„Nie lubię moich wnuków, bo krzyczą i wszystko niszczą. Może nie jestem najlepszą babcią, ale mam prawo do spokoju”
„To nie jest tak, że nienawidzę dzieci. Ja po prostu nie poznaję dzisiejszych dzieci. A może raczej – nie poznaję metod wychowawczych, które stosuje moja córka Aneta. Kiedy ona była mała, w naszym domu panowały jasne zasady”.

Kocham moją córkę nad życie i oddałabym za nią wszystko, ale kiedy patrzę na jej dzieci, widzę jedynie owoce kompletnego braku dyscypliny i roszczeniowości. Kiedyś marzyłam o zapachu ciasta i małych rączkach, teraz marzę o ciszy i zamku w drzwiach.
Lubię swoją ciszę
Zawsze wyobrażałam sobie moją starość w pastelowych barwach. Taki stereotypowy obrazek z reklamy funduszu emerytalnego: ja, siwa, zadbana pani w wełnianym swetrze, siedzę w ogrodzie, a wokół mnie biegają roześmiane wnuczęta. One łapią motyle, ja podaję im domową szarlotkę, a w tle śpiewają ptaki.
Przez całe życie ciężko pracowałam – najpierw w księgowości, potem prowadząc własne biuro rachunkowe – żeby na emeryturze mieć wreszcie czas. Czas na te wszystkie „babcine” rzeczy, na które moja własna matka nigdy nie miała siły. Rzeczywistość jednak uderzyła mnie w twarz z siłą rozpędzonego pociągu towarowego.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Nie czuję się stara. Chodzę na pilates dwa razy w tygodniu, należę do klubu dyskusyjnego w bibliotece i wreszcie mam ogród, który wygląda tak, jak w żurnalach. Moje róże to moja duma. Moja cisza to moje sanktuarium. I nagle w to wszystko wkracza huragan o imionach Kajetan lat 8 i Lena lat 5.
Męczą mnie
To nie jest tak, że nienawidzę dzieci. Ja po prostu nie poznaję dzisiejszych dzieci. A może raczej – nie poznaję metod wychowawczych, które stosuje moja córka Aneta. Kiedy ona była mała, w naszym domu panowały jasne zasady. Była miłość, było przytulanie, ale było też „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam” i „nie wolno”. Dziś słowo „nie” zostało wykreślone ze słownika w imię jakiegoś niezrozumiałego dla mnie, bezstresowego chowu, który w praktyce oznacza hodowanie małych dyktatorów.
Wszystko zaczęło się nawarstwiać miesiącami, jak kurz pod dywanem, którego nikt nie chce wymieść. Każda wizyta Anety i jej męża Pawła wyglądała tak samo. Wchodzili do mojego domu jak do hotelu all-inclusive.
– Cześć mamo, ale jestem wykończona – rzucała Aneta w progu, nawet nie zdejmując butów, po czym rzucała się na kanapę z telefonem w ręku.
Paweł zazwyczaj mruczał coś pod nosem i znikał na tarasie „zapalić”, co trwało godzinę. A dzieci? Kajetan i Lena nie wchodzili. Oni dokonywali inwazji. Pamiętam jedną z wizyt, trzy miesiące temu. Przygotowałam obiad. Pieczeń rzymska, którą Aneta uwielbiała w dzieciństwie, ziemniaczki z koperkiem, mizeria. Kajetan wbiegł do kuchni w brudnych butach, mimo moich próśb, by je zdejmować, bo mam jasne dywany, spojrzał na stół i skrzywił się z taką pogardą, jakby zobaczył tam martwego szczura.
– Co to jest za syf? – zapytał ośmiolatek.
Myślałam, że to żart
Zamarłam. Łyżka zawisła mi w połowie drogi do salaterki. Spojrzałam na Anetę, oczekując, że matka powie synowi, że tak się nie mówi do nikogo, a zwłaszcza do babci, która stała przy garach pół dnia. Aneta nawet nie oderwała wzroku od telefonu.
– Kajtuś, nieładnie – powiedziała tonem tak beznamiętnym, jakby komentowała pogodę. – Mamo, on nie lubi mięsa w takim sosie. Zrób mu frytki albo tosty. A Lena chce naleśniki z nutellą, ale tylko tą oryginalną, bo innej nie ruszy.
Stałam tam, czując, jak krew pulsuje mi w skroniach.
– Aneto – zaczęłam, starając się panować na drżeniem głosu. – To jest obiad. Nie prowadzę restauracji na życzenie. Kajetan właśnie nazwał mój wysiłek „syfem”.
– Oj mamo, nie przesadzaj – prychnęła, w końcu patrząc na mnie z irytacją. – Dziecko wyraża emocje. Jest szczery. Nie będę go traumatyzować karceniem za szczerość. A ty zawsze musisz robić problemy. Zrób im te tosty, co ci szkodzi? Masz chleb.
Zrobiłam tosty. Ze łzami w oczach, ze złością w sercu, ale zrobiłam. Bo to wnuki. Bo chciałam spokoju. To był błąd. Za każdym razem, gdy ustępowałam, przesuwałam granicę, którą oni deptali z uśmiechem na ustach.
Nie miałam wyjścia
Punktem zwrotnym był jeden z weekendów. Aneta i Paweł zostali zaproszeni na wesele przyjaciół. Oczywiście bez dzieci. Naturalnym założeniem było, że wnuki zostają u babci Lucyny. Nie zapytali mnie, czy mam plany. Po prostu oznajmili termin.
– Przywieziemy ich w piątek o 17, odbierzemy w niedzielę po południu – rzucił Paweł przez telefon.
– Ale ja w sobotę rano mam… – próbowałam wtrącić.
– Mamo, błagam cię. Nie mamy co z nimi zrobić. Przecież nie weźmiemy ich na wesele, a opiekunka kosztuje majątek. Jesteś ich babcią, to twój obowiązek spędzać z nimi czas – ucięła Aneta.
Zacisnęłam zęby i się zgodziłam, tłumacząc sobie, że może bez rodziców dzieci będą inne. Że może uda mi się do nich dotrzeć. To było piekło na ziemi. Lena, dostała histerii już godzinę po wyjeździe rodziców, bo nie pozwoliłam jej malować flamastrami po moim dębowym stole. Rzuciła się na podłogę, wrzeszcząc tak, że sąsiadka zza płotu przyszła zapytać, czy nikomu nie dzieje się krzywda. Kiedy próbowałam ją uspokoić i przytulić, ugryzła mnie w rękę do krwi. Mam bliznę do dziś.
Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Sobotnie popołudnie. Kajetan nudził się potwornie, bo w moim domu panuje zasada ograniczonego czasu przed ekranem. Zabrałam mu tablet po dwóch godzinach gapienia się w ekran.
– Oddaj mi to, ty stara wiedźmo! – wrzasnął.
Zrobił to złośliwie
Zignorowałam obelgę, choć serce pękło mi po raz kolejny, i zaproponowałam wyjście do ogrodu.
– Zobaczysz, Kajtek, babcia ma piękne róże, właśnie zakwitły. Pokażę ci, jak się je przycina, może zbudujemy szałas? – próbowałam go zainteresować światem realnym.
Wybiegł do ogrodu. Myślałam, że bawi się z psem. Wróciłam do kuchni nastawić wodę na herbatę. Kiedy wyszłam na taras dziesięć minut później, poczułam, jak nogi się pode mną uginają. Kajetan wziął sekator, który nieopatrznie zostawiłam na stoliku, i „przycinał” moje róże. Ale nie przycinał suchych gałązek. On ścinał wszystko przy samej ziemi. Moje angielskie róże, które hodowałam przez cztery lata. Moje hortensje. Wszystko leżało w strzępach na trawniku.
– Zobacz, zrobiłem porządek! – zaśmiał się szyderczo, patrząc mi prosto w oczy.
Widziałam w tym wzroku satysfakcję. On wiedział, że to kocham. Zrobił to specjalnie, w zemście za tablet. Po prostu usiadłam na schodach i płakałam nad tymi kwiatami jak nad trumną. Kajetan tylko wzruszył ramionami i wrócił do domu, włączając telewizor na cały regulator. Kiedy Aneta przyjechała w niedzielę, nawet nie przeprosiła.
– Mamo, to tylko kwiatki. Odrosną. A ty znowu robisz dramat. Dziecko eksperymentuje z narzędziami, powinnaś się cieszyć, że ma zdolności manualne.
Miałam dosyć
– On zniszczył to celowo. Z nienawiścią – powiedziałam cicho.
– Z jaką nienawiścią?! To dziecko! Masz urojenia na starość – rzuciła, pakując ich brudne ubrania.
Minął miesiąc. Rany w ogrodzie powoli się zabliźniały, te w moim sercu – nie bardzo. Kontakt ograniczyłam do minimum, tłumacząc się wizytami u lekarza. Ale zbliżały się wakacje. Wiedziałam, że to nadejdzie. Zadzwonili wieczorem. Nawet nie chcieli przyjść, załatwiali to przez telefon, na głośnomówiącym, pewnie jadąc samochodem.
– Cześć mamuś! Mamy super nowinę! – głos Anety był podejrzanie słodki. – Trafiła nam się okazja życia. Last minute na Bali. Dwa tygodnie w luksusowym hotelu, pół ceny! Wylatujemy 15 lipca.
Poczułam ucisk w żołądku. Wiedziałam, co będzie dalej.
– No, to gratuluję – powiedziałam chłodno. – Kto jedzie?
– No my, ja i Paweł! To hotel tylko dla dorosłych, zresztą musimy odpocząć od tego całego zgiełku – zaśmiała się nerwowo. – I tu wchodzisz ty, nasza kochana wybawicielka. Przywieziemy dzieciaki 14. wieczorem. Kajtek ma obóz piłkarski w ciągu dnia, więc trzeba go tylko wozić, a Lenka posiedzi z tobą w domu. Będziecie miały babski czas!
Odmówiłam jej
Cisza, która zapadła po mojej stronie słuchawki, musiała być ogłuszająca.
– Halo? Mamo? Jesteś tam? – zapytał Paweł.
– Jestem – odparłam, biorąc głęboki oddech. Patrzyłam przez okno na mój odrastający ogród. Na filiżankę kawy stojącą na idealnie czystym stole. Na moje życie, które wreszcie należało do mnie. – Nie.
– Co „nie”? – Aneta chyba nie zrozumiała.
– Nie zostanę z dziećmi. Nie wezmę ich na dwa tygodnie. Nie wezmę ich nawet na dwa dni.
– Żartujesz sobie teraz? – ton Anety zmienił się w ułamku sekundy z przymilnego w agresywny. – Już zapłaciliśmy zaliczkę! Nie możesz nam tego zrobić!
– Mogę i to robię. Twoje dzieci są niewychowane, agresywne i niszczą wszystko, czego dotkną. Ostatni weekend z nimi odchorowywałam przez tydzień. Kajetan zniszczył mój ogród z premedytacją, a Lena mnie ugryzła. Nie mam siły, nie mam zdrowia i, szczerze mówiąc, nie mam ochoty zajmować się dziećmi, które nie mają do mnie za grosz szacunku.
To, co usłyszałam potem, sprawiło, że ręka trzymająca telefon zaczęła mi dygotać. Aneta wpadła w szał.
– Jak możesz tak mówić o własnych wnukach?! Jesteś egoistką! Zawsze myślałaś tylko o sobie! Inne babcie marzą o tym, żeby spędzać czas z wnukami, biorą je na całe wakacje, gotują, bawią się! A ty? Ty wolisz te swoje głupie kwiatki i pilates! Jesteś wyrodną babcią!
Wpadła w szał
– Inne babcie mają wnuki, które mówią „dzień dobry” i nie nazywają obiadu „syfem” – odcięłam się, czując przypływ dziwnej, zimnej odwagi. – Wychowałam cię na porządną kobietę. Dałam ci wszystko, ale ty jako matka popełniasz błędy, za które ja nie zamierzam płacić swoim zdrowiem psychicznym. Wasz bezstresowy chów stworzył potwory. Jeśli chcecie lecieć na Bali, wynajmijcie profesjonalną nianię. Stać was.
– Nie zobaczysz ich więcej! – wrzasnęła do słuchawki. – Słyszysz? Nie masz wstępu do naszego domu, dopóki nie przeprosisz! Niszczysz rodzinę!
– To nie ja niszczę rodzinę. To brak zasad ją niszczy. Bawcie się dobrze na Bali, jeśli znajdziecie opiekę. Cześć.
Rozłączyłam się. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłam trafić filiżanką w spodek. Usiadłam w fotelu i czekałam na falę wyrzutów sumienia. Czekałam na ten głos w głowie, który powie: „Co ty narobiłaś, to twoja córka, to twoja krew”. Ale fala nie nadeszła. Zamiast tego poczułam ogromną, wszechogarniającą ulgę.
Obrazili się
Od tej rozmowy telefon milczy. Moje kuzynki dzwoniły, próbując wybadać teren, bo Aneta zdążyła już obdzwonić pół rodziny z wersją, że wyrzuciłam wnuki na bruk. Opowiedziałam im prawdę o sekatorze, o wyzwiskach, o pluciach jedzeniem. Niektóre były w szoku, inne przyznały mi rację po cichu, szepcząc, że też zauważyły, iż Kajetan jest trudny.
Czy jest mi smutno? Tak. Jest mi smutno, że moja relacja z córką zaszła w tak ślepy zaułek. Tęsknię za wizją bycia babcią, którą miałam w głowie. Ale tęsknię za wizją, a nie za tymi konkretnymi dziećmi w ich obecnym stanie.
Zrozumiałam coś ważnego, co może zabrzmieć kontrowersyjnie. Bycie babcią to rola, a nie wyrok. To przywilej, ale działa on w obie strony. Mam prawo do szacunku we własnym domu. Mam prawo do swoich granic. Mam prawo powiedzieć „nie”, kiedy moja miłość jest wykorzystywana, a moja dobroć brana za słabość. Nie wiem, czy Aneta się do mnie odezwie, ale wiem jedno – po raz pierwszy od lat piję kawę, która jest jeszcze ciepła, i nie boję się, że ktoś za moimi plecami właśnie demoluje mi życie.
Może jestem złą babcią w oczach świata. Ale jestem wreszcie dobrą dla samej siebie. A to, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, jest dla mnie ważniejsze niż bycie darmową instytucją opiekuńczą dla dzieci, których rodzice zapomnieli wychować.
Halina, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci spędziły ferie z teściową w Austrii. Po tym, co tam zaszło, przyszły Dzień Babci spędzi sama”
- „Zabrałem żonę i dzieci na luksusowe ferie w Alpy, by nadrobić stracony czas. Potraktowali mnie jak śmiecia”
- „W Dzień Babci teściowa odmówiła opieki nad wnukami. Powiedziała, że mają zły charakter po mamusi”