„Nie chciałam być sztywniarą i wylądowałam na grzybobraniu. Trochę naściemniałam o sobie, ale wyrwałam niezły okaz”
„Kiedy przyszedł mi matrymonialny kryzys, stwierdziłam, że może warto trochę pościemniać. W końcu wszyscy to robią. Moje zdjęcie z rowerem, które wrzuciłam na profil, było z wypożyczalni w Sopocie, a pasja do grzybobrania pochodziła z opowieści mojego dziadka. Nie chciałam wyjść na sztywniarę”.

- Redakcja
Śmiechu warte, ale moje ostatnie randkowe doświadczenie miało miejsce przy stoisku z pieczarkami. Serio. Ale zanim opowiem, jak do tego doszło, musicie coś o mnie wiedzieć. Nie jestem typem dziewczyny, która codziennie przegląda aplikacje randkowe w nadziei na księcia z brodą i pasją do rzemieślniczego piwa. Zazwyczaj trzymam się z daleka od aplikacji randkowych, ale wtedy... no cóż, miałam słabszy moment.
Zresztą, kiedy przyszedł mi matrymonialny kryzys, stwierdziłam, że może warto trochę pościemniać. W końcu wszyscy to robią, prawda? Moje zdjęcie z rowerem, które wrzuciłam na profil, było z wypożyczalni w Sopocie, a „pasja do grzybobrania” pochodziła z opowieści mojego dziadka, który zresztą zmarł, zanim zdążył mnie tego nauczyć. Wiedziałam jedno – nie mogę wyjść na sztywniarę, więc kiedy Michał napisał, że zna świetne miejsce w lesie i że „sezon grzybowy się zaczyna”, odpisałam z entuzjazmem, że uwielbiam zbierać grzyby. Taaa... Uwielbiam pieczarki w promocji, bo potrafię je odróżnić od brukselek. Na szczęście Michał okazał się typem, który nie do końca wie, jak wygląda borowik. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam...
Nie tylko ja byłam ściemniarą
– To tu – Michał uśmiechnął się, parkując auto na ubitej, leśnej drodze. – Mam nadzieję, że nie boisz się dzików.
– Ja? – zaśmiałam się głośniej, niż wymagała tego sytuacja. – Nie no, wiesz, ja to praktycznie się wychowałam w lesie. Dziadek mnie zabierał od małego na grzyby.
To był ten moment, kiedy powinnam się była cofnąć. Albo chociaż przyznać, że moja „leśna” edukacja ograniczała się do jednego spaceru po Kampinosie z klasą w szóstej klasie podstawówki. Ale przecież już za dużo nagadałam. I miał tak miłe oczy. I ładnie pachniał. Michał wysiadł z samochodu z pewnością, jakby faktycznie znał ten las. Rozejrzał się dookoła z miną zwiadowcy z podróżniczego kanału, po czym wyjął z bagażnika dwa koszyki.
– To co, ruszamy?
Szłam za nim, udając, że wiem, jak odróżnić gąskę zielonkę od jakiegoś paskudnego trujaka. Utrzymywałam pokerową twarz, choć wewnątrz miałam ochotę wyjąć telefon i po prostu wklepać w wyszukiwarkę: „brązowy grzyb z siatką pod kapeluszem jadalny czy nie”.
– O, patrz, chyba maślak! – Michał przykucnął przy jakimś glutowatym okazie.
– Aha! Tak, klasyczny... eee... maślak żółtawy – rzuciłam, licząc, że nie zapyta o więcej.
– Żółtawy? – zmarszczył brwi. – Serio?
– No, pewnie! – rzuciłam pewnym tonem. – One się tak... od ziemi brudzą, że aż wydają się inne.
Zamrugał. Po czym wyjął telefon i zaczął coś sprawdzać. No pięknie. Przecież wiedziałam, że długo nie pociągnę w tej roli znawczyni. A jednak uparcie grałam dalej. A potem zauważyłam, że on też co chwilę zerka na telefon, jakby sprawdzał... kompas? Nie byłam jedyną ściemniaczką w tym lesie.
Zaczął się śmiać
– Ej, a to nie jest muchomor sromotnikowy? – zapytał Michał, wskazując na coś, co wyglądało jak zły sen wśród ściółki. Jasnozielony kapelusz, cienki trzonek i takie coś jak... falbanka.
Zawahałam się.
– No... wiesz co – zaczęłam z udawaną pewnością – niby podobny, ale sromotniki mają taką... bardziej toksyczną aurę. Ten wygląda raczej jak... muchomor domowy.
– Domowy? – parsknął śmiechem. – Serio?
Zrobiłam się czerwona ja klasyczny muchomor.
– No przecież żartuję – próbowałam się ratować. – Wiem, że to trujący. To... to takie moje grzybiarskie poczucie humoru.
Zaczął się śmiać, ale już nie tak naturalnie, jak wcześniej. Zobaczyłam w jego oczach ten błysk. Wiedział. Albo przynajmniej coś podejrzewał.
– A ty w ogóle... jak często chodzisz na grzyby? – zapytałam, przekierowując uwagę.
– O, całkiem często – odpowiedział z zaskakującym luzem. – Zwłaszcza w aplikacji „Grzyby dla opornych”. – Pokazał mi ekran telefonu, gdzie właśnie przeglądał galerię grzybów jadalnych. – Mam też kompas, jakbyśmy się zgubili. A ty?
– Ja? – chrząknęłam. – No wiesz, raczej analogowo. Stare metody. Słońce, mech, takie tam.
– A mech to... na której stronie drzew rośnie?
Zacięłam się.
– Na tej bardziej... północnej? – odpowiedziałam pytająco.
– Aha – uśmiechnął się przekornie. – To dobrze, bo właśnie idziemy w kierunku, gdzie rośnie mech, więc na bank wrócimy prosto do... gdziekolwiek zostawiliśmy samochód.
Popatrzyliśmy na siebie i oboje wybuchliśmy śmiechem.
– Wiesz co? – powiedziałam – jesteśmy chyba beznadziejnym duetem.
– Może – wzruszył ramionami – ale przynajmniej nam się nie nudzi.
I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może ta randka nie musi być perfekcyjna, żeby była... dobra.
Czułam się jak idiotka
– A ten pień nie wygląda znajomo? – zapytałam, przystając i rozglądając się w panice.
– Wszystkie pnie wyglądają tak samo – burknął Michał, przecierając ekran telefonu. – I przestał działać mi kompas. Chyba nie ma zasięgu.
– Czyli... nie wiesz, gdzie jesteśmy?
– A ty wiesz? Przecież to ty mówiłaś, że orientujesz się w terenie! – podniósł głos.
– Ja?! – aż przystanęłam. – To ty mówiłeś, że masz świetną orientację i znasz ten las!
– Ale ty miałaś wiedzieć, które grzyby są jadalne!
– A ty miałeś prowadzić!
– Ty mówiłaś, że chodzisz na grzyby z dziadkiem od dzieciństwa!
– Bo myślałam, że to będzie taki żartobliwy flirt, a nie ekspedycja survivalowa!
Zapanowała cisza. Tak, właśnie się pokłóciliśmy. Po raz pierwszy. I to nie o politykę, nie o byłych, tylko o grzyby i drzewa. Absurdalność tej sytuacji sprawiała, że chciało mi się śmiać i płakać jednocześnie.
– I co teraz? – zapytałam ciszej. – Będziemy błądzić aż do zmierzchu?
– Nie wiem. Spróbuję iść w stronę, gdzie wydaje mi się, że zostawiliśmy auto.
– A może po prostu przyznajmy, że oboje popełniliśmy błąd i...
– ...i jesteśmy dwójką durniów, którzy próbują udawać ekspertów, żeby się sobie spodobać? – dokończył za mnie z przekąsem.
Zacisnęłam usta. Było mi przykro, ale też chciało mi się śmiać. Czułam się jak idiotka, bo naprawdę chciałam zrobić dobre wrażenie, a wyszłam na kłamczuchę. Ale jego też nie oszczędzę, o nie.
– No i świetnie – powiedziałam chłodno. – Następnym razem zaproponuj może randkę w markecie meblowym. Tam przynajmniej są strzałki na podłodze.
Ruszyliśmy w milczeniu przed siebie, każde we własnych myślach, każde ze swoim żalem. Ja z przekonaniem, że to spotkanie to jednak katastrofa. I że Michała raczej więcej nie zobaczę.
Humor mi wrócił
Szliśmy tak w ciszy już chyba z kwadrans. Michał tupał nerwowo nogami, ja kopnęłam jakiś patyk i westchnęłam teatralnie. Napięcie między nami wisiało w powietrzu jak chmura przed burzą. Nagle Michał się zatrzymał, odwrócił i powiedział:
– Wiesz co... może to jednak był zły pomysł. Nie jesteśmy stworzeni do lasu. Jesteśmy stworzeni do... galerii handlowych. Tam też można się zgubić, ale przynajmniej są toalety.
Zatrzepotałam powiekami. Próbowałam się nie uśmiechnąć. Naprawdę próbowałam.
– I klimatyzacja – dodałam sucho. – I jedzenie.
– I mapki z napisem „tu jesteś”, które kłamią jak najęte.
Nie wytrzymałam. Roześmiałam się na głos. A potem on też. I tak staliśmy pośrodku nie wiadomo jakiego kawałka lasu, rechocząc jak dzieciaki.
– Dobra, dość tej szopki – powiedziałam, ocierając łzy śmiechu. – Nigdy nie zbierałam grzybów. Nie mam pojęcia, co tu robię.
– Ja też – przyznał bez żenady. – Wszystkie moje „grzyby” to screeny z Internetu. Kompas mam tylko po to, żeby wyglądać na ogarniętego.
Usiedliśmy na pniu. Ja zdjęłam plecak, on sięgnął po jabłko.
– Chciałam zaimponować – przyznałam. – Ty też?
– Oczywiście – chrupnął. – Ale po twoim „maślaku domowym” coś zacząłem podejrzewać.
– I tak długo się nie śmiałeś. Szacunek.
– Czekałem, aż powiesz coś jeszcze bardziej kompromitującego.
– Miło z twojej strony.
Siedzieliśmy chwilę, patrząc, jak słońce zaczyna przebijać się między gałęziami.
– Wiesz co? – Michał wstał. – Idziemy w stronę, z której słychać szosę. Byleby iść z sensem. A jak nie trafimy, to zawsze zostaje 112.
– Albo jakieś grzybiarskie wróżby. W końcu mam w sobie „leśną duszę”.
– O, i jeszcze humor ci wrócił. Znak, że przestaliśmy udawać.
Wstaliśmy i ruszyliśmy z nadzieją, że tym razem już naprawdę do przodu.
Przestaliśmy udawać
Auto znaleźliśmy po mniej więcej godzinie. Nie dlatego, że znaliśmy drogę – po prostu szczęście w końcu się do nas uśmiechnęło. Michał wypatrzył coś błyszczącego między drzewami. Okazało się, że to jego własne lusterko boczne. Żadne z nas nie przyznało się, jak bardzo byliśmy zaskoczeni, że w ogóle tu wróciliśmy.
– I co, wsiadamy? – zapytał, gdy stałam obok, rozmasowując kostki.
– No raczej – westchnęłam. – Zanim zgubimy koszyki.
– Właśnie... – rozejrzał się. – Gdzie są nasze koszyki?
Popatrzyliśmy po sobie i zaczęliśmy się śmiać.
– Poszedł na ofiarę dla lasu – Michał wzruszył ramionami. – Trudno, i tak były tam tylko trzy podejrzane grzyby i gałąź, którą pomyliłem z borowikiem.
– I moje nadzieje na romantyczną randkę – dodałam.
Usiedliśmy w aucie, zmęczeni, brudni, spoceni. Ale... coś było inaczej. Atmosfera między nami zrobiła się lżejsza. Żadnej gry. Żadnych pozorów. Po prostu dwoje ludzi po przejściach – dosłownie – i nadal z poczuciem humoru.
– Wiesz, co myślę? – zaczął Michał, zapinając pasy. – Że dobrze, że zgubiliśmy koszyki.
– Dlaczego?
– Bo obstawiam, że większość z tych grzybów była trująca. Tak samo jak nasze udawanie. Dobrze, że się tego pozbyliśmy.
– Podoba mi się to.
– Dzięki. Myślę, że na kolejną randkę powinniśmy wybrać coś, co rzeczywiście znamy.
– Na przykład?
– Pizza. Dużo łatwiej zidentyfikować pieczarki, gdy są na serze i są polane sosem czosnkowym.
– Jestem za – zaśmiałam się. – Ale tylko jeśli ty zamówisz. Ja nadal nie wiem, gdzie północ.
Odjechaliśmy w ciszy, ale takiej dobrej. Ciszy ludzi, którzy przestali coś udawać. Którzy właśnie dogadali się po swojemu. Może to nie był początek wielkiej miłości. Ale na pewno początek czegoś... prawdziwego.
To moja najlepsza historia
Kiedy dziś wspominam tamtą randkę, mam ochotę zakryć twarz z zażenowania, a jednocześnie... uśmiecham się pod nosem. Mimo całego tego chaosu, ściemy i błądzenia – to był jeden z najprawdziwszych dni, jakie przeżyłam z kimkolwiek. Nie znalazłam ani jednego porządnego grzyba. Spociłam się, pokłóciłam, skompromitowałam i zgubiłam się w lesie. Ale też śmiałam się jak dziecko, siedziałam na pniu obok faceta, który okazał się nieidealny i ludzki. I przez to jakoś... bliski.
Po powrocie do domu nie musiałam długo czekać na wiadomość od Michała. „Pizza czy ramen? Las się jeszcze nie odezwał, ale głos mi wraca”. Odpisałam: „Tylko nie zamawiaj z grzybami. Mam traumę”. Spotkaliśmy się kilka razy. Już bez grzybów, bez udawania ekspertów i bez aplikacji „Grzyby dla opornych”. Czasem rozmawialiśmy o pracy, o filmach, o tym, jak oboje jesteśmy zmęczeni tym ciągłym „imponowaniem komuś”. Raz nawet odwiedziliśmy sklep ogrodniczy i przy stoisku z pieczarkami wybuchnęliśmy śmiechem jak wariaci.
Nie wiem, czy z tego będzie coś większego. Nie szukam już definicji „idealnej randki”. Najwięcej warte są te chwile, które są po prostu... autentyczne. Kiedy nikt nie udaje, że zna się na grzybach, kompasach, ani na miłości. Mam za to historię. Śmieszną, szczerą i nieco żenującą. Ale moją. I chyba właśnie to jest w niej najlepsze.
Alicja, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mówił, że chodzi na masaże, ale prawda była znacznie gorsza. Te 3 jego słowa złamały mnie bardziej niż podłe kłamstwa”
- „Co sobotę mój mąż szedł sam do lasu na relaks. Ten robaczywy grzyb wrzucał tam jagody do zupełnie innego koszyczka”
- „Mąż mnie nie szanował i traktował jak stary mebel. Zaczęłam, więc gotować sąsiadowi i życie od razu miało lepszy smaczek”