Reklama

Kiedy pakowałem walizkę, czułem się jak skazaniec. Byłem przekonany, że jedyne, co mnie czeka w uzdrowisku, to zapach chloru, rozgotowana zupa i rozmowy z ludźmi, których imion nie będę chciał pamiętać. Nie wiedziałem, że spotkam kogoś, kto sprawi, że moje stare serce znów zacznie bić w rytmie cha-chy. To historia o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno – nawet gdy masz 70 lat i boisz się własnego cienia.

Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się mylę

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Mój syn, Paweł, wiózł mnie do uzdrowiska swoim nowym SUV-em. Siedziałem na miejscu pasażera, kurczowo ściskając rączkę nad drzwiami, choć jechał przepisowo. Wszystko mnie drażniło. Zapach skórzanej tapicerki, cicho grające radio z wiadomościami o inflacji, a najbardziej to jego litościwe spojrzenia, które rzucał mi ukradkiem.

– Tato, zobaczysz, odpoczniesz. Powietrze ci dobrze zrobi – powtarzał jak mantrę, którą pewnie wyczytał w jakimś poradniku "Jak radzić sobie ze starzejącym się rodzicem".

Nie chciałem odpoczywać. Odpoczywałem od pięciu lat, od kiedy odeszła moja Maria. Odpoczywałem w pustym mieszkaniu, gapiąc się w telewizor, który grał tylko po to, żeby zagłuszyć ciszę. Czułem się niepotrzebny. Jak stary mebel, który nie pasuje do nowoczesnego wystroju, więc wynosi się go do garażu – w tym przypadku do sanatorium. Kiedy dotarliśmy na miejsce, uderzył mnie zapach. Mieszanka gotowanej kapusty, pasty do podłóg i starego kurzu. W recepcji panował chaos. Dostałem klucz do pokoju numer 204. "Dwójka z widokiem na park" – brzmiało dumnie.

Rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. W pokoju już ktoś był. Marian. Niski, pękaty mężczyzna z wąsem a la Wałęsa, który właśnie rozpakowywał słoiki z domowym smalcem.

– Marian jestem! A pan? – rzucił na powitanie, zanim zdążyłem zdjąć płaszcz.

Wtedy zrozumiałem, że najbliższe trzy tygodnie będą trwały wiecznie. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się mylę.

Ty to byś tylko narzekał

Pierwszy tydzień był koszmarem. Moja rutyna ograniczała się do zabiegów, niesmacznych posiłków i uciekania przed Marianem, który okazał się namiętnym komentatorem politycznym i posiadaczem najgłośniejszego chrapania w Europie Środkowej. Zamykałem się w sobie. Byłem tym "mrukliwym dziadkiem z dwójki". Czułem, jak obrastam skorupą. To mechanizm obronny, który wypracowałem przez lata. Lepiej odrzucić ludzi, zanim oni odrzucą ciebie, prawda?

Moim azylem stał się mały balkon. Wychodziłem tam wieczorami, owinięty w koc, i paliłem papierosa – wbrew zakazom lekarzy. To był mój mały bunt. Patrzyłem na kuracjuszy spacerujących alejkami. Widziałem pary trzymające się za ręce, słyszałem śmiechy dochodzące z kawiarni "Zdrojowa", gdzie odbywały się słynne "fajfy". Gardziłem tym. Uważałem to za desperackie próby udawania młodości.

– Patrz na nich, Marian – mruknąłem pewnego wieczoru, gdy współlokator dołączył do mnie z herbatą. – Ledwo chodzą, a na tańce lecą. Żałosne.

– E tam, Kazimierz. Ty to byś tylko narzekał. Życie trzeba brać, póki dają – odparł Marian, mlaskając.

I wtedy ją zobaczyłem po raz pierwszy. Szła alejką w towarzystwie dwóch innych kobiet. Wyróżniała się. Nie, nie była typową "pięknością" z żurnala. Miała siwe włosy upięte w luźny kok, z którego wymykały się niesforne kosmyki. Ale to, co przykuło mój wzrok, to jej płaszcz. Intensywnie czerwony, wręcz karmazynowy. W tym zimowym krajobrazie wyglądała jak rzucony na śnieg kwiat maku. Śmiała się głośno, odchylając głowę do tyłu. To był śmiech, który niósł się echem – szczery, gardłowy, pełen życia. Poczułem ukłucie zazdrości. Jak można być tak radosnym w takim miejscu? Jak można się tak śmiać, mając siedemdziesiątkę na karku i pewnie teczkę pełną wyników badań?

Ktoś patrzył na mnie jak na mężczyznę

Los bywa złośliwy. Albo po prostu ma specyficzne poczucie humoru. Trzy dni później, uciekając przed kolejnym monologiem Mariana, schroniłem się w sali rekreacyjnej. Myślałem, że będzie pusta. Była godzina 16:00, czas, kiedy większość pensjonariuszy drzemie po obiedzie. Wszedłem do środka i zamarłem. Sala nie była pusta. W środku trwały zajęcia z muzykoterapii, które w praktyce okazały się lekcją tańca towarzyskiego dla seniorów. Chciałem się wycofać. Moja ręka już sięgała klamki, gdy usłyszałem ten głos:

– O! Mamy nowego ochotnika! Proszę nie uciekać, pan w tym szarym swetrze!

To była ona. Kobieta w czerwieni. Tym razem miała na sobie zwiewną spódnicę i kolorową apaszkę. Stała na środku parkietu, a jej oczy – bystre, brązowe, otoczone siateczką zmarszczek mimicznych – wpatrywały się prosto we mnie.

– Ja... ja tylko szukałem wyjścia – wydukałem. Mój głos brzmiał chrapliwie.

– Wyjście jest tam, gdzie wejście, ale szczęście jest tutaj – powiedziała, podchodząc do mnie energicznym krokiem. Pachniała różami i czymś słodkim, może wanilią.

– Krystyna – wyciągnęła dłoń. – Brakuje nam partnerów. Panowie w tym sanatorium to towar deficytowy, a ci, co są, wolą grać w karty.

Zlituje się pan? Spojrzałem na jej dłoń. Miała pomalowane paznokcie. Czerwień, oczywiście. Moje serce zabiło mocniej, ale nie z wysiłku. Ze strachu. I z czegoś jeszcze. Wstydu?

– Mam dwie lewe nogi do tańca – burknąłem, próbując brzmieć groźnie.

– To będziemy idealną parą – zaśmiała się, chwytając mnie za ramię. Jej dotyk był ciepły. Elektryzujący.

Zanim zdążyłem zaprotestować, stałem na środku sali. Z głośników popłynęło "Kawiarenki" Ireny Jarockiej.

– Prowadź, Kazimierzu. Chyba tak masz na imię? Widziałam cię na balkonie. Wyglądałeś jak hrabia Monte Christo planujący zemstę – szepnęła mi do ucha.

Prowadzić? Nie tańczyłem od śmierci Marii. A nawet wcześniej, rzadko wychodziliśmy na parkiet. Byłem inżynierem, człowiekiem od kątów prostych i betonu, nie od pląsów. Ale Krystyna nie dała mi wyboru. Jej ciało, choć naznaczone wiekiem, poruszało się z niezwykłą gracją. Wymusiła na mnie rytm.

– Raz, dwa, trzy... luźniej te ramiona, panie inżynierze. Nie budujemy mostu, tylko płyniemy – instruowała.

W połowie piosenki stało się coś dziwnego. Przestałem myśleć o tym, czy się przewrócę. Przestałem myśleć o tym, że Marian pewnie by mnie wyśmiał. Skupiłem się na cieple jej dłoni na moim karku. Na błysku w jej oczach. Na tym, że po raz pierwszy od miesięcy ktoś patrzył na mnie jak na mężczyznę.

Ja, 80-letni wrak, flirtowałem z kobietą

Po zajęciach, zlany potem (co zmartwiło mnie nieco w kontekście serca, ale czułem się zaskakująco dobrze), dałem się namówić na kawę w sanatoryjnej kawiarni. Usiedliśmy przy małym stoliku pod oknem.

– Byłam nauczycielką polskiego przez czterdzieści lat – powiedziała, mieszając czarną kawę. – A ty?

– Konstruktor. Budownictwo przemysłowe. Hale, fabryki. Nuda – odparłem, zaskoczony, że w ogóle mówię o sobie.

Krystyna była mistrzynią rozmowy. Zadawała pytania w taki sposób, że odpowiedzi same cisnęły się na usta. Opowiedziałem jej o Marii. O tym, jak pusto jest w domu. O synu, który dzwoni tylko w niedziele.

– Samotność bywa podstępna – powiedziała nagle poważniejąc. Jej uśmiech zgasł na chwilę, odsłaniając ból, który krył się głębiej. – Mój mąż... był trudnym człowiekiem. Przez trzydzieści lat słyszałam, że nie jestem jestem wystarczająca. Że moje marzenia śmieszne.

Spojrzałem na nią z niedowierzaniem. Na tę kobietę pełną energii?

– Kiedy odszedł... – zawiesiła głos, patrząc w filiżankę. – Postanowiłam, że resztę życia, ile by go nie zostało, przeżyję tak, jak ja chcę. W kolorach. Nawet jeśli inni uważają, że starej babie nie wypada nosić czerwieni.

W tym momencie poczułem do niej niesamowitą czułość. Zrozumiałem, że jej radość nie jest naiwnością. Była wyborem. Była aktem buntu przeciwko szarości życia.

– Czerwień ci pasuje – powiedziałem cicho. – Bardzo.

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się. Tym razem uśmiech był delikatny. Czułem, jak krew uderza mi do policzków. Mój Boże, flirtowałem. Ja, 80-letni wrak, flirtowałem z kobietą.

Jej twarz rozjaśnił uśmiech

Przez następne dwa tygodnie byliśmy nierozłączni. Marian stroił sobie żarty, ale puszczałem to mimo uszu. Chodziliśmy na spacery do parku zdrojowego, karmiliśmy wiewiórki, piliśmy tę okropną kawę. Z każdym dniem czułem się silniejszy. Moje wyniki badań się poprawiły. Pani Ania z recepcji stwierdziła z niedowierzaniem: "Panie Kazimierzu, pan nam młodnieje w oczach". Zaczęliśmy rozmawiać o intymnych sprawach. O lękach. O ciele, które odmawia posłuszeństwa.

Ostatniego wieczoru w sanatorium odbywał się Bal Pożegnalny. Tradycja. Wielka impreza z zespołem grającym hity lat 70. i 80.
Założyłem garnitur, który wisiał w szafie "na wszelki wypadek". Był trochę za luźny (schudłem na tym szpitalnym jedzeniu), ale wyprasowałem koszulę pożyczonym od Mariana żelazkiem.

– Idziesz na łowy? – zarechotał Marian.

– Idę po swoją kobietę – odparłem, poprawiając krawat. Marian zamilkł i po raz pierwszy spojrzał na mnie z szacunkiem.

Zszedłem na salę balową. Było tłoczno. Kolorowe światła, zapach perfum i lakieru do włosów. Zespół grał walca. Szukałem jej wzrokiem. Nie było jej przy stolikach. Zacząłem panikować. Czyżby zrezygnowała? Czy moje słowa ją odrzuciły? Wtedy ją zobaczyłem. Weszła spóźniona. Miała na sobie czarną suknię z cekinami i czerwony szal. Wyglądała zjawiskowo. Ruszyłem w jej stronę, przeciskając się przez tłum tańczących par. Kiedy mnie zauważyła, jej twarz rozjaśnił uśmiech, który mógłby oświetlić całe uzdrowisko.

W naszym wieku czas liczy się inaczej

Wyciągnąłem do niej rękę.

– Czy mogę prosić?

Mam dzisiaj słabszy dzień, Kazimierzu. Mogę ci deptać po palcach.

– Mam pancerne buty – uśmiechnąłem się.

Weszliśmy na parkiet. Objąłem ją mocno, dając jej oparcie. Nie tańczyliśmy tak dynamicznie jak na pierwszych zajęciach. To był powolny, intymny taniec. Przytuliliśmy się do siebie tak blisko, jak to możliwe. Czułem bicie jej serca przy mojej klatce piersiowej. Czułem ciepło jej ciała przenikające przez materiał sukni. Wokół nas wirował świat, ale dla mnie istniała tylko ona. Krystyna położyła głowę na moim ramieniu.

– Dobrze mi z tobą – szepnęła.

– Zostań ze mną – odpowiedziałem, nie planując wcześniej tych słów. – Nie wracaj do pustego mieszkania. Mam duży dom. Za duży dla jednego starego zrzędy. Spróbujmy.

Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Widziałem w nich łzy.

– To szaleństwo. Znamy się trzy tygodnie.

– W naszym wieku czas liczy się inaczej. Trzy tygodnie to jak trzy lata. Nie mamy czasu na konwenanse, Krysiu.

Pocałowała mnie. Delikatnie, ostrożnie, a potem coraz mocniej. Na środku sali, wśród setki kuracjuszy. Gdzieś z tyłu usłyszałem gwizdy i oklaski, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Czułem się, jakbym miał znowu dwadzieścia lat, a jednocześnie czułem ciężar i piękno wszystkich moich siedemdziesięciu.

Nigdy nie wiesz, kto czeka na parkiecie

Od tamtego wieczoru minęło pół roku. Piszę te słowa, siedząc na kanapie w moim domu. Obok mnie, na leżaku, siedzi Krystyna. Rozwiązuje krzyżówkę i mruczy pod nosem, szukając hasła na sześć liter. Ma na sobie czerwoną bluzkę. Nie, nie zamieszkaliśmy od razu razem. Krystyna jest zbyt niezależna, by rzucić wszystko z dnia na dzień. Ale spędzamy ze sobą każdy weekend. Czasem ona przyjeżdża do mnie, czasem ja do niej. Mój syn Paweł początkowo był w szoku ("Tato, w twoim wieku?!"), ale kiedy zobaczył, jak zmieniło się moje nastawienie do życia, jak zacząłem dbać o siebie, jak wrócił mi apetyt – zaakceptował to.

Nasz związek nie jest sielanką z komedii romantycznej. Mamy swoje problemy. Bolą nas stawy, kłócimy się o to, co oglądać w telewizji, musimy pilnować pór brania leków. Bywają dni, gdy Krystyna ma gorszy humor i wracają demony przeszłości. Bywają dni, gdy ja zamykam się w sobie. Ale mamy siebie. Wiem, że nasz czas jest ograniczony. Może mamy przed sobą rok, może pięć, a może dziesięć. Ale każda chwila spędzona z nią jest warta więcej niż lata samotnej wegetacji. Nauczyła mnie, że starość nie musi być poczekalnią na śmierć. Że pomarszczona skóra wciąż potrafi czuć dreszcze. Że serce, nawet w tym wieku, ma nieskończoną pojemność.

– Kaziu! – woła Krystyna, odrywając wzrok od gazety. – "Uczucie silniejsze niż śmierć", na sześć liter?

Uśmiecham się do niej i biorę łyk herbaty.

– Miłość, Krysiu. To musi być miłość.

Patrzę na nią i wiem jedno: miałem rację. To był tylko zwykły wtorek, kiedy ją spotkałem, ale ten wtorek uratował mi życie. Więc jeśli myślisz, że twój czas już minął, że jesteś za stary, za gruby, zbyt schorowany na szczęście – spójrz na nas. I idź na te tańce. Nigdy nie wiesz, kto czeka na parkiecie.

Kazimierz, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama