Reklama

Każde z moich dzieci przyszło na świat przypadkiem, bez wspólnych planów czy poważnych rozmów. Mimo to płacę alimenty, nie uciekam, nie znikam. Nie chcę tylko mieć złudzeń – nie potrafię być ojcem na pełen etat. Smoczek, pielucha i krzyk o trzeciej nad ranem to nie dla mnie.

Dziecko z wakacyjnej przygody

To był sierpień. Pojechałem nad morze z paczką znajomych, żeby odreagować stres po zerwaniu z dziewczyną, z którą i tak od dawna nic mnie nie łączyło. Tam poznałem Sylwię. Wpadła mi w oko od razu – długie nogi, sarkastyczny uśmiech, a do tego miała werwę. Zaczęliśmy rozmawiać drugiego wieczoru, przy ognisku. Nie pytała o przyszłość, nie udawała zakochanej. To mi pasowało.

– Jesteś z Warszawy? – zapytała, poprawiając włosy.

– Z okolic. Ty?

– Kraków. Czyli i tak się więcej nie zobaczymy, co? – uśmiechnęła się tak, że od razu wiedziałem, o co jej chodzi.

Nie mieliśmy planów, obietnic. Kilka wspólnych nocy i numer zapisany pod „Sylwia Morze”. Gdy wyjeżdżałem, byłem pewien, że temat się skończył.

Dwa miesiące później odebrałem telefon.

– Cześć. Nie wiem, czy pamiętasz, ale... jestem w ciąży.

Pamiętałem. I mimo że czułem, jak serce mi siada, powiedziałem tylko:

– No dobrze. Co planujesz?

Nie chciała niczego ode mnie, poza tym, żebym nie udawał, że mnie nie ma. Urodziła chłopca. Nazywa się Michał i widuję go raz na kilka miesięcy. Nie mamy więzi, ale przelewam alimenty, kupuję mu prezenty na urodziny. Sylwia ma swojego partnera. Czasem mam wrażenie, że Michał myśli, że to on jest jego ojcem. Może tak lepiej.

Związek, który nie przetrwał codzienności

Z Kingą byłem dwa lata. To miał być mój pierwszy poważny związek po dwudziestce. Mieszkanie wynajmowaliśmy razem, dzieliliśmy zakupy, sprzątanie i łóżko. Początkowo wszystko układało się świetnie – ona była opiekuńcza, trochę zazdrosna, ale potrafiła gotować tak, że człowiek chciał wracać do domu. Z czasem jednak zaczęły się zgrzyty. Mnie dusiła codzienność, ona marzyła o stabilizacji. Ja chciałem iść na piwo po pracy, ona o obrączce i dziecku.

– Przecież nie jesteśmy już dzieciakami – powiedziała pewnego wieczoru, siedząc przy stole z poważną miną. – Nie chcę żyć z kimś, kto wiecznie ucieka.

– A ja nie chcę być zmuszany do życia, którego nie wybrałem – odpowiedziałem, bardziej zmęczony niż zły.

Rozstaliśmy się na chwilę. Mieszkałem kątem u kolegi, próbowałem ułożyć sobie wszystko w głowie. Po trzech tygodniach Kinga zadzwoniła, że jest w ciąży. Wróciłem. Nie z miłości – z poczucia obowiązku.

Przez pierwsze miesiące się starałem. Kupowałem ubranka, składałem łóżeczko, chodziłem z nią na badania. Myślałem, że może damy radę. Niestety, kiedy urodziła się Ola, wszystko się rozpadło. Nie byłem gotowy. Dziecko płakało, ja wychodziłem z domu. Kinga krzyczała, że jestem nieodpowiedzialny, a ja czułem tylko, że się duszę. Po trzech miesiącach spakowałem rzeczy.

– Pieniądze będą co miesiąc, nie martw się – powiedziałem jej na pożegnanie.

Nie odpowiedziała. Dziś widuję Olę rzadko. Kinga nie ułatwia kontaktu, ale też jej się nie dziwię.

Jeszcze więcej chaosu

Monikę poznałem w pracy. Przyszła na zastępstwo, miała robić za asystentkę działu, ale szybko przestała być tylko koleżanką zza biurka. Była wesoła, wygadana i zaskakująco bezpośrednia. Po kilku miesiącach wspólnego flirtu, wyjazdu integracyjnego i niezręcznego pocałunku w kuchni firmy, zaczęliśmy się spotykać. Niby nikt się nie dowiedział, ale w pracy i tak ludzie plotkowali.

Z Moniką nie planowałem nic poważnego. Była po rozwodzie, miała już dziecko z poprzedniego małżeństwa i mówiła otwarcie, że nie chce się wiązać. Mimo to z czasem coraz częściej u niej nocowałem, gotowaliśmy razem kolacje, oglądaliśmy seriale, rozmawialiśmy o tym, jak bardzo oboje nie chcemy powtarzać starych błędów. I wtedy powiedziała mi, że jest w ciąży.

– Wiem, że to nie było planowane – zaczęła nieśmiało. – Ale nie chcę tego usuwać. Jeśli nie jesteś gotowy, poradzę sobie.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem już dwoje dzieci i jednocześnie żadnego, jeśli chodzi o realną obecność w ich życiu. Monika nie oczekiwała ślubu, deklaracji ani nawet wspólnego mieszkania. Chciała tylko, żebym był szczery.

– Nie będę ojcem, jakiego byś chciała – powiedziałem. – Ale nie ucieknę.

Urodził się Ignacy. Najspokojniejsze dziecko, jakie widziałem. Monika rzeczywiście nie robiła mi wyrzutów, choć czasem łapałem ją na smutnym spojrzeniu, kiedy szykowałem się do wyjścia, a mały płakał. Płacę alimenty, odwiedzam ich raz na jakiś czas. Mamy między sobą coś w rodzaju cichej umowy.

Spotkania z dziećmi

Staram się odwiedzać każde z dzieci raz na kilka miesięcy. To nigdy nie jest naturalne. Najtrudniej z Michałem – Sylwia nie naciska, ale za każdym razem, gdy przyjeżdżam, widzę w jego oczach niepewność. Jakby nie do końca wiedział, kim dla niego jestem. Zdarzyło się raz, że nazwał mnie „wujkiem” przy swoim ojczymie. Nie poprawiłem go.

Z Olą jest inaczej. Kinga wciąż żywi do mnie żal, co przekłada się na ograniczone spotkania. Raz, może dwa razy do roku, zabieram Olę do zoo albo na lody. Jest bystra i wygadana, ale nie do końca mnie zna. Przez pierwsze dwadzieścia minut zwykle się wstydzi, potem rozwiązuje jej się język.

– Czemu nie mieszkasz z nami? – zapytała kiedyś, patrząc na mnie spod czapki z Myszką Minnie.

– Bo mama i ja się nie dogadywaliśmy. Ale bardzo cię lubię, wiesz?

– Wiem. Tylko trochę cię nie pamiętam – odpowiedziała bez żalu, jakby mówiła o kimś obcym.

Najlepiej układa mi się z Ignacym. Może dlatego, że Monika nigdy nie grała dzieckiem przeciwko mnie. Czasem przychodzę do nich wieczorem, bawimy się klockami, oglądamy bajki. I wtedy łapię się na tym, że jest mi dobrze. Naprawdę dobrze.

– Zostaniesz do kolacji? – spytała mnie raz Monika, kiedy Ignacy zasnął.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziałem, patrząc na śpiącego syna.

Wyszedłem. Zawsze wychodzę. Tylko czasem, w środku nocy, zastanawiam się, czy nie jestem jednak tchórzem.

Nowa kobieta, stary scenariusz

Z Agnieszką poznaliśmy się na siłowni. Przypadek – podniosła mi hantle, które upuściłem, i rzuciła coś o tym, że trzeba uważać na własne stopy. Zaczęliśmy rozmawiać, potem spotykać się po treningach. Była niezależna, miała własną firmę, dwoje dorosłych już dzieci z poprzedniego związku i mówiła wprost, że nie interesują ją romanse bez przyszłości. Ja nie byłem pewien, czego chcę, ale jakoś mnie do niej ciągnęło.

Związek z nią był inny. Dorosły. Spokojny. Agnieszka nie oczekiwała deklaracji co tydzień, nie analizowała każdego słowa. Przez chwilę naprawdę myślałem, że to coś więcej niż zwykłe zauroczenie.

– Nie boisz się znowu wejść w coś poważnego? – zapytała kiedyś.

– Boję. Ale i tak tu jestem, prawda?

Rok było dobrze. A potem zaczęła rozmawiać o wspólnym mieszkaniu, wakacjach z jej rodziną, łączeniu finansów. Zacząłem czuć znajome napięcie w karku, to, które przychodzi zawsze, kiedy ktoś chce mnie wciągnąć głębiej, niż potrafię się zaangażować.

– Wiem, że miałeś trudne historie – powiedziała któregoś wieczoru, kiedy wyczuła, że coś się dzieje. – Ale ja nie jestem tamtymi kobietami.

– A ja jestem wciąż tym samym facetem – odpowiedziałem cicho.

Z Agnieszką rozstaliśmy się spokojnie. Bez kłótni, bez awantur. Powiedziała tylko, że nie chce być kolejnym epizodem w moim życiu. I rozumiem ją. Tyle że czasem sam się zastanawiam, czy w ogóle jestem zdolny do czegoś więcej niż epizody.

Najlepiej cicho i spokojnie

Mieszkam sam od trzech lat. Małe dwupokojowe mieszkanie w bloku z lat siedemdziesiątych. Trochę za ciasne, ale przynajmniej moje. Nikt mnie nie budzi w środku nocy, nikt nie zostawia zabawek na środku salonu, nikt nie płacze za ścianą. I nie mówię tego z dumą. Po prostu tak jest.

Każdego pierwszego przelewam alimenty. Mam w telefonie trzy numery zapisane jako „Mama Michała”, „Mama Oli” i „Monika”. Dzieci widuję rzadko, ale nie zapominam o ich urodzinach, kupuję prezenty, dzwonię na święta. Czasem, kiedy wracam z pracy, zastanawiam się, jakby to było mieć je wszystkie przy jednym stole. Michał pewnie patrzyłby z dystansem, Ola rozmawiałaby ze mną ostrożnie, a Ignacy... On może by się przytulił.

Nie jestem zły. Nie jestem też dobry. Nie zrobiłem niczego wyjątkowego, ale też nie uciekłem. Czy to wystarczy? Nie wiem. Może dla mnie tak. Żyję na własnych zasadach, choć czasem czuję, że te zasady są jak pancerz – chronią mnie, ale nie dają ciepła. Nie chcę już nikogo nowego. Nie mam siły uczyć się kolejnej osoby, budować czegoś, co i tak się rozpadnie.

Wieczorami siadam na balkonie z herbatą i patrzę na światła miasta. Cicho, spokojnie. I sam. Tak właśnie wygląda moje życie. Bez wrzasków, bez płaczu, bez mleka rozlanego na podłodze. Czasem z tęsknotą. Czasem z ulgą. Może kiedyś któryś z moich dzieciaków zadzwoni, tak po prostu, żeby pogadać. Będę czekał.

Adam, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama