Reklama

Nigdy nie byliśmy zamożni, ale żyliśmy skromnie i wystarczało nam na podstawowe potrzeby. Mieliśmy swoje marzenia, ale raczej trzymaliśmy się realiów. Moja żona zawsze pragnęła, by jej rodzina zobaczyła, że wyszła na swoje. Choć zazwyczaj zachowywała rozsądek, w grudniu coś się w niej zmieniło. Zbliżała się Wigilia, którą mieliśmy wyprawić u siebie po raz pierwszy. Z początku myślałem, że chodzi tylko o dobre jedzenie i ładny obrus. Nie miałem pojęcia, że postanowi wziąć kredyt, by wyprawić święta życia. Dla innych. Nie dla nas.

Od listopada jak nakręcona

Zimą nasz dom zawsze był trochę smutniejszy. Krótkie dni, rachunki za ogrzewanie, a w tym roku jeszcze i ta Wigilia. Żona, Weronika, od początku listopada chodziła jak nakręcona. Przeglądała katalogi z meblami, wysyłała mi zdjęcia ozdób, które „koniecznie musimy mieć”. Twierdziła, że raz w życiu możemy sobie pozwolić na coś więcej, skoro w tym roku to my jesteśmy gospodarzami.

– Musimy zrobić dobre wrażenie. Moja mama od lat myśli, że mieszkamy w klitce – mówiła z wyrzutem, jakby to był mój osobisty wybór.

– Ale to przecież tylko Wigilia. Przecież chodzi o to, żeby być razem – próbowałem ją uspokajać.

– Taaa… Łatwo ci mówić. Twoja matka nie ocenia cię przy każdym spotkaniu.

Nie było sensu się kłócić. Wiedziałem, że Weronika czuje presję. Od zawsze miała coś do udowodnienia swojej rodzinie. Że dobrze wyszła za mąż. Że jest zaradna. Że ma życie lepsze niż jej siostra, która mieszkała w nowoczesnym apartamencie i co chwilę wrzucała zdjęcia z wakacji. Tylko że my takich pieniędzy nie mieliśmy. Nawet na nowy stół trzeba by oszczędzać miesiącami. Myślałem, że odpuści, że znajdziemy jakiś kompromis. Nie wiedziałem jeszcze, że zamiast kompromisu będzie... decyzja podjęta za moimi plecami.

Zastaw się, a postaw się

Kilka dni później zobaczyłem pierwszą paczkę pod drzwiami. Duży karton, logo znanej marki meblowej. Myślałem, że to pomyłka. Może ktoś się pomylił z adresem. Weronika tylko wzruszyła ramionami.

– Zrobiłam małe zakupy. Przecież trzeba jakoś wyglądać – rzuciła z udawaną lekkością.

Nie była to jedna paczka. Przez kolejne dni kurierzy zjawiali się niemal codziennie. Krzesła, lampy, zastawa stołowa. Nawet nowy dywan. Zapytałem ją w końcu, jakim cudem nas na to wszystko stać.

– Spokojnie. Wzięłam mały kredyt. Nisko oprocentowany. Spłacimy bez problemu – powiedziała takim tonem, jakby chodziło o kupno chleba.

Zrobiło mi się gorąco. Nie zapytała mnie. Nie omówiła tego ze mną. Po prostu postanowiła.

– Kredyt? Na święta? Czy ty siebie słyszysz? – próbowałem zachować spokój, ale czułem, że zaraz wybuchnę.

– Robię to dla nas. Żebyśmy nie musieli się wstydzić. Żeby twoja matka w końcu uznała, że jestem kimś – powiedziała cicho, ale stanowczo.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Weronika nie była rozrzutna na co dzień. Przeciwnie – potrafiła liczyć każdy grosz, ale teraz chyba postradała rozum. Chciała zabłysnąć. Pokazać wszystkim, że jej życie jest lepsze niż w rzeczywistości. Problem w tym, że to nie była prawda. I miało to kosztować więcej, niż się spodziewała.

Nikt nie wiedział, że to fasada

Wigilia była jak z reklamy. Stół uginał się od potraw, choinka migotała światełkami, a w tle cicho grały kolędy z głośników bluetooth, które też oczywiście były nowe. Weronika wyglądała jak gwiazda – elegancka sukienka, fryzura zrobiona u stylisty fryzur, makijaż zrobiony przez profesjonalistkę. Wszystko perfekcyjne. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Goście byli pod wrażeniem. Teściowa uśmiechała się z uznaniem, szwagierka kręciła głową z niedowierzaniem, zachwycona tym, jak się urządziliśmy. Weronika zbierała komplementy jak odznaki – uśmiechnięta, rozpromieniona, dumna.

– Widać, że dobrze wam się wiedzie – rzuciła jej siostra, z lekkim przekąsem, ale bez złośliwości.

– Cóż, ciężka praca się opłaca – odpowiedziała Weronika, nie mrugając okiem.

A mnie ścisnęło w żołądku. Bo przecież to wszystko było na kredyt. Święta, które miały być ciepłe i rodzinne, stały się pokazem. Te wszystkie rzeczy, które mieliśmy na stole i wokół niego – nie należały do nas naprawdę. Były pożyczone na długie miesiące, a może i lata. W oczach żony zobaczyłem radość. Ale nie taką prawdziwą, tylko tę chwilową, jaką daje uznanie innych. Nikt nie zapytał, czy mamy z czego to spłacić. Nikt nie pomyślał, że to tylko fasada. Wszyscy byli zachwyceni, a ja czułem się coraz mniejszy w tym pięknym, sztucznie oświetlonym salonie.

Coś między nami zgasło

Gdy tylko zgasły ostatnie światełka choinki i z kuchni zniknęły resztki świątecznych potraw, rzeczywistość wróciła z pełnym impetem. Spokojne dni między świętami a Sylwestrem upłynęły pod znakiem liczenia. Rachunków, rat i nerwów. Weronika siedziała przy kuchennym stole z notesem, laptopem i miną księgowej. Ja w tym czasie próbowałem się skupić na pracy zdalnej, ale trudno było ignorować westchnienia i chrząknięcia zza moich pleców.

Musimy zacisnąć pasa. Trochę potrwa, zanim to ogarniemy – powiedziała w końcu.

– Ile dokładnie? – zapytałem, nie odwracając się od ekranu.

– No... jak dobrze pójdzie, dwa lata.

Odwróciłem się. Dwa lata? Dwa lata spłacania kredytu za kolację wigilijną i kilka mebli?

– Weronika, my nie mieliśmy nawet tylu oszczędności, żeby wymienić lodówkę, jak się popsuła. A ty wzięłaś kredyt, jakbyśmy zarabiali po dziesięć tysięcy miesięcznie!

Zamilkła. Chwilę później wstała i wyszła z kuchni. Nie było krzyków. Nie było scen. Ale od tej chwili coś między nami zgasło. Czułem żal, ale nie tylko do niej. Do siebie też. Że nie byłem wystarczająco stanowczy, że pozwoliłem jej działać w ten sposób. Przespaliśmy moment, w którym mogliśmy jeszcze wybrać rozsądek. Teraz zostaliśmy z długiem i coraz bardziej milczącym domem.

Oszukaliśmy samych siebie

Minęły tygodnie, a między mną a Weroniką narastała cisza. Nie było już rozmów przy kolacji, wspólnego oglądania seriali, śmiechu. Były tylko pytania o stan konta i ciche przekładanie papierów z jednej kupki na drugą. Czasem łapałem się na tym, że unikałem jej wzroku. Jakbyśmy oboje wstydzili się tego, co się wydarzyło. Raty przyszły szybko. Pierwsza, druga, trzecia. Każda bolała bardziej. Co miesiąc trzeba było z czegoś zrezygnować. Najpierw z wyjazdu na ferie, potem z remontu łazienki, który odkładaliśmy od lat. Nawet obiady stawały się coraz skromniejsze. Weronika wciąż się starała. Gotowała, prasowała, planowała wydatki co do grosza. Ale jej twarz rzadko się już rozjaśniała. Jakby nosiła na barkach nie kredyt, ale winę.

– Myślisz, że nigdy mi tego nie zapomnisz? – zapytała któregoś wieczoru, siedząc w ciemnym salonie.

– To nie o zapominanie chodzi – odpowiedziałem cicho. – Chodzi o to, że czuję się, jakbyśmy oszukali samych siebie. I za to płacimy.

Nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową, jakby to wszystko już wiedziała. Może i wiedziała. Może już w chwili, gdy podpisywała umowę kredytową, czuła, że robi coś, co zostawi ślad. Najgorsze było to, że nikt z jej rodziny nawet nie wspomniał o tej „idealnej” Wigilii. Nikt nie zapytał, jak sobie radzimy. Nie pamiętali może nawet, co jedli. A my... my zapamiętamy to na długo. W zupełnie inny sposób.

Zrozumieliśmy coś ważnego

Minął ponad rok, a kredyt wciąż był z nami. Zmniejszył się, to prawda. Ale nie tylko. Zmniejszyła się też nasza beztroska, bliskość, lekkość codzienności. Przestałem wierzyć, że jeden wieczór może coś zmienić na lepsze, jeśli jest zbudowany na fałszu. Weronika chyba też to zrozumiała, choć nigdy nie przyznała się do błędu wprost. Kiedyś, wracając z pracy, usłyszałem, jak mówi przez telefon do swojej przyjaciółki:

– Wiesz, zrobiłabym to inaczej. Teraz już wiem, że to nie rzeczy robią wrażenie. Tylko relacje. Ale wtedy... wtedy byłam głupia.

Zatrzymałem się w przedpokoju i nie wszedłem do salonu. Pozwoliłem jej dokończyć rozmowę, a sobie – usłyszeć coś, co choć trochę złagodziło żal. Zbliżały się kolejne święta. Tym razem powiedzieliśmy rodzinie, że nie organizujemy Wigilii. Zrobimy ją tylko we dwoje. Skromnie. Z pierogami i barszczem z torebki, jeśli będzie trzeba, ale bez udawania. Nie wiem, ile czasu zajmie nam odbudowanie zaufania. Może jeszcze długo. Może nie do końca się uda, ale zrozumieliśmy coś ważnego – że dom to nie jest nowy stół i lampki na kredyt. To rozmowy, wsparcie i bycie ze sobą nawet wtedy, gdy jest trudno. Weronika już nie mówi o tym, co „powinniśmy mieć”. A ja staram się zrozumieć, co ją wtedy pchnęło do takiej decyzji. Bo każdy czasem chce zabłysnąć. Tylko nie wszyscy wiedzą, jaką to ma cenę.

Michał, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama