Reklama

Świat po rozwodzie okazał się zaskakująco cichy. Nikt nie przewracał oczami, nikt nie poprawiał moich zdań w pół słowa. Dni mijały spokojnie. Dopiero kiedy Łukasz, mój przyjaciel, zapytał, czy nie mam ochoty wyjść na kawę z kimś nowym, dotarło do mnie, że od dawna nie wiem, kim jestem bez roli męża. Przygotowania do randki obnażyły tę pustkę boleśnie.

Decyzja o randce przyszła nagle

To Łukasz pierwszy wypowiedział to zdanie na głos, jakby mówił o czymś zupełnie oczywistym.

– Może byś w końcu poszedł na randkę? – rzucił pewnego razu przy piwie.

– Na randkę… – powtórzyłem, jakbym sprawdzał, czy to słowo wciąż coś znaczy.

Siedzieliśmy u mnie w kuchni. Tej samej, w której przez lata każde zdanie potrafiło zamienić się w punkt zapalny. Teraz było cicho. Może nawet za cicho.

– Leszek, minęło półtora roku – dodał. – Nie mówię, że masz się wiązać. Po prostu… wyjść.

Pokręciłem głową.

– A o czym ja mam rozmawiać? – zapytałem. – O pogodzie? O pracy? Przecież ja nie umiem już normalnie rozmawiać z kobietą.

Łukasz spojrzał na mnie uważniej. W głowie natychmiast pojawił się obraz Doroty, jej uniesiona brew, to charakterystyczne westchnięcie. „Leszek, nie o to mi chodziło”. „Znowu nie słuchasz”. „Czy ty zawsze musisz stawiać na swoim?”. Każda rozmowa z byłą żoną była polem minowym. Uczyłem się mówić ostrożnie, skracać zdania, przewidywać reakcje. Aż w końcu najlepiej było nic nie mówić.

– Boję się ciszy – przyznałem w końcu. – Albo tego, że powiem coś nie tak. Że znów będę się tłumaczył, choć nikt mnie nie oskarżył.

Łukasz uśmiechnął się krzywo.

– Wiesz, że to nie każda kobieta jest Dorotą?

Wiedziałem. A jednak ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Na samą myśl o siedzeniu naprzeciw obcej osoby czułem napięcie w karku. Wyobrażałem sobie niezręczne pauzy, pytania o przeszłość, porównania, które same cisną się do głowy.

Tego wieczoru długo chodziłem po mieszkaniu. Otwierałem szafę, oglądałem swoje ubrania, których dawno nie wymieniałem, zamykałem. Zatrzymałem się przed lustrem w przedpokoju. Patrzył na mnie mężczyzna, którego znałem, ale którego dawno nie słuchałem.

To tylko kawa – powiedziałem do siebie półgłosem.

W aplikacji randkowej kliknąłem „tak” szybciej, niż zdążyłem się rozmyślić.

Zapomniałem już, że tak można rozmawiać

Kawiarnia była dokładnie taka, jak sobie wyobrażałem – neutralna i intymna. Jasne ściany, spokojna muzyka, stoliki ustawione tak, żeby nikt nikomu nie zaglądał w talerz. Przyszedłem wcześniej i od razu pożałowałem. Czekanie zawsze było najgorsze.

Siedziałem sztywno, z dłońmi opartymi o filiżankę, choć kawa była jeszcze za gorąca. Zauważyłem, że rozglądam się za wyjściem. Stary odruch. Gdyby coś poszło nie tak, wiedzieć, którędy uciec.

Iga przyszła punktualnie. Bez pośpiechu, bez nerwowego rozglądania się. Zatrzymała się na moment przy stoliku.

– Leszek? – zapytała spokojnie.

– Tak. Iga?

Uśmiechnęła się lekko i usiadła naprzeciwko. Nic w jej ruchach nie było nerwowe. Zdjęła płaszcz, położyła torebkę obok krzesła, jakby miała pewność, że to miejsce jest na chwilę jej.

– Mam nadzieję, że długo nie czekałeś.

– Nie, dopiero przyszedłem – skłamałem automatycznie.

Złapałem się na tym i poczułem znajome ukłucie. Po co ja to w ogóle robię? Zamówiliśmy kawę. Bez analizowania, bez przeciągania rozmowy. Kiedy kelnerka odeszła, zapadła cisza. Poczułem, jak napinają mi się ramiona.

– Lubię to miejsce – powiedziała Iga, jakby czytała mi w myślach. – Jest tu jakoś… normalnie.

Normalnie. To słowo zawisło między nami.

– Też tak czuję – odpowiedziałem ostrożnie.

Rozmowa ruszyła powoli. O pracy. O tym, że oboje wolimy spacery niż głośne miejsca. Żadnych pytań, które brzmiały jak test. Żadnych zaczepnych uwag. Zorientowałem się po chwili, że nie ściskam już filiżanki. Oddychałem głębiej. Kiedy mówiłem, nikt mi nie przerywał.

– To dziwne – wyrwało mi się nagle.

– Co takiego? – zapytała, unosząc wzrok znad filiżanki.

Zawahałem się. Stary mechanizm kazał mi się wycofać.

– Że rozmowa może być… spokojna.

Nie uśmiechnęła się ironicznie. Nie poprawiła mnie. Kiwnęła tylko głową.

– Spokój bywa niedoceniany.

W tej chwili poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Nie ekscytację. Ulgę.

Obrazy rozmów z Dorotą

Z każdą minutą coraz wyraźniej czułem, że coś jest inaczej, niż zakładałem. Nie lepiej w sposób, który podnosi ciśnienie, ale lżej. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężką kurtkę, do której przez lata się przyzwyczaiłem i przestałem zauważać jej wagę.

Iga mówiła o swojej pracy, zajęciach w czasie wolnym, spokojnie, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Słuchałem uważnie, nie tylko z grzeczności. Kiedy odpowiadałem, nie zastanawiałem się gorączkowo, czy moje zdanie nie zostanie źle odebrane.

– Masz tak czasem, że cisza nie jest niezręczna? – zapytała nagle.

Spojrzałem na nią z zaskoczeniem.

– Dla mnie cisza zawsze była… zapowiedzią czegoś – odpowiedziałem po chwili. – Albo pretensji, albo wybuchu.

Nie dopytywała. Nie analizowała. Przyjęła to zdanie tak, jakby było czymś naturalnym. W mojej głowie pojawiły się obrazy rozmów z Dorotą. Słów ważonych na wadze. Milczenia, które ciążyło bardziej niż krzyk. Każda wymiana zdań była próbą sił, nawet wtedy, gdy chodziło o drobiazgi.

Tutaj nikt nie próbował wygrać. Zdałem sobie sprawę, że nie czuję tej nerwowej gotowości do obrony. Nie czekałem na moment, w którym będę musiał się tłumaczyć. To było niepokojące w swojej nowości.

– Myślałem, że na randce powinno się czuć… więcej – przyznałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.

– A co to znaczy „więcej”? – zapytała łagodnie.

Zastanowiłem się.

– Napięcie. Przyspieszone myśli. To poczucie, że coś się zaraz wydarzy.

Uśmiechnęła się lekko.

– A może to nie zawsze jest dobre „więcej”.

To zdanie utkwiło we mnie głębiej, niż chciałem przyznać. Po raz pierwszy dopuściłem myśl, że to, co przez lata brałem za intensywność relacji, było po prostu permanentnym stresem. Nie zakochiwałem się. I nagle przestało mnie to martwić.

Poczułem żal do siebie

W pewnym momencie złapałem się na tym, że podczas gdy Iga opowiadała o swojej przeprowadzce sprzed kilku lat, ja słyszałem w głowie zupełnie inny głos. Głos Doroty pojawiał się nieproszony, wyraźny, niemal fizyczny. Jakby siedziała obok, a nie była wspomnieniem. Poczułem, jak w żołądku zbiera się znajome napięcie. Odruchowo chciałem się poprawić, doprecyzować, usprawiedliwić coś, czego nikt ode mnie nie wymagał.

– Wszystko w porządku? – zapytała Iga, patrząc na mnie uważnie.

– Tak… tylko się zamyśliłem – odpowiedziałem zbyt szybko.

Przez chwilę walczyłem sam ze sobą. Złość mieszała się ze wstydem. Jak to możliwe, że po tylu miesiącach nadal reagowałem, jakbym był pod ciągłą oceną?

Przypomniała mi się scena sprzed lat. Kuchenny stół, rozłożone rachunki. Ja mówię, że może warto odłożyć decyzję. Dorota odkłada długopis.

– Ty zawsze uciekasz, Leszek. Z tobą niczego nie da się ustalić.

Pamiętałem to uczucie kurczenia się w środku. Teraz, siedząc naprzeciwko Igi, poczułem coś przeciwnego. Przestrzeń. Brak nacisku.

– Wiesz… – zacząłem ostrożnie – dopiero teraz widzę, jak bardzo przyzwyczaiłem się do bycia poprawianym.

Iga nie zaprzeczyła, nie pocieszyła mnie banalnie.

– To długo zostaje w człowieku – powiedziała cicho. – Nawet kiedy już nie ma tej osoby obok.

Te słowa otworzyły we mnie coś, czego się nie spodziewałem. Żal. Nie tylko do Doroty, ale do siebie. Do tego, że pozwoliłem, by napięcie stało się codziennością, a spokój czymś podejrzanym. Zrozumiałem wtedy, że to spotkanie nie było o niej. Było o mnie. O tym, jak bardzo zapomniałem, że rozmowa może nie ranić.

Nie wiem, czy będą kolejne randki

Pożegnanie było proste. Bez przeciągania chwili, bez obietnic, które miałyby brzmieć lepiej, niż byłyby prawdziwe. Przed kawiarnią zatrzymaliśmy się na moment. Ludzie mijali nas obojętnie, ktoś śmiał się głośniej po drugiej stronie ulicy. Zwykły wieczór.

– Dziękuję za rozmowę – powiedziałem.

Iga skinęła głową.

– Ja też dziękuję. Dobrze się rozmawiało.

Nie było w tym niedopowiedzeń ani zawodu. Uśmiechnęła się i odeszła w swoją stronę, a ja nie poczułem tej znanej pustki, która kiedyś pojawiała się po rozstaniach. Zamiast niej była cisza, ale inna niż dawniej. Nie napięta.

Wracałem do domu pieszo, choć zwykle wybierałem tramwaj. Chciałem iść wolniej, sprawdzić, co jeszcze we mnie zostaje, gdy nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Złapałem się na tym, że nie analizuję spotkania pod kątem błędów. Nie poprawiam w myślach własnych zdań. Nie przygotowuję obrony.

W mieszkaniu zapaliłem tylko jedną lampkę. Usiadłem na kanapie i przez chwilę patrzyłem w okno. Zrozumiałem, że to nie była randka, po której coś się zaczyna. To było spotkanie, po którym coś się kończyło. Przekonanie, że relacja musi boleć, żeby była prawdziwa.

Nie wiedziałem jeszcze, czy chcę kolejnych spotkań, ani z kim. Ale wiedziałem już jedno: nie wrócę do rozmów, w których trzeba się kurczyć, żeby zmieścić się obok drugiego człowieka. Tego wieczoru zrobiłem pierwszy krok nie w stronę kogoś nowego, ale z powrotem do siebie.

Leszek, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama