„Nie lubię walentynek, bo zawsze spędzam je sama. W tym roku chciałam odczarować fatum, ale historia lubi się powtarzać”
„Czy on właśnie zasugerował, że wyglądam tanio? W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka wielkości latarni morskiej. Powinnam wstać i wyjść, ale społeczna presja trzymała mnie na krześle. Wokół nas ludzie jedli, szeptali sobie czułe słówka”.

To miał być wieczór, który odczaruje moje miłosne fatum. Czerwona sukienka, droga restauracja i on – Emil, mężczyzna, który na zdjęciach wyglądał jak spełnienie marzeń każdej singielki po trzydziestce.
Byłam podekscytowana
Jestem samotna i nie lubiłam Walentynek od czasów, gdy w liceum jedyną kartkę z serduszkiem dostałam od wychowawczyni z litości. To zdanie powtarzałam sobie jak mantrę każdego roku, gdy tylko witryny sklepowe zaczynały ociekać czerwienią, a internet zalewała fala mdłych wyznań i zdjęć splecionych dłoni. W tym roku miało być inaczej – planowałam wieczór z pizzą z podwójnym serem i całkowitą izolację od świata zewnętrznego. Ale Zuza, moja najlepsza przyjaciółka i samozwańcza swatka, miała inne plany.
– Błagam cię – jęczała do słuchawki, gdy wieszałam pranie, próbując ignorować fakt, że jest czternasty lutego. – Emil to nie jest kolejny „Paweł z IT”, który na randkę przychodzi w sandałach. Widziałaś jego profil? Własna firma, pasjonat żeglarstwa. Daj mu szansę. Daj sobie szansę.
Zuza potrafiła być przekonująca, ale tym razem zadziałało coś innego: desperacja wymieszana z zazdrością. Tego ranka w pracy koleżanka, która od lat uprzykrzała mi życie pasywno-agresywnymi uwagami na temat moich raportów, paradowała po biurze z bukietem róż.
Był tak wielki, że ledwo zmieściła się z nim w windzie. Patrząc na jej tryumfalny uśmiech i słuchając, jak głośno opowiada o niespodziance, którą jej Misiek szykuje na wieczór, nie wytrzymałam. Nie chciałam być tą gorszą. Nie chciałam być tą, która wraca do pustego mieszkania, podczas gdy nawet kobieta o osobowości tarki do sera jest adorowana.
Zgodziłam się
Emil, brunet z lekkim zarostem, na zdjęciach w marynarce. Nasza konwersacja w aplikacji kleiła się nadzwyczaj dobrze. Pisał pełnymi zdaniami, używał interpunkcji, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością na wagę złota, i zaproponował najdroższą włoską restaurację w mieście.
Kiedy o 19 stałam przed lustrem, poprawiając ramiączko sukienki, czułam dziwny ucisk w żołądku. Mój instynkt, zazwyczaj wyczulony na kłopoty, krzyczał. Zignorowałam go, biorąc to za zwykłą tremę. To był pierwszy błąd. Dotarłam na miejsce pięć minut przed czasem. Restauracja pękała w szwach. Wszędzie pary, świece, cicha muzyka na żywo i zapach trufli mieszający się z drogimi perfumami. Czułam się dziwnie. Kelner zaprowadził mnie do stolika numer cztery – idealne miejsce przy oknie, z widokiem na oświetlony rynek. Emila nie było.
Kwadrans studencki to jedno. Pół godziny spóźnienia w Walentynki, bez żadnej wiadomości, to zupełnie co innego. Siedziałam tam, pijąc wodę, a każda minuta była jak uderzenie batem. Ludzie zaczynali zerkać. Czułam na sobie te litościwe spojrzenia. „Och, popatrz, wystawiona”. Przyszedł o 19:40. Bez kwiatka. Wszedł pewnym krokiem, jakby to on był właścicielem lokalu, a ja petentką czekającą na audiencję.
– Wybacz, mała – rzucił, siadając. – Biznes nie śpi, nawet w Walentynki. Klient z Dubaju dzwonił, rozumiesz, strefy czasowe.
Spóźnił się
Wyglądał lepiej niż na zdjęciach, co było irytujące. Miał ten rodzaj bezczelnej urody, która sprawia, że kobiety wybaczają zbyt wiele.
– Rozumiem – skłamałam, choć w środku się gotowałam. – Zamówiłam wodę.
Spojrzał na moją szklankę z pogardą.
– Wodę? Dzisiaj pijemy szampana. Kelner!
Sposób, w jaki pstryknął palcami na obsługę, sprawił, że przeszły mnie dreszcze wstydu. To nie była klasa. To była arogancja nuworysza, ale znowu – stłumiłam to. Przecież Agata z HR-u pewnie teraz pije najdroższe wino ze swoim Misiem. Nie mogłam być gorsza. Przez kolejnych czterdzieści minut dowiedziałam się wszystkiego o Emilu, nie mówiąc niemal słowa o sobie. Wiedziałam, ile koni mechanicznych ma jego nowe auto oraz jak bardzo jego matka nie docenia jego geniuszu.
– Widzisz, kobiety są teraz zbyt roszczeniowe – mówił, przeżuwając carpaccio. – Oczekują księcia, a same co oferują? Ty jesteś inna. Wydajesz się sensowna. Chociaż ta sukienka… odważna. Moja eks by takiej nie założyła. Ona miała klasę. Znaczy, nie to, że ty nie masz! – zaśmiał się, widząc moją minę. – Po prostu masz inny styl.
Oceniał mnie
Czy on właśnie zasugerował, że wyglądam tanio? W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka wielkości latarni morskiej. Powinnam wstać i wyjść, ale społeczna presja trzymała mnie na krześle. Wokół nas ludzie jedli, szeptali sobie czułe słówka. Nie chciałam robić sceny.
– A ty, czym się właściwie zajmujesz? – zapytał w końcu, zerkając na swój telefon leżący ekranem do dołu na stole. – Coś w papierach, tak?
– Jestem analitykiem danych w dużej korporacji – odpowiedziałam chłodno. – Tej samej, która ma biurowiec dwie ulice stąd.
– Nuda – skwitował, nie patrząc mi w oczy. – Ale stabilnie. Kobiety lubią stabilizację, co? Gniazdo i te sprawy.
Wtedy zauważyłam coś dziwnego. Jego telefon leżał na stole, ale Emil co chwilę przesuwał go o milimetr, nerwowo, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest. Dioda powiadomień mrugała co chwila na zielono. Ktoś do niego pisał z intensywnością karabinu maszynowego.
– Ktoś się do ciebie dobija? – zapytałam, próbując brzmieć swobodnie.
– A, to tylko kontrahenci. Mówiłem ci, Dubaj – machnął ręką, ale zauważyłam kroplę potu spływającą mu po skroni. W restauracji była klimatyzacja.
To było podejrzane
Sytuacja zmieniła się, gdy Emil poszedł do toalety. Zostawił na krześle wiszącą marynarkę. Wstając, zahaczył o nią tak, że spadła, a z kieszeni wysunął się telefon. Drugi telefon. Tak. Emil miał dwa telefony. Jeden zabrał ze sobą, drugi, wypadł mu właśnie z wewnętrznej kieszeni marynarki i wylądował na miękkim dywanie, pod krzesłem. Emil tego nie zauważył. Zniknął w kierunku łazienek.
Siedziałam przez chwilę, bijąc się z myślami. Nie jestem osobą, która grzebie w cudzych rzeczach. Szanuję prywatność, ale ten wieczór był jedną wielką farsą, a jego zachowanie śmierdziało na kilometr. Schyliłam się. Podniosłam telefon. Ekran rozświetlił się samoczynnie. Na tapecie nie było Dubaju. Było zdjęcie psa, buldoga francuskiego. Znałam tego psa. Widziałam go dzisiaj rano na tapecie komputera w moim biurze. To był pies Agaty z HR-u.
Serce podeszło mi do gardła. Spojrzałam na ostatnie powiadomienia. „Czemu nie odpisujesz na służbowy? Kochanie, martwię się. Wiem, że ta delegacja do Berlina jest ważna, ale to nasze pierwsze Walentynki od zaręczyn! Tęsknię. Róże są cudowne, ale wolałabym Ciebie…”.
Grałam w jego grę
Świat zawirował. Emil z aplikacji, architekt i singiel, był narzeczonym Agaty, która rano triumfalnie paradowała z różami, które on jej wysłał, żeby uciszyć sumienie, podczas gdy sam zabrał mnie – przypadkową dziewczynę z aplikacji – do restauracji, pewnie po to, by odreagować nudę stałego związku. I co gorsza – okłamał ją, że jest w Berlinie. To nie był już tylko nieudany wieczór. To była katastrofa nuklearna.
Mogłam uciec. Zostawić telefon i zniknąć, ale przypomniałam sobie pogardliwy ton Emila. Przypomniałam sobie też Agatę, która mimo swojego wrednego charakteru nie zasługiwała na bycie robioną w balona przez takiego narcyza. Żadna kobieta nie zasługiwała. W mojej głowie narodził się plan. Zimny i okrutny. Emil wrócił po pięciu minutach. Był wyraźnie rozluźniony, pewnie po uspokojeniu Agaty z drugiego telefonu w toalecie.
– No, już jestem. Przepraszam, sprawy wagi państwowej – uśmiechnął się szelmowsko, dolewając mi wina. – O czym to my… a, o mnie.
Odłożyłam jego tajny telefon na puste krzesło obok, przykrywając go serwetką, tak by go nie zauważył. Uśmiechnęłam się najsłodszym uśmiechem, na jaki było mnie stać.
Przejrzałam go
– Wiesz, Emil… Zastanawiałam się nad szczerością – zaczęłam, patrząc mu głęboko w oczy. – W dzisiejszych czasach to rzadkość. Ludzie kłamią. Wymyślają delegacje, ukrywają związki… To musi być męczące, prawda?
Drgnął. Jego pewność siebie zachwiała się na ułamek sekundy.
– Co masz na myśli?
– O, nic konkretnego. Tak ogólnie mówię. Nigdy nie byłeś w sytuacji, gdzie musiałeś lawirować? Na przykład między dwiema kobietami?
Zaczął się wiercić. Poprawił krawat.
– Co to za pytania? Jesteśmy na randce. Chcę się bawić, a nie filozofować. Jestem wolnym strzelcem. Żadnych zobowiązań.
– Oczywiście – przytaknęłam, biorąc łyk wina. – Żadnych zobowiązań. A Agata?
Cisza, która zapadła przy stoliku, była gęstsza niż sos w moim makaronie. Emil zbladł. Jego opalenizna z solarium nagle wydała się szara.
– Kto? – wykrztusił.
– Agata. Taka blondynka, pracuje w HR. Ma buldoga francuskiego. Lubi róże. Stu róż nie da się przeoczyć, wiesz?
Oszukał nie tylko mnie
Emil patrzył na mnie jak na zjawę. W jego oczach widziałam panikę. Procesor w jego głowie próbował połączyć kropki. Skąd wiem? Czy się znamy?
– Skąd ty ją znasz? – wyszeptał.
– Świat jest mały. Zwłaszcza korporacyjny świat w tym mieście.
– Słuchaj… to nie tak – zaczął standardową śpiewkę. – Z Agatą to jesteśmy w separacji. Ona sobie coś ubzdurała. Te róże to pożegnalne!
– Pożegnalne? – uniosłam brew. – Dziwne, bo przed chwilą pisała ci na ten drugi telefon, który wypadł ci z kieszeni, że tęskni i że to wasze pierwsze Walentynki od zaręczyn.
Emil zaczął gorączkowo klepać się po kieszeniach. Zrozumiał, że jest nagi. Całkowicie bezbronny.
– Oddaj mi telefon – syknął, a jego urok prysł jak bańka mydlana. Teraz widziałam tylko agresywnego, małego człowieczka. – To moja prywatna własność.
– Oddam – powiedziałam spokojnie. – Ale najpierw zapłacisz rachunek. Za wszystko. Za najdroższe wino, które sam zamówiłeś, za moje danie i za stracony czas.
– Jesteś wariatką – warknął, wyciągając portfel. Rzucił kartę na stół.
W tym momencie jednak stało się coś, czego nie przewidziałam. Coś, co sprawiło, że poziom dramatu wybił poza skalę.
Nakryła nas
Przy wejściu do restauracji rozległo się zamieszanie. Ktoś krzyczał. Odwróciłam głowę. W drzwiach stała Agata. W dresie, co było do niej niepodobne, z rozmazanym makijażem i telefonem w ręku. Jej wzrok błądził po sali jak radar namierzający cel.
– Emil?! – Jej krzyk przebił się przez gwar rozmów i brzdęk sztućców. Muzyka na żywo ucichła. Skrzypek dosłownie zamarł ze smyczkiem w powietrzu.
Emil skurczył się na krześle. Wyglądał, jakby chciał zniknąć pod obrusem. Ja natomiast poczułam dziwny spokój. Wiedziałam, co zaraz nastąpi. Agata ruszyła w naszą stronę jak taran. Przewróciła po drodze stojak z winem, ale nawet nie zwolniła. Dopadła do naszego stolika w trzy sekundy.
– Berlin?! – wrzasnęła, uderzając dłonią w stół tak mocno, że podskoczyły talerze. – Mówiłeś, że jesteś w Berlinie na spotkaniu z inwestorem! A ty siedzisz tu z…
Spojrzała na mnie. Jej oczy rozszerzyły się w szoku.
– Lidka?! Z księgowości?!
– Z analizy danych – poprawiłam ją odruchowo. – Cześć, Agata.
To był ten moment absolutnego absurdu. Mój biurowy koszmar i ja, przy jednym stoliku, z facetem, który oszukiwał nas obie, choć mnie tylko przez godzinę. Agata przeniosła wzrok z powrotem na Emila. Była czerwona ze wściekłości.
– Zdradzasz mnie z Lidką? Z tą szarą myszą z open space’u?!
Auć. Nawet w takiej chwili musiała być wredna.
Chciała poznać prawdę
– Agata, kochanie, uspokój się, ludzie patrzą – błagał Emil, próbując wstać i złapać ją za rękę. – To spotkanie biznesowe! Lidka mi pomagała z podatkami!
– W Walentynki?! W czerwonej sukience?! Przy świecach?! – Agata nie kupowała jego bzdur. Chwyciła kieliszek z winem i chlusnęła mu zawartością prosto w twarz.
Czerwony płyn spłynął po jego idealnej białej koszuli. Sala zamarła w ciszy, by po sekundzie wybuchnąć szeptami. Ktoś nagrywał to telefonem. Wiedziałam, że rano będziemy gwiazdami lokalnego internetu. Emil stał, ociekając winem, i wyglądał jak zmokły pudel. Agata dyszała ciężko, a w jej oczach pojawiły się łzy. Wstałam powoli. Wzięłam torebkę.
– Myślę, że macie sobie sporo do wyjaśnienia – powiedziałam, patrząc na nich z góry. – Emil, rachunek nadal na ciebie. Agata… – zawahałam się. Mimo wszystko, było mi jej żal. – On nie jest tego warty. Serio. A ten drugi telefon leży na krześle. Sprawdź SMS-y od Moniki z siłowni. Widziałam powiadomienie, zanim go schowałam.
To był strzał w dziesiątkę. Emil zbladł jeszcze bardziej, a Agata rzuciła się na ukryty aparat. Nie czekałam na dalszy rozwój wypadków. Wyszłam z restauracji z podniesioną głową, słysząc za plecami kolejną falę krzyków.
Byłam z siebie dumna
Wsiadłam do taksówki, trzęsąc się z adrenaliny. Moje ręce drżały, ale w środku czułam dziwną lekkość. Wybrałam numer Zuzy.
– I jak? I jak?! Jest cudownie? Całujecie się? – krzyczała do słuchawki.
– Zuza – powiedziałam, patrząc na mijane światła miasta. – Zamawiaj pizzę. Mam ci do opowiedzenia historię, po której skasujesz aplikacje randkowe do końca życia.
Tamtego wieczoru, jedząc pizzę w dresie i zmywając makijaż, zrozumiałam jedno. Walentynki mogą być koszmarem. Samotność bywa bolesna. Ale nic nie jest gorsze od bycia z kimś, kto sprawia, że czujesz się nikim.
Następnego dnia w biurze panowała dziwna cisza. Agaty nie było – wzięła urlop na żądanie, ale na jej biurku nie było już zdjęcia buldoga. Ktoś powiedział, że zerwała zaręczyny. A ja nadal jestem samotna i nadal nie lubię Walentynek, ale przynajmniej wiem, że moja godność jest warta więcej niż najdroższa kolacja w mieście.
Lidia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Jestem bogata, zapracowana i obojętna na los rodziców. Wszystko zawdzięczam sobie, więc nic im nie jestem winna”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”
- „W ferie stawałem na głowie, żeby wymyślać atrakcje dla rodziny, a oni tylko marudzili. Wreszcie dotarła do mnie prawda”