Macierzyństwo okazało się znacznie trudniejsze, niż kiedykolwiek przypuszczałam. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, a ja coraz częściej miałam wrażenie, że funkcjonuję wyłącznie dzięki resztkom energii. Kocham moje dzieci najbardziej na świecie, ale czasami czuję, że ta codzienność zwyczajnie mnie przerasta. Gdy patrzę wstecz, widzę zupełnie inną siebie. Byłam kobietą pełną determinacji, która zawsze walczyła o to, czego chciała. Nie zniechęcały mnie przeszkody ani wysiłek, jaki musiałam włożyć w osiągnięcie celu. Decyzje podejmowałam szybko, często kierując się intuicją. Nie analizowałam przesadnie przyszłości, nie martwiłam się tym, co może pójść nie tak. Wierzyłam, że jakoś sobie poradzę, bo przecież zawsze sobie radziłam.

WIDEO

player placeholder

Kiedyś niczego się nie bałam

Miłość do Michała przyszła nagle i z ogromną siłą. On również nie zwlekał długo z oświadczynami. Ani przez chwilę nie zastanawiałam się wtedy, jak naprawdę wygląda wspólne życie, codzienność małżeńska i odpowiedzialność za rodzinę. A szczególnie za dzieci, bo w tej kwestii byliśmy zgodni od samego początku. Oboje chcieliśmy zostać rodzicami.

– Będziemy mieć dużą rodzinę – mówił Michał, patrząc na mnie z uśmiechem. – Minimum trójkę dzieci.

Zobacz także

– Oczywiście – śmiałam się. – Tylko najpierw musimy mieć odpowiednio duże lokum.

Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że wychowanie kilkorga dzieci może być tak wymagające. Nie zastanawiałam się, czy dam radę, bo byłam przekonana, że dam. Przecież inni ludzie mieli dzieci i jakoś sobie radzili. Dlaczego ze mną miałoby być inaczej? Poza tym znałam siebie, kiedy czegoś się podejmowałam, zawsze doprowadzałam sprawę do końca. Nie zakładałam, że życie może mnie czymś zaskoczyć.

Dom był moim miejscem

Po ślubie wszystko układało się zgodnie z naszymi marzeniami. Najpierw urodził się Kuba, dwa lata później Tola, a niedługo potem Staś. Miałam to szczęście, że moja praca opierała się głównie na pisaniu, więc mogłam wykonywać ją z domu. Oczywiście po narodzinach pierwszego dziecka zrobiłam sobie przerwę, bo przez pewien czas zwyczajnie nie byłam w stanie pogodzić wszystkiego. Bardzo mnie to jednak drażniło i już po kilku miesiącach wróciłam do swoich zleceń. Michał początkowo próbował mnie odciążyć, ale szybko okazało się, że opieka nad tak małymi dziećmi nie jest jego mocną stroną. Potrafił zabrać je na spacer albo zająć się nimi przez chwilę, kiedy ja musiałam pilnie coś zrobić, ale dopiero wtedy, gdy trochę podrosły. Przy niemowlętach zwyczajnie nie czuł się pewnie. Prawdę mówiąc, nie miałabym odwagi zostawić go samego z całą trójką maluchów.
 
– Naprawdę cię podziwiam, Dagmara – powtarzał za każdym razem, kiedy widział, jak zajmuję się dziećmi, odpowiadam na wiadomości i jednocześnie pracuję nad tekstami. – Nie wiem, jak ty to wszystko ogarniasz.

– Wiem – odpowiadałam z uśmiechem, nadal skupiona na swoich obowiązkach. – Wiem, Michał.

Nie robiłam awantur bez powodu

Pewnego dnia, kiedy odwiedziła mnie mama, zostałam sama z dziećmi. Michał wyszedł na spotkanie związane z pracą. To była jedna z tych okazji, podczas których mógł poznać nowych ludzi i nawiązać przydatne kontakty, więc sama namawiałam go, żeby pojechał. Początkowo nie był przekonany, bo nie chciał zostawiać mnie z całą trójką, ale w końcu dał się namówić.

– Daguś, nie uważasz, że trochę za dużo bierzesz na siebie? – zapytała mama, obserwując mnie z mieszaniną troski i bezradności. – A gdzie właściwie jest Michał?

Ma swoje sprawy do załatwienia – odpowiedziałam krótko, nie wdając się w szczegóły. 

Wiedziałam, że gdybym powiedziała prawdę, zaraz zaczęłaby się rozmowa o tym, dlaczego pozwalam mu wychodzić, skoro sama cały czas siedzę z dziećmi. Mama westchnęła i pokręciła głową.

– Nie rozumiem dzisiejszych mężczyzn – powiedziała z dezaprobatą. – Żeby człowiek nie mógł liczyć na pomoc własnego męża. Ciągle tylko praca, obowiązki i kariera. Jeszcze chwila i dzieci zaczną go traktować jak obcego.

– Mamo, przestań – odpowiedziałam spokojnie. – Wiesz przecież, że dobrze zarabia i musi się skupić na pracy. Ja naprawdę daję sobie radę. Dzieci są coraz starsze, coraz więcej rzeczy potrafią zrobić same. Poza tym ja pracuję z domu, więc mogę to wszystko jakoś połączyć.

Mama spojrzała na mnie z wyraźnym rozczarowaniem.

– A przecież mogłabyś tyle osiągnąć – powiedziała. – Mogłabyś znaleźć coś lepszego, chodzić do biura, rozwijać się, mieć kontakt z ludźmi. Może gdybyś trochę postawiła Michała do pionu...

– Nie muszę go stawiać do żadnego pionu – przerwałam jej stanowczo. – I nie zamierzam nic zmieniać.

Oczywiście mogłam urządzić Michałowi awanturę. Mogłam wypomnieć mu, że często wraca późno i że większość obowiązków związanych z dziećmi spoczywa na mnie. Tylko że ja doskonale wiedziałam, czym zajmuje się poza domem. Wiedziałam też, że nadgodziny nie sprawiają mu przyjemności, ale robi to po to, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo finansowe. Każde z nas miało swoją rolę. Ja zajmowałam się dziećmi i domem, on odpowiadał za utrzymanie rodziny. Owszem, byłam zmęczona. Coraz bardziej. Jednak nie obwiniałam za to Michała. To ja byłam matką i uważałam, że muszę sama poradzić sobie z trudnościami. Mąż mógł mnie wspierać, ale to ja byłam odpowiedzialna za swoją część życia.

Musiałam zmuszać się do uśmiechu

Kiedy najstarszy syn rozpoczął szkołę podstawową, byłam już naprawdę wyczerpana. Coraz częściej odliczałam godziny do wieczora, kiedy dzieci zasną i będę mogła zamknąć się w pokoju z Michałem, choćby na chwilę odciąć się od codziennego chaosu. Macierzyństwo zaczęło mnie przytłaczać. Patrzyłam na własne dzieci i czasami musiałam zmuszać się do uśmiechu, kiedy czegoś ode mnie chciały. Nie dlatego, że ich nie kochałam. Po prostu brakowało mi sił. Dzieci chyba to wyczuwały, bo zdarzało im się mówić tacie, że mama ciągle jest zdenerwowana.

Nie byłam zła. Byłam zmęczona i coraz bardziej bezradna. Miałam poczucie, że utknęłam w miejscu i nie mam możliwości niczego zmienić. Spotkania z koleżankami praktycznie przestały istnieć. Dziewczyny wielokrotnie próbowały mnie wyciągnąć z domu, ale zwykle nie miałam ani czasu, ani energii. Z Michałem też rzadko gdziekolwiek wychodziliśmy sami. Jeśli już gdzieś jechaliśmy, to najczęściej całą rodziną, a wtedy trudno było mówić o prawdziwym odpoczynku.

Brakowało mi dawnego życia. Tych spontanicznych wyjść tylko we dwoje, rozmów ze znajomymi, śmiechu i chwil, kiedy nie musiałam być za nikogo odpowiedzialna. Teraz nawet zwykła kawa stała się luksusem. Za każdym razem, gdy robiłam sobie coś do picia, zakładałam, że i tak nie zdążę wypić tego na spokojnie. Czasem w domu panowała cisza, dzieci zajmowały się swoimi sprawami, a ja myślałam, że wreszcie mam kilka minut dla siebie. Wystarczyło jednak, żebym usiadła z kubkiem w ręku, a natychmiast pojawiał się jakiś problem.

Kuba nagle przypominał sobie, że musi przygotować coś na lekcję. Tola przybiegała z kolejnym rysunkiem i długo prosiła, żebym pomogła jej coś poprawić. A najwięcej energii potrafił zabrać Staś, który miał nieskończoną liczbę pytań. Potrafił wypytywać o wszystko, a jego ciekawość była czasem bardziej wyczerpująca niż zakupy z ciężkimi torbami. Za każdym razem kończyło się tak samo. Wstawałam, odkładałam kubek i wracałam do obowiązków. Moja kawa zostawała nietknięta i powoli wystygła.

Chciałam być mamą. Naprawdę, ale wtedy miałam już wrażenie, że tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Gdybym nie mogła pracować z domu, prawdopodobnie musiałabym całkowicie zrezygnować z pracy i zostać mamą zajmującą się wyłącznie dziećmi. Michał miał pod tym względem łatwiej. Był zaangażowanym ojcem i kochał nasze dzieci, ale jako główny żywiciel rodziny mógł skupić się na pracy i zostawić część domowego chaosu za sobą. Ja nie miałam nawet kilkunastu minut tylko dla siebie. Zawsze uważałam się za silną osobę, ale zaczynałam się zastanawiać, jak długo jeszcze będę w stanie tak funkcjonować. Czy kiedyś znowu poczuję radość z życia? Bo miałam wrażenie, że codzienność z dziećmi powoli odbiera mi wszystko, co kiedyś sprawiało mi przyjemność.

Może w końcu coś się zmieni?

Ostatnio w mojej monotonnej codzienności pojawiła się odrobina nadziei. Michał postanowił zmienić pracę i dzięki temu nie musi już codziennie pojawiać się w biurze, Wystarczy, że będzie tam dwa razy w tygodniu. To oznacza, że niedługo zacznie spędzać z nami znacznie więcej czasu, a jego wieczne zmęczenie być może przestanie być naszym codziennym problemem.

– Tym razem będzie inaczej, Daga – zapewniał mnie z przekonaniem. – Widzę, ile masz na głowie i jak bardzo jesteś wyczerpana. Nie martw się, teraz podzielimy się obowiązkami. Będę ci pomagał.

Nie ukrywam, że nadal mam pewne obawy. Nie jestem do końca przekonana, jak poradzi sobie z tyloma codziennymi sprawami. Z drugiej strony jestem już naprawdę zmęczona i bardzo potrzebuję wsparcia. Doceniam, że Michał sam zauważył problem i chce coś zmienić. Najbardziej cieszą się chyba dzieci. Już teraz powtarzają, że będą miały tatę w domu, i widać, że bardzo na to czekają. Może rzeczywiście wyjdzie nam to wszystkim na dobre. Może w końcu znajdę choć krótką chwilę tylko dla siebie. Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała nasza nowa codzienność, ale najważniejsze jest to, że po długim czasie coś zaczęło się zmieniać.

Dagmara, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: