„Nie cierpię Dnia Babci. Myślałam, że wnuki będą nagrodą za całe moje życie, a są tylko kolejnym obowiązkiem”
„Zamarłam. Nie weszłam, nie zaprotestowałam. Wyszłam po cichu, jak złodziej, który boi się, że ktoś go złapie na gorącym uczynku. Od tamtej pory to zdanie siedziało we mnie jak drzazga”.

- Redakcja
Mam sześćdziesiąt cztery lata i kiedy mówię to na głos, wciąż brzmi to dla mnie obco, jakby ktoś pomylił metryki. W środku nadal czuję się tą samą kobietą, która biegła z zakupami, z pracy do domu, z domu po dzieci, zawsze trochę spóźniona, zawsze komuś potrzebna. Teraz mówią na mnie „babcia”, jakby to słowo miało zamknąć całą resztę.
Dni wyglądają podobnie. Bo wnuki trzeba odebrać, ugotować, przypilnować lekcji. Zupa ma być taka, jak lubią, naleśniki cienkie, bez grudek. Zawsze pamiętam, kto nie je cebuli, kto ma uczulenie, kto dziś ma trening. Zapominam za to coraz częściej, kiedy ostatni raz zrobiłam coś tylko dla siebie. Kiedy byłam młodsza, wyobrażałam sobie bycie babcią zupełnie inaczej. Ciepło, spokojnie. Pieczenie ciastek w niedzielę, spacery po parku, czytanie bajek, kiedy dzieci przychodzą, bo chcą, a nie dlatego, że ktoś musi zostać z nimi do osiemnastej. Rzeczywistość przyszła bez pytania i bez umowy. Najbardziej nie cierpię Dnia Babci. Wszyscy mówią, jaki to piękny dzień, ile radości, wzruszeń. Dla mnie to dzień, w którym czuję ciężar w klatce piersiowej. I udaję sama przed sobą, że wcale nie było mi przykro.
Wyrzuciłam to z siebie
Stałam pod szkołą z rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza. Wnuki wypatrzyłam od razu. Machnęły mi bez entuzjazmu, bardziej z przyzwyczajenia niż z radości. Agnieszka wyszła chwilę później, rozmawiała przez telefon, nerwowo gestykulując.
– Mamo, zajmiesz się nimi? Muszę jeszcze podjechać do sklepu – rzuciła, nawet nie patrząc mi w oczy.
– Zawsze się nimi zajmuję – odpowiedziałam cicho.
Westchnęła, jakby to było coś oczywistego. Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie było krzyku, nie było wielkich słów. Było zmęczenie, które zebrało się w jednym zdaniu.
– Agnieszka, ja już nie mam siły – powiedziałam, zatrzymując się w pół kroku. – To nie jest pomoc. To jest etat.
Spojrzała na mnie zdziwiona, niemal oburzona.
– Przecież ty mówisz, że kochasz dzieci.
– Kocham – odpowiedziałam szybko. – Tylko miłości nie mierzy się ilością godzin ani garnków w zlewie.
Agnieszka założyła ręce na piersi.
– Przesadzasz. Inne babcie są szczęśliwe, mogą się wykazać.
– A ty mnie w ogóle kochasz? – wyrwało mi się nagle.
Zapadła cisza. Dzieci popatrzyły na nas niepewnie. Agnieszka odwróciła wzrok.
– Znowu robisz problem z niczego – powiedziała chłodno.
Droga do domu dłużyła się niemiłosiernie. W głowie słyszałam własne słowa i zastanawiałam się, czy nie poszłam za daleko. Poczucie winy mieszało się z ulgą. Może wreszcie powiedziałam to, co od dawna się we mnie kotłowało.
Spojrzała na mnie zaskoczona
Następnego dnia Agnieszka przyszła bez zapowiedzi. Otworzyłam drzwi i od razu wiedziałam, że nie przyszła na herbatę. Stała sztywno, z torebką przewieszoną przez ramię, jakby zaraz miała wyjść.
– Musimy porozmawiać – powiedziała, wchodząc do przedpokoju.
Usiadłyśmy przy stole. Postawiłam dwie filiżanki, a Agnieszka bawiła się suwakiem kurtki.
– Wczoraj było niepotrzebne – zaczęła. – Wszyscy mamy ciężko. Praca, dom, dzieci. Tak teraz wygląda życie.
Patrzyłam na nią i słuchałam, jakby mówiła wyuczoną formułkę.
– Ty zawsze byłaś taka silna – dodała po chwili. – Myślałam, że dajesz radę.
– Silna nie znaczy na każde zawołanie – odpowiedziałam spokojnie.
Agnieszka westchnęła.
– Mamo, ja naprawdę nie mam wyjścia. Przedszkole do piętnastej, szkoła do czternastej. Opiekunka kosztuje fortunę.
– A ja nie kosztuję nic – powiedziałam cicho.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Nie o to mi chodziło.
– Właśnie o to – odparłam. – Bo gdybym była płatna, ktoś by się zapytał, czy jeszcze daję radę.
Agnieszka nagle się wyprostowała.
– Może ty po prostu nie nadajesz się na babcię – rzuciła ostro.
Słowa uderzyły we mnie jak policzek.
– A może ty nie nadajesz się na córkę – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Jej twarz pobladła.
– Jak możesz tak mówić?
– Tak samo, jak ty – powiedziałam. – Przez lata słuchałam, czego ode mnie oczekujesz. Teraz mówię, co mnie boli.
Wstała gwałtownie.
– Zawsze robisz z siebie ofiarę.
Patrzyłam, jak zakłada kurtkę, i myślałam, kiedy przestałyśmy się słuchać, a zaczęły tylko bronić swoich racji.
Przekroczyłam granicę
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i słuchałam tykania zegara, które zawsze mnie uspokajało, a tym razem doprowadzało do szału. W głowie wracała scena sprzed lat, której nigdy nikomu nie opowiedziałam. Stałam wtedy w kuchni u Agnieszki, niby po coś przyszłam, niby czegoś szukałam. Drzwi do salonu były uchylone.
– Twoja mama już niczego nie chce od życia – usłyszałam głos zięcia. – Dla niej to chyba nawet dobrze, że ma wnuki. Przynajmniej ma jakiś sens.
Zamarłam. Nie weszłam, nie zaprotestowałam. Wyszłam po cichu, jak złodziej, który boi się, że ktoś go złapie na gorącym uczynku. Od tamtej pory to zdanie siedziało we mnie jak drzazga. Gdy następnego dnia Agnieszka znów stanęła w mojej kuchni, wiedziałam, że nie ucieknę.
– Musimy to wyjaśnić – powiedziała nerwowo. – Nie chcę się kłócić.
– Ja też nie – odpowiedziałam. – Chcę, żebyś mnie usłyszała.
Usiadła ciężko na krześle.
– Powiedz wprost, o co ci chodzi.
Spojrzałam na jej dłonie, takie podobne do moich sprzed lat.
– Oddałam wszystko – powiedziałam wolno. – A nikt nawet nie zapytał, czego ja chcę.
Zmarszczyła brwi.
– To brzmi, jakbyś miała do nas pretensje o całe życie.
– Może mam – odpowiedziałam. – Może dopiero teraz mam na to odwagę.
Agnieszka zacisnęła usta.
– To co, żałujesz, że miałaś dzieci?
Pytanie zawisło w powietrzu. Słyszałam własny oddech.
– Czasem tak – powiedziałam cicho.
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Wiedziałam, że właśnie przekroczyłam granicę, zza której nie ma powrotu.
Wyobrażałam sobie inne życie
Kiedy Agnieszka wyszła, usiadłam w fotelu i długo patrzyłam w okno. Na ulicy ktoś szedł z zakupami, ktoś inny ciągnął dziecko za rękę. Zwyczajne życie. Takie samo jak moje było przez lata. Wyszłam za mąż szybko. Za szybko, jak dziś myślę. Ciąża przyszła zaraz po ślubie, a z nią decyzje, które podejmowały się same. Praca poszła w odstawkę, plany razem z nią. Mówiono mi, że tak trzeba, że dziecko jest najważniejsze, że jeszcze się w życiu narobię.
Kiwałam głową, bo wszyscy kiwali. Potem pojawiło się drugie dziecko. Dom, obiady, pranie, wieczne czekanie na kogoś. Mąż wracał zmęczony, dzieci czegoś chciały, a ja byłam tłem, które spajało całość. Nie myślałam o sobie. Wtedy nawet nie wiedziałam, że można. Czasem siadałam wieczorem w kuchni i wyobrażałam sobie inne życie. Pracę, rozmowy, wyjście do ludzi. Zaraz potem wstyd mnie zalewał.
Jak można tak myśleć, kiedy ma się zdrowe dzieci i dach nad głową. Nie miałam wyboru. Tak sobie powtarzałam przez lata. To zdanie było wygodne. Zwalniało z odpowiedzialności za własne niespełnienie. Teraz, po sześćdziesiątce, to zdanie zaczęło mnie uwierać. Może wybór był. Może tylko bałam się go zobaczyć.
Podeszłam do kalendarza wiszącego na ścianie. Każdy dzień zapisany był czyimś imieniem, godziną odbioru, wizytą u lekarza. Zabrakło tam mnie. Postanowiłam wtedy jedno. Nie będę już na każde zawołanie. Pomogę, gdy będę mogła. Odmówię, gdy zabraknie mi sił. Nawet jeśli komuś się to nie spodoba.
Skinęłam głową
Poprosiłam Agnieszkę i zięcia, żeby przyszli wieczorem. Nie na szybko, nie między jednym obowiązkiem a drugim. Przyszli z wyraźnym napięciem, jakby spodziewali się oskarżenia albo awantury. Byłam zaskakująco spokojna. Usiedliśmy przy stole. Tym samym, przy którym tyle razy jadły wnuki, a ja krążyłam między kuchnią a salonem.
– Nie chcę się kłócić – zaczęłam. – Chcę ustalić zasady.
Zięć spojrzał na Agnieszkę, potem na mnie.
– Jakie zasady? – zapytał ostrożnie.
– Takie, żebym nie czuła się jak pracownik bez umowy – odpowiedziałam. – Nie będę codziennie odbierać dzieci. Nie będę zawsze dyspozycyjna. Chcę wiedzieć wcześniej. Chcę usłyszeć „dziękuję”.
Agnieszka prychnęła.
– Mamo, przecież to są dzieci. Twoje wnuki.
– Wiem – powiedziałam. – Dlatego mówię to teraz, a nie wtedy, gdy już nie mam siły wstać z łóżka.
Zięć chrząknął.
– Szczerze mówiąc… – zawahał się – chyba trochę to przesadziliśmy. Przyzwyczailiśmy się, że zawsze jesteś.
Te słowa zabolały bardziej niż krzyk. Skinęłam głową.
– Właśnie o to chodzi.
Agnieszka siedziała w ciszy, bawiąc się pierścionkiem.
– Czyli co? – zapytała w końcu. – Mamy sobie radzić sami?
– Macie się liczyć ze mną – odpowiedziałam. – To różnica.
Zapanowała chwila ciszy, ciężkiej, ale innej niż wcześniej. Zięć westchnął.
– Myślę, że mama ma rację – powiedział.
Agnieszka spuściła wzrok. Nie przeprosiła.
Nie czułam się winna
W Dzień Babci obudziłam się bez budzika. W mieszkaniu panowała cisza, taka prawdziwa, bez dziecięcych głosów i dzwoniącego telefonu. Zaparzyłam kawę tylko dla siebie. Usiadłam przy oknie i patrzyłam, jak świat toczy się dalej, jakby nic się nie zmieniło. A jednak zmieniło się wszystko. Telefon leżał na stole. Nie zadzwonił. Nie było laurek, piosenek nagranych na szybko, życzeń wysłanych w pośpiechu. Poczułam ukłucie w środku, krótkie i ostre. Przyzwyczajenie umiera najwolniej. Po chwili przyszła ulga. Nikt niczego ode mnie nie chciał. Nikt nie planował mi dnia. Po raz pierwszy od dawna mogłam wyjść z domu bez patrzenia na zegarek. Mogłam zostać, jeśli miałam na to ochotę.
Pomyślałam o Agnieszce. O jej milczeniu, które nie było jeszcze zrozumieniem, lecz nie było już też lekceważeniem. Wiedziałam, że przed nami długa droga. Wiedziałam też, że mogę ją przejść tylko wtedy, gdy nie zapomnę o sobie po drodze. Babcia też człowiek. To zdanie krążyło mi w głowie. Może już za późno na wielkie zmiany. Może nie. Miałam jednak czas, by spróbować dowiedzieć się, kim jestem, gdy nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Siedziałam przy stole, piłam kawę i pierwszy raz od dawna nie czułam się winna.
Bożena, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik, który całą rodzinę powalił na kolana. I wtedy poczułam, że mam jeszcze po co żyć”
- „21 stycznia ktoś odwiedził grób mojej babci. Jak to jest możliwe, że przez całe życie kłamała mi prosto w oczy”