Reklama

Walentynki zawsze budziły we mnie pewną frustrację, ale tego roku uczucie było wyjątkowo przytłaczające. Gdzie się nie obejrzałam, atakowały mnie reklamy czekoladek i zdjęcia uśmiechniętych par. W pracy koleżanki prześcigały się w opowieściach o planach na wieczór, a ja udawałam, że spędzenie tego dnia solo to mój świadomy wybór. W rzeczywistości czułam się jednak przeźroczysta i lekko zawstydzona.

Tego dnia presja samotności i niepowodzeń w relacjach skumulowała się tak bardzo, że postanowiłam zrobić coś, czego normalnie bym nie zrobiła – odpaliłam aplikację randkową i po kilkunastu minutach miałam już umówioną randkę z zupełnie obcym facetem. Z desperacji, tak to trzeba nazwać. Liczyłam na cokolwiek, co pozwoli mi choć przez chwilę nie czuć się gorszą od tych wszystkich zakochanych dookoła. Przekonywałam samą siebie, że to dobry pomysł, choć już wtedy wiedziałam, że pewnie wolałabym spędzić ten wieczór pod kocem z ulubionym serialem.

Przecież mogłam ten dzień spędzić pod kocem

Siedziałam na kanapie w dresie, z kubkiem herbaty w ręce, kiedy uznałam, że nie mogę już dłużej patrzeć na różowe serduszka w reklamach. Po kilku minutach scrollowania internetu, gdzie nawet mój kot wyglądałby bardziej romantycznie niż ja, rzuciłam telefon w kąt, ale zaraz po niego sięgnęłam. Otworzyłam aplikację randkową z przekory, bo przecież „co mi szkodzi”, a tak naprawdę w głowie krążyła myśl, że może wreszcie wydarzy się coś ciekawego, nawet jeśli miałoby być żałosne. Przesuwałam profile bez przekonania, odrzucając jednych za zbyt białe zęby, innych za zdjęcia z rybą albo samochodem. W końcu trafiłam na Kacpra. Nie wyglądał na desperata, chociaż – patrząc prawdzie w oczy – pewnie był w podobnej sytuacji co ja.

– Hej, walentynki, a Ty tu? – napisał.

– No widzisz, los bywa okrutny – odpisałam, starając się być zabawna.

Wymieniliśmy kilka wiadomości, aż padło pytanie:

– Spotykamy się dziś czy odhaczamy kolejny samotny wieczór?

Zanim się zastanowiłam, wysłałam mu lokalizację kawiarni. Poczułam dziwne podniecenie, pomieszane ze wstydem i lekkim żalem do samej siebie. Przecież mogłam ten dzień spędzić pod kocem.

Mam ochotę jak najszybciej wrócić do domu

Wybierając się na tę randkę, miałam wrażenie, że idę na egzamin, do którego kompletnie się nie przygotowałam. Przed lustrem trzy razy zmieniałam bluzkę, próbując wyglądać lepiej niż się czułam. Gdy wreszcie wyszłam z domu, marzyłam tylko o tym, żeby spotkać kogoś znajomego, kto dałby mi pretekst do odwrotu, ale oczywiście ulice były pełne zakochanych, a ja szłam sama, wyprostowana jak struna, z miną, która miała sugerować pewność siebie, a w rzeczywistości zdradzała nerwowość.

Kawiarnia była już niemal pełna. Stanęłam przy drzwiach i od razu go zauważyłam – siedział przy stoliku, zerkając nerwowo na telefon. W rzeczywistości wyglądał trochę inaczej niż na zdjęciach. Może odrobinę starszy, może trochę bardziej zmęczony, ale miał miły uśmiech i to mnie na chwilę uspokoiło.

– Cześć, jesteś Agata? – zapytał, podnosząc się niezgrabnie.

– Tak. Chyba oboje wyglądamy na trochę stremowanych, co? – rzuciłam, mając nadzieję, że przełamię pierwsze lody.

Usiedliśmy. Zamówiliśmy kawę, a kelnerka rzuciła nam spojrzenie w stylu „kolejna para na walentynkowej randce”. Próbowałam skupić się na rozmowie, ale z każdym kolejnym zdaniem czułam, że mam ochotę jak najszybciej wrócić do domu. Niby rozmawialiśmy, a ja cały czas zastanawiałam się, czy ktoś zauważy, jak bardzo chcę stąd uciec.

Każda minuta zdawała się trwać wieczność

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a każda minuta zdawała się trwać wieczność. Kacper mówił dużo, głównie o sobie, jakby chciał przekonać mnie – albo siebie – że to spotkanie ma jakiś sens. Słuchałam jego opowieści o pracy w korporacji i o tym, jak próbował nauczyć się gry na gitarze, bo „podobno dziewczyny lubią muzyków”. Uśmiechałam się, kiwając głową, ale coraz częściej łapałam się na tym, że nie zapamiętuję żadnych szczegółów. Czułam się trochę jak widz w teatrze, który pomylił spektakl i nie wie, kiedy może wyjść.

Co chwilę ratowałam się spojrzeniem na kawę, mieszałam ją bez sensu i zerkałam na telefon. Udawałam zainteresowaną, choć w głowie miałam już plan awaryjny. Próbowałam wtrącić się do rozmowy, zmienić temat, ale on jakby nie zauważał. W pewnej chwili zaczął rozmawiać bardziej z kelnerem niż ze mną.

– Proszę, może Pan polecić coś jeszcze dobrego? – zapytał nagle kelnera, jakby właśnie ten człowiek miał ocalić naszą randkę.

Kelner spojrzał na mnie porozumiewawczo. Uśmiechnął się lekko, jakby wiedział, że chciałabym już być gdzie indziej. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz podsunie mi pod nos kartkę: „Jeśli chcesz uciec, mrugnij dwa razy”. Zaczęłam coraz mocniej czuć potrzebę, by znaleźć się jak najdalej od tej sceny.

Walentynki nie są łatwe dla samotnych

Z każdą minutą mój entuzjazm opadał, a nawet najdroższa kawa nie była w stanie uratować tej sytuacji. Kacper mówił, a ja coraz częściej uciekałam myślami do mojej kanapy i serialu, który zostawiłam w połowie. Zaczęłam analizować możliwe strategie wyjścia z twarzą. Chciałam być uprzejma, nie urażać go, ale nie miałam już siły słuchać kolejnej historii o „przypadkowych sukcesach” w pracy czy porażkach na siłowni.

– Przepraszam, że tak gadam, to chyba ze stresu – powiedział w pewnym momencie, łapiąc się za kark. – Dawno nie byłem na randce.

– Rozumiem… walentynki nie są łatwe dla samotnych – odpowiedziałam, próbując brzmieć współczująco, choć w środku czułam głównie irytację.

Czułam, że wkrótce coś pęknie. Zerknęłam na telefon, udając, że dostałam ważną wiadomość. Uśmiechnęłam się przepraszająco.

– Przepraszam, muszę na chwilę odpisać, coś z pracy – rzuciłam szybko i zaczęłam gorączkowo pisać do przyjaciółki, błagając ją, by zadzwoniła do mnie za pięć minut.

Kacper w tym czasie coś opowiadał, ale już nie słuchałam. Wiedziałam, że to tylko kwestia chwili, zanim wymyślę pretekst, by się stąd ewakuować. Ucieczka do domu wydawała się coraz bardziej kusząca i niemal romantyczna na tle tego, co działo się przy stoliku.

Naprawdę nie mogę zostać

Telefon zadzwonił szybciej, niż się spodziewałam. W słuchawce usłyszałam głos przyjaciółki, która, zgodnie z ustaleniami, natychmiast zaczęła symulować nagły kryzys – oczywiście taki, do którego tylko ja mogłam zostać wezwana na pomoc.

– Tak, jasne, już się zbieram – odpowiedziałam na głos, patrząc wymownie na Kacpra. – Bardzo cię przepraszam, ale muszę lecieć. Coś się wydarzyło, naprawdę nie mogę zostać.

Nie zaprotestował, tylko z ulgą wypił ostatni łyk kawy i uśmiechnął się nieco wymuszenie.

– Spoko, rozumiem, walentynki potrafią być trudne… Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pogadamy – rzucił, choć raczej oboje wiedzieliśmy, że to pożegnalna kurtuazja.

Wyszłam z kawiarni i poczułam, jak z moich ramion spada niepotrzebny ciężar. Nawet nie miałam do siebie pretensji. Zamiast czuć się zawstydzona czy przegrana, poczułam ulgę, że uratowałam resztę wieczoru. Po drodze wstąpiłam do sklepu po czekoladę, potem wbiegłam do mieszkania, zrzuciłam niewygodne buty i owinęłam się kocem. Serial czekał na mnie tak, jak powinien czekać ktoś, kto naprawdę rozumie moje potrzeby: w ciszy, bez oceniania, bez zbędnych pytań. I nawet ta samotność była mniej bolesna, kiedy wiedziałam, że wybrałam ją sama.

Po prostu byłam sobą

Gdy tylko zasiadłam na kanapie, poczułam, jak całe napięcie z dnia zaczyna powoli opuszczać moje ciało. Jeszcze kilka godzin wcześniej miałam poczucie, że muszę coś udowodnić – sobie, światu, może tej nieistniejącej „wersji mnie”, która potrafi olśnić każdego na randce i zakochać się od pierwszego wejrzenia. Tymczasem siedziałam pod kocem, z kubkiem herbaty i tabliczką gorzkiej czekolady, i czułam… spokój. Chyba pierwszy raz od dawna nie walczyłam ze sobą, nie porównywałam się do innych. Po prostu byłam sobą – z nieudanym wieczorem, ze śmiesznymi wymówkami i z poczuciem, że nawet jeśli w walentynki nie wydarzy się nic spektakularnego, to świat się nie zawali.

Pilot do seriali w dłoni był dziś moją najlepszą randką. Bohaterowie z ekranu kłócili się, śmiali, płakali – czasem mieli jeszcze gorsze walentynki niż ja. Przestałam się przejmować, że nie ma mnie na żadnym zdjęciu w towarzystwie róż czy świec. Może jeszcze kiedyś przyjdzie czas na randkę, która naprawdę mnie zachwyci. A może nie. W tej chwili wystarczało mi moje własne towarzystwo i to, że nie musiałam już grać nikogo innego. Czułam się wolna, nawet jeśli trochę samotna. I to było zupełnie w porządku.

Monika, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama