej kici. Mój mąż utrzymywał, że to ja powinnam była upewnić się, czy wszystkie okna są zamknięte, z kolei ja twierdziłam, że sam mógł to zrobić. Przedtem rzadko kiedy zdarzały nam się jakiekolwiek kłótnie. A po tym zdarzeniu były codziennością.
Był taki moment, w którym nasze awantury osiągnęły taką intensywność, że kazałam mężowi przenieść swoją poduszkę i koc na sofę w salonie. Nasz związek był w tarapatach. Nie było jasne, jaki byłby finał tych wszystkich zawirowań, gdyby nie to szczęśliwe zdarzenie...
A jednak wróciła
Wydarzyło się to trzy miesiące po zaginięciu naszej kotki. To był dzień wolny, więc zdecydowałam, że pozostanę dłużej w łóżku. Niespodziewanie do sypialni wszedł Tomek.
– Co tutaj robisz, masz zakaz wchodzenia! – syknęłam.
– Nie żartuj, Lotka wróciła! – niemal krzyknął z radością.
– Jeśli robisz sobie ze mnie jaja, to ci nie daruję!
– Ależ skąd. Siedzi na tarasie i miauczy! Próbowałem ją zawołać, ale nie reaguje. Wydaje się przestraszona i zdezorientowana. Może ty spróbujesz ją zawołać? – spojrzał na mnie z nadzieją.
Gwałtownie podniosłam się z łóżka, pobiegłam do pokoju dziennego i rzuciłam okiem przez okno. Mój mąż nie kłamał. Na naszym tarasie rzeczywiście przebywała nasza ukochana kicia. Nie było miejsca na pomyłkę: identyczne barwy, identyczny okrągły brzuszek. Przez moment chciałam wybiec, wziąć ją na ręce i przytulić, ale zapanowałam nad sobą. Nie chciałam, aby się wystraszyła. Nie wiedziałam, czego mogła doświadczyć przez te trzy miesiące. Błyskawicznie przyniosłam z kuchni jej ulubione smakołyki i ostrożnie otworzyłam drzwi na balkon.
– Chodź, mam twoje ulubione przekąski... – wyciągnęłam dłoń w jej stronę.
Spojrzała na mnie niepewnie, lecz po krótkim czasie zbliżyła się i wzięła przysmak. Następnie kolejny, a potem jeszcze jeden... Zaledwie parę minut później, przytulałam ją już do siebie. Emocje były tak silne, że nie mogłam powstrzymać łez.
Następne dni należy prawdopodobnie do najszczęśliwszych momentów w naszym związku. Mąż wrócił do sypialni, a wszystkie nasze wcześniejsze pretensje poszły w zapomnienie. Cieszyło nas, że Lotka znów jest z nami, że szuka naszej bliskości, przytula się i ochoczo zjada wszystko, co jej podstawimy – a wręcz pożera za trzech...
Zachowywała się inaczej
Zastanawiało nas tylko jedno: dlaczego nie chce odpoczywać w swoim miejscu do spania. Kiedyś je uwielbiała, a teraz zupełnie ignorowała. Początkowo zasypiała za sofą, ale po kilku dniach wybrała szufladę na ręczniki jako swoje nowe miejsce. Nie próbowałam jej stamtąd wyrzucać. Byłam gotowa spełnić jej każde życzenie, byle tylko znów czuła się u nas jak we własnym domu. I tak się stało, bo spędzała w tej szufladzie coraz więcej czasu.
Po dwóch tygodniach od powrotu, Lotka nagle zaczęła zachowywać się inaczej. Była dziwnie skołowana, bardzo głośno miauczała. Odmawiała jedzenia i picia. Próba podniesienia jej na ręce spotkała się z głośnym sprzeciwem. Nie mogłam zrozumieć, co się z nią dzieje. Zaniepokojeni zabraliśmy ją do weterynarza – w tej szufladzie, z której prawie nie wychodziła. W samochodzie zastanawialiśmy się, co może jej dolegać. Nasze myśli krążyły wokół najgorszych scenariuszy: że zaraziła się jakąś paskudną śmiertelną chorobą lub miała nieszczęśliwy wypadek, który spowodował wewnętrzne obrażenia i teraz dały one o sobie znać. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie jest jeszcze za późno, że weterynarzowi uda się jej pomóc i znowu wszystko będzie dobrze . Na samą myśl, że znowu możemy się rozstać, łzy napływały nam do oczu.
Nie chciałam w to uwierzyć
Do gabinetu weterynaryjnego wpadliśmy bez czekania w kolejce. Inni pacjenci nieco protestowali, ale mieliśmy to w nosie. Przecież musieliśmy chronić naszą drobinkę, każda chwila była cenna! Lekarz przyjrzał się naszej kotce, dotknął jej brzuszka, osłuchał, a potem spojrzał na nas z niepewnością.
– Czy naprawdę jest aż tak źle, doktorze? – zapytałam, nie kryjąc swojego przerażenia.
– Właściwie, nie. Ale... – przerwał i zamilkł.
– Ale co? Niech pan powie... – popędzałam go.
– Dobrze. Pierwsza rzecz, którą muszę powiedzieć to... Że to nie jest Lotka...
– Co za bzdury! Przecież znamy naszego kota! Nie pomylilibyśmy go z żadnym innym! – zwróciłam się do męża, który natychmiast potwierdził moje słowa.
– Rozumiem, ale jednak upieram się, że to nie jest Lotka... Ona była sterylizowana. Pamiętam to dobrze, w końcu to ja przeprowadzałem operację. A ta kotka jest w ciąży i rozpoczyna poród – stwierdził. – Zajmie to kilka godzin, więc radzę wrócić do domu. Dam znać, kiedy wszystko się zakończy – dodał, uśmiechając się.
Gdy wróciliśmy do domu, byliśmy w szoku. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co usłyszeliśmy. Czyli nasza Lotka nie jest Lotką, ale jakąś nieznaną kotką? I to jeszcze w ciąży? Przecież takie pomyłki zdarzają się jedynie w filmach!
Podjęliśmy decyzję
– No i co teraz zrobimy? – zainicjował rozmowę mąż.
– Nic. Gdy tylko nasza kotka wyda na świat swoje maluszki, zabierzemy je wszystkie do domu. A co myślałeś? Że się ich pozbędziemy? Oddamy na pastwę losu?
– Nie, oczywiście, że nie. Nawet mi to nie przeszło przez myśl!
– W takim wypadku nie ma sensu dłużej się nad tym zastanawiać. Musimy tylko chyba dać jej nowe imię...
– A może Kłopotka? Przecież sporo namieszała w naszej codzienności...
– Tak, niech to będzie Kłopotka – przytaknęłam ochoczo.
Po upływie czterech godzin, lekarz w końcu do nas zadzwonił. Oznajmił nam, że Kłopotka została mamą czterech uroczych i zdrowych kotków. Zgodnie z planem, przygarnęliśmy całą rodzinę. Kolejne dni upłynęły nam na opiece nad matką i jej pociechami. Zajmowało nas to całkowicie, więc rzadko wspominaliśmy o Lotce. Stopniowo przyzwyczajaliśmy się do myśli, że nie zobaczymy jej już nigdy. Mieliśmy jedynie nadzieję, że trafiła do nowego, kochającego domu i jest szczęśliwa. Tę wiarę pielęgnowaliśmy przez następny miesiąc.
Zdarzyło się coś niesamowitego
Była to niedziela. Wstałam z łóżka, chcąc sprawdzić co u Kłopotki i jej maluchów. Kocięta już opanowały umiejętność chodzenia i potrafiły sporo namieszać. Gdy stanęłam na kuchennym progu, zaparło mi dech. Na podłodze przesiadywały dwie kotki, które przyglądały się maluchom! Wyglądały jak bliźniaczki! Pomyślałam, że mam zwidy, więc przetarłam oczy, ale widok pozostał niezmienny. Instynktownie rzuciłam okiem na okno. Zasłonka była lekko rozchylona. Zrozumiałam, że nasza zguba wróciła. W moim sercu rozlało się przyjemne ciepło.
– Lotko, czy to naprawdę ty? – wydusiłam z siebie.
Jedno z kociąt spojrzało na mnie, głośno miaucząc, a następnie rzuciło się w moim kierunku.
Niedługo później przytulała się do mnie niczym drobne, stęsknione dziecko. Od tamtej chwili upłynęło pół roku. Maluchy już znalazły nowe domy, a w naszym zostały jedynie Lotka i Kłopotka. Wspaniale się rozumieją i uwielbiają spędzać czas na wspólnej zabawie. Dają nam wiele radości. Kiedy na nie patrzymy, jesteśmy zadowoleni, że pewnego dnia pomyliśmy jedną z drugą... Dzięki temu mamy teraz w domu dwa wspaniałe futrzaki, które kochamy z całego serca!