Reklama

Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy ferie. Takie prawdziwe – z wyjazdem, z pakowaniem walizek, z podekscytowaniem Filipa i planowaniem Julii, co zabrać, a co zostawić. U nas ferie to herbata z cytryną, koc, telewizor, czasem planszówka. I tyle. Nie narzekam. Po prostu tak jest. Rano wstaję o piątej. Cicho, żeby nie obudzić dzieci. Szybka toaleta, kawa w termos, kanapki do szkoły, śnieg z samochodu. Praca w szpitalu. Potem zakupy, apteka, pranie. Powtarzalność. Czasem myślę, że moje życie to jeden wielki grafik, w którym wszystko jest przewidywalne – oprócz emocji mojej córki. Julia ma siedemnaście lat i jest dojrzalsza niż powinna. Filip ma dziesięć i jeszcze wierzy, że wszystko da się naprawić uśmiechem. A ja? Ja po prostu trzymam to wszystko w kupie. Wczoraj przy kolacji Filip zapytał:

– A mamo, pojedziemy gdzieś w ferie?

Uśmiechnęłam się, ale ten uśmiech był pusty.

– Może innym razem, kochanie.

Julia nie odezwała się ani słowem. Tylko spojrzała w talerz. A ja znowu poczułam to znajome ukłucie. Bo noszę w sobie coś, czego nikt nie powinien nosić samotnie. Sekret. Obietnicę. Kłamstwo, które wciąż udaje prawdę. I wtedy – jakby los wiedział, kiedy uderzyć – dostałam wiadomość od niej. Od Anny. Mojej siostry.

Bałam się, co chce powiedzieć

Mail od Anny przyszedł nagle. Bez żadnego „co słychać?”, bez wstępu, bez zdjęć dzieci, których nawet nie mam prawa znać. Kilka zdań, jakbyśmy rozmawiały wczoraj, a nie osiem lat temu: „Agnieszko, chcę was zobaczyć. Przyjedźcie do mnie na ferie. Wszystko opłacę. Tylko przyjedźcie”. Siedziałam na brzegu łóżka z telefonem w ręku i nie mogłam przestać czytać. W kółko. To „chcę was zobaczyć” – jakbyśmy wciąż były rodziną, jakby to wszystko, co się między nami wydarzyło, nie miało znaczenia. A przecież miało. Bałam się. Nie tylko tego, co Anna chce powiedzieć, ale że może powiedzieć wszystko. Że spojrzy Julii w oczy i powie: „to ja cię urodziłam”. Bo przecież ma do tego prawo. Tylko że ja... ja nie wiem, co wtedy zrobię. Wieczorem zebrałam się na odwagę. Julia siedziała w kuchni, przeglądała coś na laptopie. Usiadłam naprzeciwko i powiedziałam najłagodniej, jak umiałam:

– Dostałam wiadomość od… cioci Anny.

– Cioci? Jakiej cioci?

– Mojej siostry. Mieszka w Austrii. Zaprasza nas na ferie.

Julia zmarszczyła brwi.

– Masz siostrę? Dlaczego ja o niej nigdy nie słyszałam?

Zawahałam się.

– To… trudna historia. Kiedyś byłyśmy blisko. Potem kontakt się urwał.

– Czyli teraz nagle się znalazła i zaprasza nas do siebie?

– Tak. Może chce nadrobić stracony czas.

Julia milczała. Widziałam w jej oczach nieufność. I żal. Może nawet więcej, niż chciała pokazać. A ja wiedziałam, że ta podróż to jak rozbrojenie bomby. Tyle że nie wiem, który przewód przeciąć, żeby nie wybuchła.

Było mi strasznie niedobrze

Do Austrii jechaliśmy w ciszy. Filip zasnął z głową na moim ramieniu, Julia słuchała muzyki. A ja liczyłam przystanki jakby każdy przybliżał mnie do czegoś, przed czym całe życie uciekałam. Było mi niedobrze. Nie wiem, czy z powodu jazdy, czy nerwów. Anna czekała na nas na dworcu. Uśmiechnięta. Jakbyśmy ostatni raz widziały się tydzień temu. Podbiegła do mnie, przytuliła mnie mocno. Zbyt mocno.

– Tęskniłam – powiedziała. – Naprawdę.

Julia obserwowała nas uważnie. Z dystansem. To nie był jej świat. To była kobieta, o której istnieniu dowiedziała się kilka dni wcześniej, a teraz miała u niej spędzić ferie. Dom Anny był nowoczesny, jasny, elegancki. Czułam się tam jak gość z innego świata. Dla Filipa wszystko było nowe i ekscytujące. Julia – przeciwnie. Chodziła ostrożnie, nie rozpakowywała walizki. Kolacja pierwszego wieczoru była sztywna. Anna się starała – gotowała, podsuwała desery, zadawała pytania. Filip był zachwycony. Julia milczała. W końcu zapytała:

– Dlaczego nie mamy żadnych zdjęć z tobą, ciociu? Mama trzyma wszystkie rodzinne zdjęcia…

Anna spojrzała na mnie. Zamarłam.

– To skomplikowane – powiedziała w końcu.

– Julia, zostawmy to na inny czas – wtrąciłam się szybko.

– Czemu zawsze wszystko jest „na inny czas”? – rzuciła Julia ostro i wstała od stołu.

Wtedy zrozumiałam, że wszystko, co tłumiłam przez lata, zaczyna wypływać. I że Julia jest bliżej prawdy, niż mi się wydawało.

Julia wszystko usłyszała

W nocy nie mogłam spać. Słyszałam, jak Julia kręci się w pokoju, jak zsuwa roletę, jak przestawia krzesło. Sama chodziłam w kółko po kuchni, parząc melisę, której i tak nie wypiłam. Anna zeszła nad ranem. W bluzie, boso, z rękami w kieszeniach.

– Musimy porozmawiać – szepnęła.

Skinęłam głową. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Jak kiedyś. Tylko że kiedyś było inaczej. Kiedyś była nadzieja, że wszystko się ułoży.

– Julia ma prawo wiedzieć – zaczęła Anna. – Nie możemy jej dłużej oszukiwać.

– Anna, nie mów tak. Ja ją wychowałam. Od początku była moja. Nie zna innego świata. Nie rozumiesz, co to znaczy…

– Rozumiem. Dlatego ci ją oddałam.

Te słowa rozorały mnie od środka. Bo były prawdziwe. Bo przypomniały mi tamtą noc, kiedy siedziałyśmy z nią na szpitalnym łóżku. Ona z ledwością pełnoletnia, ja z podpisanymi papierami. Bo rodzice bali się „wstydu”.

– Kocham ją jak swoje dziecko – wyszeptałam.

– Ale nie jesteś jej matką.

Wtedy usłyszałyśmy kroki. Julia stała w drzwiach. Blada, z rozszerzonymi oczami. Wiedziałam, że słyszała wszystko.

– O czym wy do cholery mówicie? – zapytała cicho, ale stanowczo.

Zamarłyśmy.

– Słyszałam. Powiedziałaś: „nie jesteś jej matką”. Co to znaczy?

– Julia, ja ci wszystko później wytłumaczę… – zaczęłam, ale ona uniosła rękę.

– Nie! Teraz!

Spojrzałam na Annę. Ona na mnie. I nagle poczułam, że grunt mi się usuwa spod nóg.

Nie było już odwrotu

Usiadłyśmy. Julia z ramionami skrzyżowanymi na piersi, Anna z twarzą w dłoniach, ja... ja nie wiedziałam, gdzie spojrzeć. Kuchnia, w której codziennie parzyłam herbatę, teraz była salą rozpraw. A ja oskarżoną.

– Kiedyś... bardzo dawno temu – zaczęłam – Anna była jeszcze w liceum. Miała siedemnaście lat, kiedy... kiedy zaszła w ciążę.

Julia nie drgnęła. Ale widziałam, że wstrzymała oddech.

Rodzice bali się skandalu. Anna była dzieckiem. Przerażona. Nikt nie wiedział, co zrobić. Ja... ja nie mogłam mieć dzieci. Próbowałam wszystkiego. I wtedy...

– Oddaliście mnie? – zapytała Julia. – Jak zabawkę? „Ty weź, bo masz mniej problemów?”

– Nie tak to wyglądało. Ja cię chciałam. Od początku. Gdy tylko się urodziłaś, trzymałam cię na rękach. I już nie wypuściłam.

– A ja? – odezwała się Anna, drżącym głosem. – Myślisz, że mnie to nie bolało? Że patrzyłam na wasze wspólne zdjęcia i nic nie czułam?

– Bo to był jedyny sposób, żeby ją chronić!

Julia wstała. Odeszła dwa kroki. Oparła się o blat, jakby świat nagle stał się zbyt ciężki.

– Więc całe moje życie to kłamstwo?

– Nie! – poderwałam się. – Nie jesteś kłamstwem. Jesteś moją córką. Tak cię kocham. Tak wychowałam. Każdy twój uśmiech, każda choroba, każdy wieczór z bajką – to wszystko byłam ja. Nikt cię nie kocha bardziej.

– Ale nie urodziłaś mnie.

– Nie. Ale to nie znaczy, że mniej cię kocham.

Julia nie powiedziała nic. Po prostu wyszła. Zostawiła nas w tej kuchni – w ciszy, która bolała bardziej niż krzyk.

Wreszcie złapałam oddech

Nie wróciła na noc. Czekałam, siedząc na sofie, gapiąc się w okno, jakby światło latarni mogło mi powiedzieć, gdzie poszła. Filip spał, Anna też. Tylko ja nie umiałam zamknąć oczu. Bo co, jeśli już nigdy nie będzie tak, jak było? Rano była już w domu. Weszła cicho, z lekko przemarzniętymi palcami, z twarzą, której nie znałam. Zobaczyła mnie, spojrzała i... przeszła obok. Nie powiedziała ani słowa. Po południu wyszła z Anną. Samotny spacer. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak oddalają się powoli, Julia w kurtce Anny, która była na nią za duża. Może były do siebie naprawdę podobne. Czekałam. Gdy wróciły, było już ciemno. Julia nie unikała wzroku, ale też nie szukała mojego. Zjadła z nami kolację w ciszy. Pomogła Filipowi w znalezieniu jakiejś zabawki. A potem, nagle, jakby bez planu, usiadła naprzeciwko mnie.

– Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?

Wzięłam głęboki oddech.

Bo bałam się, że mnie zostawisz. Że przestaniesz mnie kochać.

– A ty mnie kochasz?

– Jak nikogo innego na świecie. Nosiłam cię w sercu, zanim jeszcze trzymałam cię w ramionach. Wszystko, co mam, to ty i Filip. Może nie jestem twoją biologiczną matką, ale jestem matką twojego życia. Pierwszego kroku, pierwszego płaczu, złamanych serc.

Julia spojrzała w bok. Zacisnęła usta.

Nie wiem, kim jestem – szepnęła.

– Jesteś moją córką. Niezależnie od tego, kto cię urodził. Ja cię wychowałam. Ja cię kocham.

– Może… kiedyś ci wybaczę – odpowiedziała. I poszła do pokoju.

Zostałam na kanapie. Oddychając pierwszy raz od wielu dni.

Marta, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama