„Naszło mnie na zimne nóżki, więc zabrałam się do roboty. Po chwili słyszałam, jak synowa szkaluje mnie za plecami”
„Aż mnie zaparzyło za uszami. Przecież mówiła to w naszym mieszkaniu. W moim! Rozpowiada o mnie takie rzeczy?! Jakby to było coś nieprzyzwoitego! Nie mogłam tego tak zostawić”.

- Redakcja
Są takie dni, kiedy człowiek wstaje lewą nogą i od razu wie, że coś go dziś będzie drażnić. Niby nic się nie stało – herbata jak zwykle za mocna, gazeta pełna politycznego bełkotu, a za oknem śnieg z deszczem. Jednak czułam, że coś się wydarzy. Takie nerwowe napięcie, które potrafi w człowieku siedzieć jak zadra. Człowiek nie chce się przyznawać, że coś mu doskwiera, ale potem przychodzi jakiś impuls i wystarczy drobiazg – krzywo postawiona szklanka, zbyt głośne westchnięcie kogoś obok – żeby się wszystko ulało.
Akurat miałam wolne popołudnie, więc pomyślałam, że zrobię coś dla siebie. Tak po prostu. Bez proszenia, bez pytania. I tak się to wszystko zaczęło. Od zachcianki. Od jednego spojrzenia w lodówkę. Zanim jednak opowiem, jak to się potoczyło, chcę tylko zaznaczyć jedno: ja naprawdę nikomu źle nie życzyłam. Ani synowej, ani nikomu z rodziny. Choć może teraz, patrząc wstecz, powinnam była wcześniej wyczuć ten chłód w jej oczach.
Wzruszyłam tylko ramionami
Gdybym miała powiedzieć, kiedy ostatnio robiłam galaretę, to pewnie byłoby jeszcze przed pandemią. Człowiek zawsze się czymś zajął, a to święta, a to wnuki przyjechały, a to trzeba było coś załatwić. Jednak tego dnia miałam taką ochotę na zimne nóżki, jak czasem ma się na sernik albo ogórka kiszonego prosto ze słoika. Podeszłam do lodówki, spojrzałam, co mam – był kawałek golonki, trochę skór z kurczaka, nawet marchew się znalazła. Wystarczyło. Zabrałam się do roboty.
– Ooo, co tam mama znowu gotuje? – synowa stanęła w drzwiach z kubkiem kawy. – A co tym razem? Bigos? Barszcz?
– Zimne nóżki – odparłam, nawet się nie oglądając. – Naszło mnie.
– Aha – mruknęła i poszła do pokoju.
Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że przewróciła oczami. Znałam ten ton. Pełen dezaprobaty. Wzruszyłam tylko ramionami. Jakieś pół godziny później usłyszałam, jak synowa rozmawia z kimś przez telefon. Drzwi były przymknięte, ale nie zamknięte. Głos niósł się po mieszkaniu.
– No mówię ci, znowu coś kombinuje... Zimne nóżki! Kto to jeszcze je? – zaśmiała się. – Jakbyśmy byli w latach dziewięćdziesiątych.
Zamarłam przy zlewie, z łyżką w dłoni. Dalej nie słuchałam. Wystarczyło mi to jedno zdanie. Zimne nóżki i tak zrobię. Dla siebie.
Byłam rozgoryczona
Wystawiłam garnek na balkon, żeby galareta porządnie stężała. Na dworze było zimniej niż w lodówce, więc nie miałam obaw, że coś się zepsuje. W międzyczasie przysiadłam z herbatą i książką, ale litery tańczyły mi przed oczami. Cały czas słyszałam w głowie głos synowej. „Kto to jeszcze je...”. Aż mnie w środku ścisnęło. Nie to, żebym się przejmowała byle czym, swoje przeżyłam. Tylko że ona mieszka w moim domu. Na moje zaproszenie. I to się człowiekowi jakoś w głowie nie mieści, że go za plecami obgadują jak ostatniego głupka.
– Mamo, długo to będzie stało na balkonie? – zajrzał syn. – Bo Karolina mówi, że jej przeszkadza, jak wiesza pranie.
– Przeszkadza? Garnek jej przeszkadza? To niech przewiesi to pranie na drugi koniec! – odpaliłam szybciej, niż zamierzałam.
Spojrzał na mnie, trochę zaskoczony.
– O co chodzi? Pokłóciłyście się?
– Nie. Tylko jak ktoś nie potrafi się powstrzymać od komentowania cudzych garnków, to niech robi to tak, żeby nie było słychać na całe mieszkanie.
Zamilkł. A po chwili podrapał się w głowę i westchnął.
– Wiesz, ona czasem palnie coś bez namysłu. Nie chciała cię urazić.
– Nie uraziła mnie. Tylko zdziwiła. Taka z niej znawczyni kuchni, a kromki chleba nie potrafi ukroić równo – mruknęłam. – Idź już, garnek zostaje.
Syn poszedł sobie, a ja siedziałam z herbatą.
Zacisnęłam usta
Następnego dnia rano wstałam wcześnie. Galareta pięknie stężała. Pokroiłam wszystko ładnie, ułożyłam na talerzu. Miałam zamiar zjeść sama, ale coś mnie podkusiło.
– Karolinko – powiedziałam przez lekko uchylone drzwi do ich sypialni – zrobiłam zimne nóżki, może spróbujesz?
– Dziękuję – usłyszałam stłumiony głos – nie jestem ich fanką. Poza tym jestem na detoksie.
Zacisnęłam usta. Detoks. W styczniu. Kiedy śnieg za oknem, a człowiekowi kiszki marsza grają. Toż to się w głowie nie mieści. Poszłam do kuchni i nałożyłam sobie porządną porcję. Usiadłam przy stole. Nagle do kuchni wszedł mój syn.
– Mamo, aż tu czuć. Naprawdę sama to zrobiłaś?
– Naprawdę – uśmiechnęłam się. – Chcesz?
– A czemu nie – wzruszył ramionami. – Dawno nie jadłem.
Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął jeść. Patrzyłam, jak mu smakuje. Przez chwilę było jak dawniej. Bez fochów, bez min, bez telefonów w tle.
– Wiesz, dobre. Naprawdę dobre – powiedział z pełnymi ustami. – Może Karolina coś traci...
– Traci to jedno, a drugie – że nie umie docenić – westchnęłam. – Ale nie będę nikomu tłumaczyć, co dobre, jak sam nie chce spróbować.
Powiedziałam, co myślę
Po południu zadzwoniła do mnie sąsiadka z parteru, ta od róż na balkonie. Plotkowałyśmy przez dobre pół godziny. Oczywiście zeszło na temat mojej synowej, bo u nas w bloku wszystko się słyszy.
– Ty, a co ja słyszałam wczoraj, jak szłam z psem pod blokiem… Twoja synowa przez telefon trajkotała, że niby „matka męża się uwzięła, robi jakieś obrzydliwe mięsa z PRL-u i jeszcze się cieszy”. Tak dosłownie powiedziała!
Aż mnie zaparzyło za uszami. Przecież mówiła to w naszym mieszkaniu. W moim! Rozpowiada o mnie takie rzeczy?! Jakby to było coś nieprzyzwoitego! Nie mogłam tego tak zostawić. Wieczorem, jak Karolinka siedziała w salonie z laptopem, weszłam spokojnie i usiadłam naprzeciwko.
– Słyszałam, że moje zimne nóżki to teraz temat dnia na osiedlu – powiedziałam cicho.
– Słucham? – podniosła wzrok znad klawiatury.
– Mówię tylko, że ciekawe rzeczy niosą się po ścianach. Zwłaszcza jak się mówi głośno. Albo jak się wychodzi na balkon z telefonem.
Zaczerwieniła się. Zamknęła laptopa.
– Nie chciałam cię urazić, naprawdę. Ja… to była głupia rozmowa. Wiesz, tak między koleżankami. Bez złych intencji.
– Wiesz, co się mówi między koleżankami, to potem dziwnym trafem słyszą obce uszy. A ja nie jestem ani głucha. I chociaż może gotuję jak za PRL-u, to przynajmniej nie jemy gotowców z plastiku.
Zerwała się z kanapy.
– Przepraszam. Naprawdę. To nie miało tak zabrzmieć…
– No to niech następnym razem zabrzmi inaczej.
Spojrzałam na nią z ukosa
Nazajutrz panowała cisza. Synowa chodziła na palcach, jakby się bała, że galareta wybuchnie. A ja? A ja sobie spokojnie zjadłam kolejną porcję zimnych nóżek, zapijając gorącą herbatą i patrząc, jak Karolina krząta się po kuchni z miną kota, który rozbił wazon.
– Mamo, mogę... mogę spróbować? – zapytała niepewnie, wskazując na pojemnik.
– A mówiłaś, że to obrzydliwe mięsa z PRL-u – spojrzałam na nią spod oka.
– No wiem, przepraszam. Po prostu... wczoraj jak Wojtek mówił, że dobre, to jakoś tak...
Podałam jej talerzyk. Usiadła. Spróbowała. I zrobiła oczy jak pięciozłotówki.
– O matko, ale to jest dobre!
– A mówiłam, że nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie – mruknęłam. – Ale dobrze, że się przekonałaś. Chociaż trochę za późno.
– Masz rację – powiedziała cicho. – Zachowałam się głupio. Jakby wszystko, co nie modne, było złe. A to przecież smak dzieciństwa. Moja babcia robiła coś podobnego.
Spojrzałam na nią z ukosa. Może i nie była święta, ale w tym momencie wyglądała na szczerą.
– To może następnym razem zrobimy zimne nóżki wspólnie? Pokażę ci, jak się robi porządny wywar. Bez tych wszystkich modnych „detoksów”.
– Jasne – uśmiechnęła się.
– Oczywiście. Tylko nie dzwoń potem do koleżanek, że cię teściowa nauczyła cię gotować te „obrzydliwe mięsa”.
Zaśmiałyśmy się obie, pierwszy raz od dawna naprawdę szczerze.
Polubiłam ją
Kilka dni później przyszła do nas sąsiadka z góry, ta z wyfiokowanym pudelkiem. Przyniosła słoik buraczków i oczywiście musiała zajrzeć do kuchni.
– Ooo, coś się gotuje? – zapytała, zerkając przez ramię.
– Zgadnij, Halinko – uśmiechnęłam się, mieszając wielki gar z mięsem i przyprawami.
– No nie mów, że znowu te zimne nóżki?
– A właśnie że tak. I tym razem nie sama. Karolinka robi marchewkę.
Synowa spojrzała na mnie znad deski do krojenia, lekko zarumieniona, ale wyraźnie dumna.
– Tak się człowiek zarzekał, że nie tknie, a teraz sama się dopomina – dodałam z przekąsem.
– No wiesz, mamo – uśmiechnęła się zadziornie – kto nie spróbuje, ten nie wie.
– I pamiętaj, bez telefonów na balkonie, jak znowu coś głupiego powiesz, to Halinka podsłucha – rzuciłam, puszczając oko.
Halinka aż parsknęła.
– Dziewczyno, tu to nawet jak kichniesz za cicho, to ktoś zapyta, czy się nie przeziębiłaś. Lepiej mówić dobrze albo wcale.
Karolina kiwnęła głową.
– Już się nauczyłam. Naprawdę.
Spojrzałam na nią. Może i nie wszystko między nami było różowe, może i jeszcze nie raz się posprzeczamy, ale tego dnia w kuchni siedziała nie tylko synowa. Siedziała dziewczyna, która chciała się czegoś nauczyć. I może nawet trochę mnie zrozumieć. A zimne nóżki? Wyszły idealne.
Renata, 66 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Liczyłam na chwilę oddechu po świętach, ale nie mogłam odmówić sąsiadce. A ona bez litości zrobiła mnie w balona”
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”