„Nie robiłem zbyt wiele w życiu, bo czekałem na majątek po rodzicach. Wycięli mi numer i zostałem bez perspektyw”
„Byłem pewien, że odziedziczę wszystko. Miałem już nawet listę rzeczy – nowe auto, podróż po Azji, a może dom nad jeziorem. Jednak los, jak się okazało, miał dla mnie zupełnie inny scenariusz. I wtedy poczułem, że zostałem zwyczajnie wykorzystany”.

- Redakcja
Rodzice przez całe życie oszczędzali, inwestowali i budowali majątek, który – w moim przekonaniu – miał trafić właśnie do mnie. Od lat się do tego przygotowywałem. Nie miałem własnej rodziny, dzieci, nie planowałem wielkiej kariery. Po prostu wiedziałem, że kiedy ich zabraknie, będę miał środki na spokojne życie.
Wszystko było już zaplanowane
Rodzice nigdy nie byli przesadnie wylewni. Nie rozmawialiśmy o uczuciach, marzeniach czy planach, ale wszyscy wiedzieliśmy, że majątek, który przez całe życie budowali, jest przeznaczony „dla rodziny”. A ja, jako jedyne dziecko, byłem przecież tą rodziną. Ojciec powtarzał:
– Trzeba się zabezpieczyć na starość. Żebyś ty potem nie musiał się martwić.
Nie miałem żony, dzieci, nie robiłem zawrotnej kariery. Przez lata pracowałem w firmie znajomego, bez większych ambicji. Czasem ludzie się dziwili, że się nie rozwijam, nie inwestuję. A ja tylko się uśmiechałem. Bo wiedziałem, że gdy rodzice odejdą, będę miał dość środków, by żyć wygodnie. Mieli dwa mieszkania, działkę budowlaną pod miastem, oszczędności i papiery wartościowe.
Planowałem, że sprzedam jedno z mieszkań, za pieniądze wyremontuję drugie. Może rzucę pracę i otworzę mały pensjonat nad jeziorem, o którym od dawna marzyłem. Zacząłem się nawet rozglądać za działkami. Czułem, że już tylko formalność dzieli mnie od nowego życia.
Nie podejrzewałem, że te wszystkie wyobrażenia to tylko moje złudzenia. Rodzice, jak się okazało, wcale nie planowali zostawić mi wszystkiego.
Złe przeczucia
Zaczęło się od kilku drobnych zmian. Mama coraz częściej wspominała o sąsiadce, pani Halinie, która „taka dobra, zawsze pomoże, zakupy zrobi, aptekę ogarnie, a nawet posiedzi wieczorem, jak boli głowa”. Znałem Halinę od lat. Miła kobieta, owszem, ale czy rzeczywiście tak bezinteresowna? Niepokoiło mnie to, że rodzice zaczęli mówić o niej częściej niż o mnie.
– Halina pomogła mi ostatnio z lekami, bo nie mogłam wyjść – rzuciła mama przy niedzielnym obiedzie. – A ty, synku, znowu taki zabiegany... – dodała z lekkim wyrzutem.
Zabiegany? Przecież byłem tam co tydzień. Sprzątałem, załatwiałem sprawy urzędowe, organizowałem wizyty lekarskie. Ale wszystko, co robiłem, było przyjmowane jak coś oczywistego. Natomiast Halina, z jej zupą i paczką z apteki, była traktowana jak wybawicielka.
Coraz częściej znajdowałem ją w ich domu. Siedziała w kuchni, piła herbatę z mamą, śmiała się z dowcipów ojca. Początkowo myślałem, że może przesadzam. Może jestem przewrażliwiony. Jednak kiedy zobaczyłem ją pewnego dnia w fotelu ojca, rozłożoną jak królowa, z gazetą w ręce, poczułem pierwszy niepokój.
– Coś się tu zmienia – powiedziałem przyjacielowi. – Mam przeczucie, że to nie idzie w dobrą stronę.
– Masz na coś konkretny dowód?
Nie miałem. Jeszcze nie.
Niespodziewana rozmowa
Pamiętam dokładnie ten wieczór. Przyszedłem z zakupami, jak co sobotę. Mama siedziała przy stole i wyglądała na nieco zdenerwowaną. Ojciec za to był spokojny, aż nienaturalnie.
– Musimy porozmawiać – powiedział bez zbędnych ceregieli.
Usiadłem, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Przez chwilę było cicho, aż w końcu ojciec kontynuował:
– Zdecydowaliśmy się przepisać mieszkanie na kogoś, kto się nami opiekuje.
Zamarłem. Spojrzałem najpierw na mamę, potem na ojca.
– Ale przecież ja się wami opiekuję – powiedziałem cicho, jakby nie wierząc, że to naprawdę się dzieje.
– Nie, synu. Ty przychodzisz raz w tygodniu. A Halina jest codziennie. Pomaga, gotuje, sprząta. Nie chodzi tylko o więzy krwi. Chodzi o obecność.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W głowie miałem mętlik. Przecież zawsze byłem pewien, że wszystko odziedziczę. Że tak wygląda sprawiedliwość. A teraz siedziałem przed własnymi rodzicami, którzy właśnie oznajmili mi, że oddają mieszkanie... sąsiadce.
– Czyli... chcecie przepisać jej wszystko?
– Nie wszystko. Z działką i oszczędnościami jeszcze się zastanawiamy – powiedziała mama łagodnie, jakby chciała mnie pocieszyć.
Ale mnie to nie pocieszyło. Wręcz przeciwnie – zacząłem czuć, że moje życie, które było zbudowane na jednej pewności, właśnie się sypie.
Nie zabrałem głosu
Tydzień po tamtej rozmowie dostałem telefon od mamy. Głos miała suchy, rzeczowy.
– Jutro przychodzi notariusz. Będziemy spisywać testament. Lepiej, żebyś był.
Zgodziłem się, choć serce waliło mi jak młot. W głowie kłębiły się pytania, na które nie chciałem znać odpowiedzi. Czy naprawdę mogą to zrobić? Czy można tak po prostu przekreślić własne dziecko?
Kiedy przyszedłem, w mieszkaniu pachniało kawą i świeżo upieczonym ciastem. Halina krzątała się jak gospodyni, w fartuchu, z uśmiechem na twarzy. Chciałem coś powiedzieć, ale nie miałem siły. Usiadłem w kącie i obserwowałem, jak moi rodzice szykują się na spotkanie z notariuszem, jakby to był dzień święta.
Kiedy mężczyzna pojawił się w drzwiach, zaczęła się formalność. Czytał, tłumaczył, upewniał się, że wszyscy rozumieją. A ja siedziałem i słuchałem, jak mój ojciec mówi:
– Mieszkanie przepisujemy pani Halinie w podziękowaniu za codzienną opiekę i pomoc.
Zatkało mnie. Patrzyłem na nich jak na obcych ludzi. Mama kiwała głową, ojciec podpisał z namaszczeniem. Nie zabrałem głosu. Wyszedłem, zanim ceremonia się skończyła. Na klatce schodowej usiadłem na schodach i po prostu siedziałem. Mój plan na życie właśnie rozsypał się w drobny mak.
Nie ma dla mnie miejsca
Kiedy ojciec zmarł kilka miesięcy później, mieszkanie już formalnie należało do Haliny. Mama jeszcze żyła, ale jej stan się pogarszał. Próbowałem być częściej, dzwoniłem, wpadałem po pracy, ale za każdym razem miałem wrażenie, że jestem gościem. Halina otwierała drzwi, decydowała o wszystkim, mówiła:
– Teraz nie ma sensu jej męczyć. Śpi.
Albo:
– Była rehabilitantka, już wszystko załatwione.
Jakby nie było już miejsca dla mnie. Jakby moje zdanie nie miało znaczenia. Gdy próbowałem się wtrącać, patrzyła na mnie z uśmiechem, który przypominał politowanie. Rodzice ją wpuścili do swojego świata i nie zostawili mi nawet kawałka miejsca.
Po śmierci mamy nie było już żadnych wątpliwości. Działkę sprzedali wcześniej. Z pieniędzy zainwestowali w jakiś fundusz, z którego – jak się dowiedziałem od prawnika – Halina miała być beneficjentką dożywotnio. Zostało mi jedno – stare meble i parę zdjęć w pudełku.
Pamiętam, jak siedziałem przy kuchennym stole w swoim mieszkaniu. Otworzyłem teczkę z dokumentami i patrzyłem na puste liczby. Nic. Zero. Wszystko, co miało być moje, przeszło komuś obcemu.
Przyjaciel próbował mnie pocieszać.
– Może nie chodziło tylko o pieniądze. Może chcieli mieć kogoś blisko.
Ale ja wiedziałem jedno – ktoś zgarnął wszystko.
I zostałem z niczym
Mijały tygodnie, potem miesiące, a ja wciąż nie potrafiłem tego zrozumieć. Życie, które planowałem od lat, rozsypało się na moich oczach. Nie potrafiłem rozmawiać o tym z nikim. Czułem się oszukany, zdradzony, ale przede wszystkim… niewidzialny. Jakby mnie nigdy nie było w ich życiu. Jakby to Halina była ich synem, opiekunem, rodziną.
Nie odwoływałem się od testamentu. Mógłbym, pewnie. Prawnik twierdził, że jakieś szanse by były. Ale co by mi to dało? Walkę? Koszty? Brud? Może i bym coś ugrał, ale w oczach wszystkich byłbym tym niewdzięcznym, który rzucił się na majątek po zmarłych rodzicach. Wolałem milczeć.
Dziś mija ponad rok od śmierci mamy. Wciąż mieszkam sam, w tym samym starym mieszkaniu. Bez planu, bez marzeń. Czasem przechodzę obok ich dawnego bloku. W oknie na parterze widać czasem Halinę – podlewa kwiatki, rozmawia przez telefon, uśmiecha się. Ma się dobrze.
A ja? Zaczynam od nowa, choć późno. Zacząłem jeździć na rowerze, więcej czytam, czasem wyjeżdżam na weekend sam, żeby nie zwariować. Nauczyłem się jednej rzeczy, nawet wydawałoby się oczywiste dla nas rzeczy mogą okazać się jedną wielką iluzją.
Adam, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa tylko o sobie myśli, a wnuki całe dnie biegają samopas po podwórku. Nie mogłam tego tak zostawić”
- „Poszłam z teściem na mszę, a on, zamiast się modlić, bajerował wszystkie sąsiadki. Aż się wstydu za niego najadłam”
- „Dzieci mówią, że powinnam chodzić w podomkach i wybierać miejsce na cmentarzu. A ja myślę, że 60-tka to nie wyrok”