„Nawet w Dzień Babci wnuki się mnie wstydzą. Wszystkim w rodzinie przeszkadza mój styl życia”
„– Aniu, a może... przyjdziecie jutro na herbatę? – zapytałam, starając się brzmieć lekko. – Zrobiłabym waszą ulubioną tartę cytrynową. Staś ją kiedyś tak chwalił. Po drugiej stronie słuchawki przez moment zapadła dziwna cisza”.

Mam na imię Helena, mam sześćdziesiąt osiem lat. Jestem na emeryturze. Codzienność to dla mnie kawa z mlekiem o siódmej rano, radio cicho w tle i Tarot na kuchennym stole. Dla innych – przeszłość, o której woleliby zapomnieć. Przez czterdzieści pięć lat pracowałam jako wróżka. Najpierw z kartami na kolanach w pokoiku obok szafy, potem już w swoim własnym gabinecie z ciężkimi zasłonami i lampką solną na stole. Kobiety przychodziły do mnie z płaczem i nadzieją. Wyjeżdżały z otuchą. Czasem płaciły więcej, niż prosiłam. Czasem dziękowały dopiero po latach. Nie byłam cudotwórczynią – tylko słuchałam, widziałam, dotykałam dusz. Robiłam to dobrze.
Teraz karty kładę tylko sobie. Od kiedy mąż zmarł dziesięć lat temu, jestem sama. No… nie do końca. Mam córkę Annę i dwoje wnuków – Stasia i Zosię. Kiedy byli mali, biegali po moim mieszkaniu, ciągnęli za koraliki i mówili na mnie „babcia czarodziejka”. Zosia chciała mieć taki sam wachlarz jak mój, a Staś raz nawet narysował mnie w pelerynie. Byłam ich babcią i przyjaciółką.
Niestety to już minęło. Od trzech lat jakby coraz mniej mnie w ich życiu. Coraz ciszej się witają. Coraz rzadziej patrzą mi w oczy. Moja córka zaczęła mówić o mnie zdawkowo. Czasem odnosiłam wrażenie, że... się mnie wstydzi. Zbliża się Dzień Babci. Wiem, że może nie przyjdą. Może chociaż zadzwonią. Może i to nie. Tylko Tarot, jak zawsze, odpowie mi szczerze.
Bardzo chciałam ich zobaczyć
– Aniu, a może... przyjdziecie jutro na herbatę? – zapytałam, starając się brzmieć lekko. – Zrobiłabym waszą ulubioną tartę cytrynową. Staś ją kiedyś tak chwalił.
Po drugiej stronie słuchawki przez moment zapadła cisza. Potem usłyszałam jej głos – chłodny, jakby z jeszcze większej odległości.
– Mamo, dzieci mają teraz dużo na głowie, naprawdę. Zosia klasówkę z matmy, Staś przygotowuje się do olimpiady... – zaczęła wyliczać.
– Oczywiście – przerwałam jej łagodnie. – Nie nalegam. Myślałam tylko, że... to Dzień Babci i w ogóle.
– Może wpadniemy w weekend – dodała po chwili, ale to „może” zabrzmiało jak „raczej nie”. – Dam ci znać, dobrze?
– Dobrze, kochanie. To miłego dnia – powiedziałam, ale zanim dokończyłam, już się rozłączyła.
Zostałam z telefonem w dłoni i pustką ziejącą w sercu. Pamiętam, jak jeszcze niedawno przybiegała z dziećmi na herbatę. Zosia siadała na moich kolanach, a Staś opowiadał, co śmiesznego powiedział nauczyciel w szkole. Byłam ich całym światem.
Teraz czuję się jak nieproszony gość. Jak ta babcia „inna niż wszystkie”. Może za bardzo się wyróżniam. Może nie powinnam była wróżyć? Może Ania wstydzi się mnie przed sąsiadkami? Zamknęłam oczy. Wróżki podobno wiedzą więcej, ale ja nie wiem nic. Tęsknię. Boli mnie, że to ja muszę się dopominać o miejsce w ich życiu. Jakby bycie babcią już mi się skończyło.
Było mi po prostu przykro
– Pani Heleno! – usłyszałam za sobą, kiedy wracałam z zakupów. Odwróciłam się i zobaczyłam panią Marię z trzeciego piętra. Zawsze uśmiechnięta, gadatliwa.
– Dzień dobry, pani Mario – powiedziałam uprzejmie.
– A ja wczoraj w centrum handlowym widziałam Zosię i Stasia! Takie już duże te dzieciaki! Staś to cały ojciec – opowiadała z przejęciem. – Mieli torby z jakiegoś sklepu z elektroniką. Ale ładnie się zachowywali, grzecznie, kulturalnie. Zapytałam, czy są z babcią, ale tylko się uśmiechnęli.
Poczułam, jak coś we mnie gaśnie. Czyli jednak nie byli zajęci. Nie siedzieli w domu nad książkami. Byli na zakupach. Beze mnie. Po tym, jak Ania powiedziała, że „dzieci mają dużo na głowie”.
– O, to dobrze, że się gdzieś ruszyli – wydusiłam z siebie z wymuszonym uśmiechem.
– A pani rzadko ich widuje, co? – zapytała nagle, patrząc mi prosto w oczy. – Bo wie pani, ja tak zawsze widywałam was razem, a teraz…
– No cóż… mają swoje sprawy – przerwałam jej, nie chcąc się tłumaczyć. – Ja też mam swoje. Wie pani, w moim wieku to człowiek się już nacieszył życiem.
– Oczywiście, pani Heleno, oczywiście – odpowiedziała niezręcznie i pożegnała się szybko.
Ledwo zamknęłam za sobą drzwi, łzy same napłynęły mi do oczu. Czy ja się stałam dla nich niewygodna? Czy aż tak bardzo przeszkadza to, kim byłam? Kiedyś Ania opowiadała wszystkim, że jej mama to „prawdziwa czarodziejka”. Dziś się do mnie nie przyznaje. Jakby się wstydziła.
Te słowa kruszyły mi serce
Telefon zadzwonił wieczorem. Ania. Serce mi zadrżało – może się rozmyśliła? Może przyjadą jutro?
– Halo? – odezwałam się szybko, ale w słuchawce już nikt się nie odzywał. – Aniu?
Wtedy usłyszałam głosy. Może to było połączenie przez pomyłkę. Przez chwilę myślałam, że mnie słyszą. Chciałam coś powiedzieć, ale coś mnie powstrzymało. Ich rozmowa brzmiała zbyt... prawdziwie.
– Musimy coś z tym zrobić – mówiła Ania, cicho, spięta. – Zosia znowu była zapytała w szkole, co to znaczy, że babcia wróżyła ludziom przyszłość. Dzieci się z niej śmiały.
– Może trzeba im w końcu powiedzieć, że babcia po prostu... jest inna? – odparł jej mąż.
– Tak, ale przecież nie będę opowiadać wszystkim, że wychowałam się przy świecach, kadzidłach i duchach! – westchnęła Anna. – To nie są już te czasy. Ludzie się z tego śmieją.
– Zrozum, ona cię kocha – odpowiedział cicho mąż. – A ty się jej wstydzisz.
– Nie wstydzę się jej. Wstydzę się tego, co robiła przez całe życie. Tego wizerunku... Tego, że dzieci muszą się tłumaczyć, dlaczego babcia nie pracowała normalnie.
Serce mi biło jak młot. Przez chwilę nie oddychałam. A potem znów usłyszałam kliknięcie – rozłączyło się. Pewnie przypadkiem wybrał się mój numer. Stałam w kuchni i patrzyłam na karty. Leżały rozłożone. Nagle wszystko było jasne. Dla własnej córki byłam powodem do wstydu. Nie osobą. Etapem, który lepiej przemilczeć.
Musiałam spojrzeć jej w oczy
Nie spałam całą noc. Karty wciąż leżały na stole, ale nie miałam siły ich ruszyć. Rano założyłam płaszcz i ruszyłam do Anki bez zapowiedzi. Musiałam usłyszeć to od niej w twarz.
Otworzyła drzwi po chwili. Była zaskoczona. Może trochę zaniepokojona.
– Mamo? Co się stało?
– Możemy chwilę porozmawiać? – zapytałam. – Nie chcę herbaty. Tylko pięć minut.
Weszłam do salonu. Na kanapie leżała jakaś kolorowanka Zosi. Na stole podręcznik od chemii. Tak wygląda ich świat. Mnie w nim nie było.
– Słyszałam waszą rozmowę wczoraj. O mnie. To było przypadkowe połączenie. Wszystko słyszałam – powiedziałam spokojnie.
Córka zamarła. Nie próbowała zaprzeczyć. Tylko spuściła wzrok.
– Czy naprawdę aż tak bardzo się mnie wstydzisz?
– Mamo... to nie tak. Ja... Ja cię kocham, ale... nie chcę, żeby dzieci były wyśmiewane.
– Bo ich babcia była wróżką? Bo nie siedziałam przy biurku w urzędzie, tylko słuchałam ludzi, gdy byli zagubieni?
– Wiesz, że to wszystko brzmi dla innych dziwnie. Ludzie się śmieją. Sądzą, że to zabobony. Szarlataneria.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– A ile razy pomogłam tobie? Ile razy przychodziłaś po radę? Ile razy mówiłaś, że „mam dar”? Teraz się tego wypierasz?
– Ja nie... – zaczęła, ale nie skończyła. Z oczu popłynęły jej łzy.
Ja też płakałam. Nie przytuliła mnie. Ja jej też nie. Tylko siedziałyśmy naprzeciwko siebie – dwie kobiety, które kiedyś były rodziną. A teraz?
Poczułam się zupełnie sama
Tego samego popołudnia poszłam na cmentarz. Śnieg chrzęścił pod butami, mróz szczypał w policzki, ale nie chciałam czekać. Musiałam się komuś wygadać. A jedyną osobą, która nigdy nie zawiodła mojego serca, był on – mój Władek. Znał mnie, jeszcze zanim zaczęłam wróżyć. Widział, jak pierwszy raz położyłam karty. Śmiał się, że jak będę tak dalej ludziom pomagać, to w końcu ustawi się do mnie kolejka jak do lekarza.
Stanęłam przed jego grobem, odgarnęłam ręką śnieg z tabliczki.
– Władziu... – powiedziałam cicho. – Nasza Ania się mnie wstydzi. Wnuki też. Mówią, że to, co robiłam, to powód do wstydu. Że się śmieją z nich w szkole, że lepiej mnie nie pokazywać.
Zamilkłam, czekając, aż łzy same znajdą drogę.
– Pamiętasz, jak mówiłeś, że mam dobre serce? Że czasem widzę więcej niż inni? – szepnęłam, czując, jak drży mi głos. – Teraz to wszystko na nic. Dla nich to był teatr. Przesada. Obciach.
Usiadłam na ławce obok grobu. Ręce miałam lodowate. Wokół nie było nikogo. Tylko cisza i pomniki.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam półgłosem. – Że ja nie mam się czego wstydzić. Nie żałuję ani jednego dnia. Ale czuję się... wykluczona. Jakbym już nie była częścią ich życia. Jakby lepiej im było beze mnie.
Patrzyłam na nagrobek, jakby on mógł mi odpowiedzieć. Może odpowiedział. Może jego milczenie mówiło wszystko. Zostałam jeszcze chwilę, zanim wstałam. Wróciłam do domu powoli, z ciężką głową.
Już nie czekam na zmiany
Wieczór po Dniu Babci był cichy jak nigdy. Nie zadzwonili. Nikt nie przyszedł. Na stole stały niedojedzone kawałki tarty cytrynowej, którą zrobiłam z nadzieją. Kiedyś wnuki lubiły ją najbardziej. Wzięłam kubek z zimną już herbatą i usiadłam na fotelu. Przez chwilę gapiłam się w ścianę, potem spojrzałam na zdjęcia na półce. Zosia z warkoczami, Staś z szerokim uśmiechem. Miał wtedy siedem lat. Miałam wtedy dla nich całe serce.
Przyciągnęłam do siebie stary zeszyt. Gruby, z wyblakłą okładką. W środku – notatki z wizyt, przemyślenia, sny moich klientek, ich nadzieje i lęki. Przewracałam kartki, czytając po kolei. „Pomogła mi podjąć decyzję o rozwodzie. Dziś jestem szczęśliwa”. „Dzięki niej uwierzyłam, że zasługuję na więcej”. „Wróżka z ciepłym sercem”. Zamknęłam zeszyt i odłożyłam go na stolik.
Nie wstydzę się swojego życia. Choć nie było zwyczajne, było prawdziwe i uczciwe. Nikogo nie oszukiwałam. Kochałam i słuchałam. Byłam potrzebna. Po prostu nie swojej rodzinie. Czuję, jak rośnie we mnie coś nowego. Nie złość. Nawet nie żal. Może pogodzenie się. Może koniec. Zostałam sama. Z kartami, wspomnieniami i ciszą. I pytaniem, które nie chce ucichnąć: „Czy to już wszystko, co zostało z miłości matki i babci?”.
Helena, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Babci miał być naprawdę wyjątkowy, ale łzy same cisną mi się do oczu. Wnuczka miała inne priorytety”
- „Wydałam fortunę, żeby zrobić przyjemność wnukowi. Zamiast wdzięczności, czekało mnie bardzo bolesne rozczarowanie”
- „Zamiast do sanatorium, pojechałam z wnukami na ferie do podrzędnego pensjonatu. Żałowałam już po godzinie”