Reklama

Z zewnątrz wyglądaliśmy jak książkowa para. On – opanowany, przystojny, z dobrze opłacaną pracą. Ja – uśmiechnięta, wspierająca żona, zawsze gotowa przyjąć gości z ciastem ciepłym prosto z piekarnika. Na zdjęciach z wakacji ściskaliśmy się za ręce. Podczas rodzinnych uroczystości wymienialiśmy czułe spojrzenia, jakbyśmy dopiero się poznali. Znajomi zazdrościli nam tej harmonii, pytali o sekret udanego związku. Uśmiechałam się wtedy i mówiłam coś banalnego, co brzmiało mądrze, ale prawda była taka, że wszystko w środku dawno już zgniło. Sypialnia zamarła. Rozmowy stały się powierzchowne, grzecznościowe, pełne niedomówień. Udawaliśmy, aż oboje zapomnieliśmy, jak wyglądało życie bez tej gry pozorów.

Byliśmy jak współlokatorzy

Prawie codziennie słyszałam, jak ktoś mówił, że jesteśmy idealni. Mama chwaliła, że mam szczęście, bo „on taki spokojny, taki dobry mąż”. Koleżanki mówiły z zachwytem, że promienieję przy nim. W pracy zazdrościły mi „dojrzałej relacji”. W rzeczywistości uczyłam się grać rolę, której nigdy nie chciałam dostać. Wstawałam pierwsza. Robiłam mu kawę, choć wiedziałam, że od miesięcy nie wypija jej do końca. Kiedy wychodził do pracy, rzucał szybkie „na razie” i zamykał za sobą drzwi.

Jakbyśmy byli współlokatorami, a nie małżeństwem z dziesięcioletnim stażem. Nie było porannego pocałunku. Nie było „miłego dnia”. Była cisza, w której oboje się rozgościliśmy. Wieczory wyglądały podobnie. Oglądaliśmy seriale, każde na swoim końcu kanapy. Czasem komentowaliśmy coś pod nosem, bez większego zaangażowania. Kiedyś byłam ciekawa, co myśli, jak mu minął dzień. Teraz już nie pytałam, a on nie mówił.

– Idziesz spać? – zapytał któregoś wieczoru, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Jeszcze chwilę – odpowiedziałam i nawet nie wiedziałam, czy to z przyzwyczajenia, czy naprawdę chciałam zostać.

Zgasł w nas ogień, a ja jeszcze próbowałam udawać, że to tylko tymczasowe przygaszenie. Prasowałam jego koszule. Gotowałam jego ulubione dania. Niby z obowiązku, ale bardziej chyba z rozpaczy. Żeby ktoś – może on, może ja sama – zobaczył, że jeszcze coś się da uratować.

Zaczęliśmy żyć równolegle

Niektóre cisze były przypadkowe, inne wymuszone, ale te najgorsze... te najgorsze były świadome. Pełne znaczeń, które oboje ignorowaliśmy. Przez długi czas oszukiwałam się, że to tylko zmęczenie, rutyna, może wypalenie zawodowe, ale tak naprawdę chodziło o nas. Albo raczej o to, co z nas zostało. Zaczęliśmy żyć równolegle. Wspólne posiłki coraz częściej zastępowały talerze jedzone osobno, w różnych pokojach. Śmialiśmy się już tylko z memów przesyłanych sobie przez telefon. Nie z siebie, nie z życia. Nie razem.

– Chcesz iść w sobotę do znajomych? – zapytałam kiedyś, bardziej z poczucia obowiązku niż z chęci.

– Jak chcesz – odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

Nie powiedział „tak” ani „nie”. Zrzucił decyzję na mnie, jakby to wszystko naprawdę było tylko moją inicjatywą. Poszliśmy, oczywiście. W końcu byliśmy tą „zgraną parą”. Trzymaliśmy się za ręce, jakbyśmy naprawdę tego chcieli. Śmialiśmy się w odpowiednich momentach. W samochodzie w drodze powrotnej nie padło ani jedno słowo. W kuchni, podczas przygotowywania śniadania, już nawet nie włączałam radia. Cisza między nami była wystarczająco głośna. Przechodził obok mnie jak cień. Kiedyś dotykał mnie w przelocie, całował w kark. Teraz omijał jak mebel. A ja pozwalałam, bo chyba bałam się usłyszeć, że robi to celowo. Bo może już od dawna nic do mnie nie czuł.

Patrzył na mnie coraz rzadziej

Zaczęłam zostawiać mu herbatę na stole, choć wiedziałam, że nie tknie jej do momentu, aż całkiem wystygnie. To był nasz rytuał – absurdalny i bezsensowny, ale lepszy niż całkowita obojętność. Czasem siadał, zerkał na kubek, nie mówiąc ani słowa. Jakby obecność herbaty była tylko dodatkiem do niezręcznej atmosfery, która gęstniała z dnia na dzień. Patrzył na mnie coraz rzadziej. A gdy już spojrzał, jego wzrok był nieobecny, jakby wciąż analizował coś w głowie. Coś, co nie miało już ze mną nic wspólnego. Przestałam się malować, bo nie zauważał różnicy. Przestałam opowiadać, co się wydarzyło w pracy, bo kiwał głową bez zrozumienia.

– Coś cię trapi? – zapytałam kiedyś, siadając obok.

– Nie. Wszystko okej – odparł natychmiast, nawet nie próbując przekonać mnie, że to prawda.

– Już nawet nie próbujesz udawać? – zapytałam spokojnie, choć w środku miałam ochotę krzyczeć.

Wzruszył ramionami. Tylko tyle. Bywały wieczory, kiedy celowo wychodziłam na spacer, żeby uniknąć tej niezręczności. Wracałam późno, licząc, że już będzie spał. A on leżał w łóżku z telefonem w ręku, scrollując coś, jakby czekał na kogoś innego. I może tak właśnie było. Zimna herbata, zimne słowa, zimne spojrzenia. Wszystko powoli zamarzało. A ja zastanawiałam się, czy jeszcze można coś rozmrozić, zanim wszystko pęknie.

Nie mogliśmy dłużej udawać

Nie pamiętam, co dokładnie wywołało kłótnię tamtego wieczoru. Może chodziło o zakupy, może o brudne naczynia, ale prawda jest taka, że to nie miało znaczenia. To był tylko zapalnik, coś, co odpaliło bombę zbierającą się od miesięcy.

– Czy ty naprawdę nic nie widzisz?! – wybuchłam, stojąc w kuchni z torbą pełną zakupów, które znowu musiałam zrobić sama.

– O co ci znowu chodzi? – odpowiedział z pretensją, nawet nie próbując zrozumieć.

– O to, że nie rozmawiamy. Że mijamy się jak obcy. Że ty tu jesteś, ale jakby cię nie było. – Wrzucałam kolejne produkty do lodówki, robiąc przy tym więcej hałasu, niż trzeba.

– To może trzeba było powiedzieć coś wcześniej, a nie teraz urządzać teatr – odburknął i wyszedł z kuchni.

Pobiegłam za nim, bo nie mogłam już dłużej tłumić tego wszystkiego.

– Mówiłam. Codziennie mówiłam, że coś jest nie tak! Ale ty miałeś to gdzieś. I dalej masz! – krzyczałam, stojąc w progu sypialni.

– Może dlatego, że ty też udawałaś. Tę twoją herbatkę, uśmiechy przy ludziach. Wszystko na pokaz. – W jego głosie pierwszy raz od dawna pojawiły się emocje.

Patrzyliśmy na siebie, dysząc ciężko. Jakby dopiero teraz pozwolono nam mówić.

To już nie działa, prawda? – zapytałam cicho.

– Nie – odpowiedział równie cicho.

W tym momencie zrozumiałam, że nie da się już udawać. Nie da się naprawiać czegoś, co oboje przestaliśmy cenić.

Nie błagałam, żeby został

Po tamtym wieczorze nie rozmawialiśmy przez dwa dni. Przechodziliśmy obok siebie jak cienie, jakby wspólna kłótnia była tylko snem. On wracał później z pracy, ja udawałam, że jestem zajęta czymś pilnym. Cisza była naszym nowym językiem – cichym, ale jednoznacznym. Trzeciego dnia spakował walizkę. Stałam w kuchni, trzymając kubek z ciepłą jeszcze herbatą, kiedy usłyszałam, jak zamyka zamek. Wyszłam na korytarz. Stał w kurtce, z torbą w dłoni.

– Gdzie jedziesz? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Do brata. Na razie – rzucił krótko.

Skinęłam głową. Nie płakałam. Nie błagałam, żeby został. Wcale nie dlatego, że byłam silna. Po prostu nie miałam już siły udawać, że warto o to walczyć.

– Nie wracaj, jeśli chcesz wrócić tylko dlatego, że tak wypada – powiedziałam w końcu.

Zatrzymał się, ale nie odwrócił.

– Wiem – odpowiedział. I wyszedł.

Usiadłam na podłodze w przedpokoju. Długo patrzyłam na drzwi, jakby zaraz miały się znowu otworzyć, ale wiedziałam, że to się nie stanie. A nawet jeśli... to już nie będzie to samo. W domu zrobiło się nienaturalnie cicho. Nie było już kogo omijać w kuchni, z kim się rozmijać na kanapie. Byłam sama, ale po raz pierwszy od dawna... nie czułam się aż tak samotna.

Nie chciałam życia na niby

Minęły tygodnie. Dni zlewały się w jedno, ale z każdym kolejnym oddychało mi się lżej. Nie od razu. Na początku chodziłam po mieszkaniu jak po muzeum wspomnień – wszystko było zbyt znajome, zbyt nasycone obecnością kogoś, kto już nie chciał tu być, ale potem zaczęłam przesuwać meble, wyrzucać stare rzeczy, kupować nowe talerze. Nagle herbata parzyła mnie w dłonie, bo nikt nie zostawiał jej już do wystygnięcia.

Znajomi dopytywali, gdzie on się podział. Mówiłam, że to chwilowe, że potrzebujemy przestrzeni. A potem zaczęłam mówić prawdę. Że to się rozpadło. Że z zewnątrz wyglądało idealnie, ale w środku było martwe. Ludzie nie pytali dalej. Nie chcieli słyszeć, że można tak długo udawać. Któregoś dnia przysłał mi wiadomość. Krótką. Że myśli. Że może popełniliśmy błąd. Że może warto spróbować jeszcze raz.

Nie odpisałam od razu. Przeczytałam to kilka razy, siedząc przy stole, przy którym kiedyś udawaliśmy rozmowy. W końcu napisałam: „Nie wracaj, jeśli nie potrafimy być szczerzy. Jeśli znowu mamy udawać. Ja już nie chcę życia na niby”. Nie odpisał więcej. To nie była decyzja podjęta z bólem. To było spóźnione wyjście z miejsca, w którym zbyt długo udawaliśmy miłość. Teraz jestem sama, ale wreszcie żyję prawdziwie.

Maria, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama