„Nie spodziewałem się już żadnych fajerwerków w moim życiu. 1 stycznia spotkałem kogoś, dla kogo serce zabiło mocniej”
„Rozmawialiśmy bez napięcia, jakby to była jakaś powtórka, dogrywka czegoś, co kiedyś nie zdążyło się wydarzyć. Wspominaliśmy liceum, nauczycieli, głupie żarty na przerwach. Magda przypomniała sobie historię z matury z polskiego”.

Nie wracałem z Anglii do Polski, żeby się spotykać, gonić po kawiarniach, nadrabiać zaległości z liceum. Potrzebowałem oddechu. Miałem dosyć ludzi, ich spraw, próśb i opowieści, jak to sobie radzą albo nie radzą. Marzyłem tylko o paru dniach spokoju, z dala od telefonów i terminów, z prostym planem: zjeść coś domowego, posiedzieć z mamą, pomilczeć i wrócić do siebie. Taki miał być mój koniec roku – nijaki, cichy, byle jaki.
Wróciłem do domu
Dopiero po przylocie dotarło do mnie, jak bardzo się zmieniłem przez te wszystkie lata. Już nie potrafiłem się odnaleźć na tych samych ulicach, które kiedyś znałem na pamięć. Wszystko było znajome, ale jakby z daleka. Na ludzi patrzyłem z większą rezerwą. Nawet do sąsiadów z klatki nie odezwałem się pierwszy, mimo że poznali mnie od razu. Kiedyś pewnie bym zagadał, teraz tylko skinąłem głową.
Ale była też ta druga strona – coś, co mimo wszystko ciągnęło mnie z powrotem. Mróz, który szczypał w policzki, światła w oknach, dźwięk tramwaju. Polska w grudniu potrafiła być piękna. Trochę smutna, ale w tym smutku prawdziwa. I był też Sylwester. Nigdy za nim nie przepadałem, ale sam moment przejścia między starym a nowym rokiem miał w sobie coś symbolicznego, coś, co chciałem przeczekać w spokoju.
W Sylwestra spałem długo. Niby mogłem posiedzieć w łóżku cały dzień, ale coś mnie wypychało z domu. Zimno było okrutnie, śnieg zasypał ulice bez litości, a ja, zamiast odpuścić, postanowiłem pojechać do centrum.
Nie miałem celu
Po pięciu minutach miałem dość. Zimny wiatr wlatujący pod szalik nie zostawiał złudzeń – Nowy Rok powitał nas srogo. Podszedłem do przystanku, czekając na autobus. Ludzi było niewiele. Starsza kobieta, jakiś chłopak z pizzą w pudełku i dziewczyna z rozwianym szalikiem, próbująca się ogrzać pod dachem wiaty. I dopiero wtedy ją rozpoznałem.
Najpierw spojrzałem na nią krótko i odwróciłem wzrok, ale coś nie dawało mi spokoju. Jeszcze raz, tym razem dłużej. Ten sposób, w jaki przygryzała wargę, patrząc przed siebie – znałem go aż za dobrze. To była Magda z liceum, która wtedy wydawała się kompletnie poza moim zasięgiem. Poczułem się, jakby mi ktoś włączył w głowie stary film. Podszedłem.
– Magda?
Obróciła się, z lekkim wahaniem, jakby nie była pewna, czy to do niej.
– Bartek?
Jej głos nie zmienił się wcale. Oczy też nie.
– Co ty tu robisz? – zapytała z uśmiechem.
– Właściwie nic konkretnego. Noworoczny spacer. A ty?
– Wracam od ciotki. Autobus nie przyjeżdża od pół godziny, zamarzam.
– Ja też.
Nie spodziewałem się
Przez chwilę staliśmy w milczeniu, zmarznięci, zdezorientowani tym spotkaniem.
– Może pójdziemy gdzieś się ogrzać? – zaproponowałem w końcu.
– Chodźmy. O ile znajdziemy coś otwartego w ten dzień.
Ruszyliśmy bez pośpiechu. Nie padło wiele słów, ale atmosfera była dziwnie znajoma, jakbyśmy nie widzieli się tydzień, a nie dwadzieścia lat. Znaleźliśmy kawiarnię – niewielką, z jedną parą w kącie i kelnerką, która wyglądała, jakby marzyła, żeby już wrócić do domu. Zamówiliśmy herbaty i usiedliśmy przy oknie. Śnieg nie przestawał padać.
– Jak długo cię nie było? – zapytała Magda.
– Piętnaście lat. Wróciłem tylko na święta. Miałem nie wychodzić z domu, ale coś mnie dzisiaj wyniosło. I dobrze, jak się okazuje.
Uśmiechnęła się, nie spuszczając wzroku z parującego kubka.
– Ja nigdy nie wyjechałam. Zawsze wydawało mi się, że jeszcze mam czas, a potem ten czas się jakoś rozchodził.
Rozmawialiśmy bez napięcia, jakby to była jakaś powtórka, dogrywka czegoś, co kiedyś nie zdążyło się wydarzyć. Wspominaliśmy liceum, nauczycieli, głupie żarty na przerwach. Magda przypomniała sobie historię z matury z polskiego i niemal zakrztusiła się ze śmiechu.
Wpadłem po uszy
– Pamiętasz, jak się kłóciliśmy o tę prezentację z „Lalki”? Ty wszystko chciałeś mieć perfekcyjnie.
– A ty robiłaś mi na złość – odparłem, nie do końca żartem.
– Może po prostu chciałam, żebyś zwrócił na mnie uwagę.
Złapałem się na tym, że patrzę na nią dłużej, niż wypadało. Miała te same oczy, tylko mniej w nich było dziewczęcej pewności, a więcej jakiejś cichej rezygnacji.
– Trochę głupio, że tak po latach… że my teraz tu siedzimy, nie?
– Głupio? – spojrzała na mnie z przekąsem. – Może właśnie w końcu przestało być głupio.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Siedziałem naprzeciwko niej i czułem coś, czego nie było w moim życiu od dawna. Zostaliśmy tam do zamknięcia. Potem poszliśmy na przystanek, ale autobus znowu nie nadjeżdżał.
– Masz ochotę jeszcze pospacerować? – zapytała, wbijając wzrok w śnieg.
– Jasne – odpowiedziałem. – Nie mam planów na dziś. Na jutro też nie.
Szliśmy przez miasto, które wyglądało, jakby zasnęło na chwilę. Śnieg tłumił dźwięki, nawet nasze kroki. Warszawa była miękka, spokojna, nierzeczywista. Co jakiś czas Magda poprawiała kaptur, który uparcie zsuwał się z głowy. W końcu się zatrzymała.
– Może przyjdziesz do mnie? – spytała bez zawahania.
Chciałem tego
Kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi, zdjąłem płaszcz i powiesiłem go na wieszaku. Magda zrobiła to samo. Stała naprzeciwko mnie w swetrze, z policzkami jeszcze czerwonymi od mrozu, i nagle między nami zapadła cisza, zupełnie inna niż ta na zewnątrz.
– Wiesz, że my się kiedyś całowaliśmy? – powiedziała cicho.
– Pamiętam.
– Ale wtedy się przestraszyłeś.
– A teraz?
– Teraz jestem ciekawa, czy się zmieniłeś.
Podszedłem do niej bez słowa. Pocałowałem ją inaczej niż wtedy, inaczej niż kogokolwiek. Było w tym coś surowego, jakbyśmy chcieli się upewnić, że to się naprawdę dzieje.
– Nie chcę, żebyśmy się potem obudzili i udawali, że nic nie było – powiedziała.
– Nie musimy.
Próbowałem zrozumieć, co się właściwie dzieje. Przecież miałem wrócić, przecież to miało być tylko kilka dni, a teraz leżałem w łóżku z dziewczyną, którą znałem i nie znałem jednocześnie, i która sprawiała, że znowu coś czułem. Rano wstała cicho. Usiadła na łóżku.
– Muszę iść.
– Jasne.
Coś się zmieniło
Zawahała się.
– Chciałabym cię jeszcze zobaczyć, zanim wyjedziesz.
– A może nie wyjadę?
Nie odpowiedziała, ale uśmiech, który zostawiła, mówił więcej niż cokolwiek, co mogłaby wtedy powiedzieć. Po tamtej nocy spotykaliśmy się codziennie. Rano pisaliśmy do siebie krótkie wiadomości – „żyjesz?”, „kawa?” – i nim się obejrzałem, dzień już był wspólny.
Chodziliśmy po mieście, rozmawialiśmy, jedliśmy w barach mlecznych i zadomowiliśmy się w jednej kawiarni, gdzie zawsze był wolny stolik przy oknie. Magda opowiadała o pracy, ja o tym, jak wygląda moje życie w Anglii. Któregoś wieczoru, kiedy już mieliśmy się rozstać, zapytałem:
– Chcesz, żebym został?
– Chcę.
Zostałem. I zostałem też następnego dnia. Potem już nie pytałem. To wszystko było trochę za szybkie, trochę zbyt płynne, jakbyśmy próbowali dogonić coś, co powinno się wydarzyć dawno temu, ale kiedy spojrzałem na nią któregoś popołudnia, pomyślałem: może nie wszystko trzeba mieć zaplanowane?
Bartłomiej, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sylwestra musieliśmy być razem, bo trzymał nas kredyt. Niestety gdy ja walczyłam o miłość, on wolał święty spokój”
- „Zięć się na mnie dąsa, bo nic mu nie dałam pod choinkę. A to już nie wystarczy, że codziennie się u mnie stołuje?"
- „Nie miałam nawet na chleb, ale Wigilię ktoś zostawił mi paczkę pod drzwiami. Nie mogłam powstrzymać łez”