„Nie mogłam zamieszkać w wiejskim domu po babci, chociaż był mój. Wszystko przez sekret zabrany do grobu”
„Wyjechałam na weekend, by zobaczyć dom, który dostałam w spadku po babci. Miałam spędzić tam kilka dni. Tymczasem już pierwszej nocy nie mogłam zmrużyć oka. Coś było nie tak. Coś wisiało w powietrzu. Jakby ten dom nie chciał mnie wpuścić do środka”.

- Redakcja
Gdy babcia zmarła, nikt nie przypuszczał, że zostawi mi dom. Byłam jedyną wnuczką, ale nasz kontakt urwał się kilka lat temu, z powodów, których wtedy sama nie rozumiałam. Kiedy dostałam informację o spadku, poczułam ulgę – życie w mieście było drogie, a perspektywa własnego kąta na wsi wydawała się ratunkiem. Ktoś, lub coś, pokrzyżował jednak moje plany.
Powrót na wieś
Zajechałam na podwórko późnym popołudniem. Było cicho. Tak cicho, że usłyszałam własne serce bijące szybciej, niż powinno. Ten dom wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam z dzieciństwa – szary, z niskim dachem, lekko przekrzywioną werandą i skrzypiącą furtką. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz wyjdzie z niego babcia, otrzepując dłonie z mąki, i zapyta, co tak późno.
Zamiast niej powitał mnie zapach wilgoci i starości. Klucze miałam od notariusza, weszłam więc ostrożnie, niemal jak złodziej. Wnętrze wyglądało, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę – kubek z zaschniętą herbatą, gazetka z zeszłego tygodnia, porozrzucane zeszyty z przepisami.
Usiadłam na skrzyni przy piecu i przez chwilę tylko patrzyłam. Było w tym miejscu coś znajomego, ale też coś obcego. Czułam się jak intruz. Wiedziałam, że dom ma swoją duszę. I że ta dusza mnie obserwuje. Nie wiem, skąd ta myśl. Po prostu przyszła nagle i została. Próbowałam ją odegnać, zajmując się rozpakowywaniem torby.
– Tylko parę dni – powiedziałam do siebie cicho. – Zobaczę, ogarnę i zdecyduję.
Tyle że dom już chyba zdecydował za mnie.
Listonosz i koperta pachnąca różami
Obudziło mnie pukanie. Było ledwo po ósmej. Zaspana, z rozwianymi włosami i zmarzniętymi dłońmi, otworzyłam drzwi. Przed progiem stał listonosz – mężczyzna w średnim wieku, w pogniecionej kurtce i z torbą, która wyglądała na starszą ode mnie.
– Pani po Jadwidze? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.
– Tak. Jestem jej wnuczką.
Skinął głową i wyjął z torby kilka kopert. Wśród nich była jedna grubsza, zaadresowana odręcznie. Bez znaczka, bez pieczątki.
– Ta leżała w skrzynce. Właściwie to od kilku dni ją przynosiłem i odnosiłem. Nie było wiadomo, co z nią zrobić.
– Dziękuję – odpowiedziałam niepewnie, biorąc list.
Nie otworzyłam go od razu. Leżał na stole, a ja patrzyłam na niego jak na coś nie na miejscu. Zwykła koperta, a jednak wywoływała niepokój. Przez kolejne godziny krążyłam wokół niej, jakby była niebezpieczna. W końcu usiadłam, przecięłam papier i... nic. Była pusta. Tylko zapach na niej został – lekko różany, taki, jakim pachniała babcia. Spojrzałam na drzwi wejściowe. Były zamknięte. Na pewno?
„Babka miała swoje tajemnice”
Zawsze uważałam, że wspomnienia to tylko obrazy. Myliłam się. To był zapach, który uderzył mnie, kiedy otworzyłam drzwi do spiżarki. Różany, słodkawy, ale jakby przełamany czymś... metalicznym. Wciągnęłam powietrze głębiej, próbując uchwycić źródło, ale już się ulotnił. W spiżarce stały równo poukładane słoiki, niektóre z datami sprzed dziesięciu lat. Słoje z konfiturami, ogórki, kompoty. Tyle że jeden regał był pusty.
Kiedy byłam dzieckiem, babcia zawsze zamykała tę część spiżarki na klucz. Mówiła, że tam trzyma najcenniejsze przetwory. Nigdy nie chciała ich pokazać. Teraz klucza nie było, ale drzwi były uchylone. Weszłam. Na podłodze stał pusty słoik. Tylko tyle. Ale jego zakrętka miała zaschnięte, czerwone plamy. Podeszłam bliżej. Pachniało jak róże...
Wieczorem zadzwoniła sąsiadka – pani Zofia. Miała głos zduszony, jakby się wahała.
– Dziecko, czy ty naprawdę chcesz tam zostać na noc?
– Tak, a czemu miałabym nie chcieć?
Zamilkła na dłuższą chwilę, po czym rzuciła:
– Babka miała swoje tajemnice. Lepiej, żebyś nie węszyła. Jedna już węszyła. I zniknęła.
Nie zapytałam kto. Wtedy jeszcze nie miałam odwagi.
Cień kobiety w kuchni
Zeszłam do kuchni po wodę. Była trzecia w nocy. Dom był cichy, jakby wstrzymał oddech. Światło z lodówki rzuciło długi cień na ścianę naprzeciwko. Zanim zamknęłam drzwiczki, kątem oka zobaczyłam coś, co sprawiło, że serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy. W odbiciu szklanej szyby piekarnika widniała kobieca sylwetka. Odwróciłam się gwałtownie. Nikogo nie było.
Stanęłam pośrodku kuchni i wstrzymałam oddech, nasłuchując. Podłoga nie skrzypnęła. Krzesło nie poruszyło się. Nic. A jednak miałam wrażenie, że ktoś tam był. I że patrzył. Usiadłam przy stole i położyłam dłonie na blacie, jakby to miało mnie uziemić. Wtedy zauważyłam ślady. Smugi palców na kurzu, ciągnące się od kredensu do drzwi spiżarki. Wstałam, przetarłam je ręką, jakby to mogło cofnąć to, co już zobaczyłam.
Następnego dnia znów zadzwoniła pani Zofia.
– Jak się spało?
– Niezbyt dobrze – przyznałam, siadając na schodkach przed domem. – A wie pani coś o tej kobiecie, która... zniknęła?
– Więcej niż powinnam. Ale już raz mówiłam. Nie węsz. Ten dom... on pamięta. I nie lubi, kiedy się w nim grzebie.
Poczułam chłód, choć słońce grzało w twarz.
Dziewczyna ze zdjęcia
Pod poduszką w sypialni babci znalazłam stare zdjęcie. Wyblakłe, nadpalone w rogu, jakby ktoś próbował je kiedyś zniszczyć. Przed domem stała kobieta. Młoda, z rudymi włosami i szerokim uśmiechem. Nie była to babcia. Z tyłu zdjęcia ktoś napisał: „Stefania – 1974”. Zaniepokojona pokazałam je pani Zofii, gdy przyszła do mnie z słoikiem ogórków. Spojrzała, zmarszczyła czoło i szepnęła:
– Nie powinnaś była tego ruszać.
– Kim ona była?
– Pomocnica. Mieszkała u was przez jakieś dwa lata. A potem… po prostu przepadła. Babka powiedziała, że dziewczyna wyjechała do Niemiec. I wszyscy w to uwierzyli, bo nikt nie chciał myśleć inaczej. Tylko że Stefania zostawiła wszystko – ubrania, dokumenty, nawet torebkę.
Po powrocie długo patrzyłam na zdjęcie. Rysy twarzy Stefani były znajome. Zbyt znajome. W lustrze, obok swojego odbicia, widziałam przez ułamek sekundy... jej twarz. Tak mi się przynajmniej wydawało. Tego wieczoru spakowałam się i wyjechałam.
Nie potrafię tam wrócić
Od tamtej nocy nie wróciłam do domu babci. Klucze zostawiłam w skrzynce pocztowej, a wszystkie dokumenty przekazałam pośrednikowi. Dom jest na sprzedaż. Wiem, że się zmarnuje. Wiem, że babcia pewnie by tego nie chciała. Ale ja nie potrafię tam wrócić. Nie chodzi o duchy. Nie wierzę w nie. Chodzi o coś bardziej przyziemnego – o ciężar, którego nie jestem w stanie unieść. Coś się tam wydarzyło. Coś, co nigdy nie zostało nazwane. I co lepiej, żeby takie zostało.
Czasem śni mi się babcia, jak otwiera spiżarkę i uśmiecha się do kogoś w środku. Śni mi się, że mówi: „To musiało zostać między nami”. Budzę się wtedy z dłonią na gardle, jakby ktoś mnie uciszał. Nie każda historia musi mieć zakończenie. Nie każda prawda powinna wyjść na jaw. Nie każdy dom nadaje się do mieszkania.
Nina, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W podróż poślubną mieliśmy lecieć na narty do Szwajcarii. Przez głupi błąd zamiast w Alpach, wylądowaliśmy w Radomiu”
- „Przez lata żyłem samotnie, a zimą tulił mnie tylko ciepły koc. Na starość znalazłem kogoś, kto ogrzał moje serce”
- „Dałem synowi kasę, by rozwinął własny biznes. Teraz patrzę bezradnie, jak jego nowa panna chce go puścić w skarpetkach”