Reklama

Zasłony w oknie wiszą krzywo, jakby zrezygnowane. Przesiąknięte zapachem wilgoci i zimna. W mieszkaniu jest ciemno, choć jest dopiero popołudnie. Prąd mam, ale jakoś nie włączam światła. Wychodzę z założenia, że jeśli nie widzę rachunków, to może i one mnie nie widzą. Może przestaną istnieć. Córka śpi zawinięta w kurtkę. Tę samą, w której chodzi do przedszkola. Jej małe stopy wystają spod koca. Kaloryfery zimne. Tak zimne, że aż boli, gdy dotykam ich dłonią. Pracuję na pół etatu w osiedlowym sklepie spożywczym i od trzech lat samotnie wychowuję córkę. Jej ojciec… zniknął. Po prostu. Wyszedł pewnego dnia i już nie wrócił. Alimenty? Ha! W teorii istnieją. W praktyce – nie. A ja... miałam sobie poradzić. Byłam dumna. Uparcie nie chciałam prosić o pomoc. Bo przecież matka powinna sobie radzić. Powinna.

Codzienność jest jak powolne zamarzanie. Rano parzę herbatę z drugiego zaparzania torebki. Córce smaruję chleb pasztetem sojowym, który był na promocji. Wieczorami siedzę na podłodze i udaję, że się bawię. Ale w głowie mam tylko pytanie. Za co zapłacę gaz? Wszystko jest „trochę za duże”. Rachunki – trochę za duże. Odległość do normalnego życia – trochę za duża. I duma – też trochę za duża, żeby iść po pomoc. Przecież wcale nie jestem jeszcze na dnie. Jeszcze oddycham. Jeszcze mi wstyd. Ale dziś... dziś córka powiedziała przez sen: „Mamo, zimno”. I to mnie złamało. Siedzę na wersalce, otulona kocem, trzymam telefon w dłoni i gapię się w ekran. Wyszukałam numer do MOPS-u. Mam go od wczoraj. Wczoraj go nie wybrałam. Dziś – też nie. Palec zawisa nad zieloną słuchawką. Jeszcze chwilę. Jeszcze trochę wstydu, zanim sięgnę po pomoc.

Nie byłam dumna, ale zmęczona

Usiadłam przy kuchennym stole i oparłam łokcie o blat. Telefon leżał przede mną ekranem do góry. Numer był już wpisany. Znałam go na pamięć, choć przeczytałam go tylko raz. Trzymałam palec nad zieloną słuchawką i słyszałam, jak bije mi serce. Było tak cicho, że aż mnie to drażniło. Córka bawiła się w drugim pokoju. Szeptała coś do swoich lalek. Udawała, że wszystko jest normalnie. W końcu nacisnęłam.

– Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, słucham?

– Dzień dobry... ja... – głos mi zadrżał. Przełknęłam ślinę i poprawiłam się. – Dzień dobry, chciałam zapytać... to znaczy, ja... jestem samotną matką i... – zabrakło mi słów.

– Proszę mówić spokojnie – odpowiedziała kobieta po drugiej stronie. Mówiła rzeczowym tonem, jakby miała przed sobą kolejny formularz do wypełnienia. – Potrzebuje pani wsparcia finansowego?

– Tak. Chodzi o... ogrzewanie. I inne rachunki.

– Czy ma pani dochód?

– Pracuję na pół etatu. W sklepie. Mam córkę.

– Zgłosi się pani osobiście?

Zamilkłam. W głowie miałam jedno pytanie: czy naprawdę już muszę? Czy naprawdę jestem kimś, kto dzwoni do MOPS-u? Kto idzie tam i mówi, że nie daje rady?

– Tak... postaram się – powiedziałam w końcu. – Mogę przyjść jutro.

– Między dziewiątą a trzynastą. Proszę przynieść dokumenty. Umowę o pracę, wyciągi z konta, ostatni rachunek za prąd, gaz i potwierdzenie zameldowania.

Zapisując wszystko na odwrocie koperty, czułam jak z każdym słowem kobiety robi mi się coraz bardziej duszno. Podziękowałam i odłożyłam telefon. Wyszłam z córką na spacer. Było zimno, śnieg skrzypiał pod butami. Mała miała zasłoniętą twarz szalikiem i milczała. Chciała, żebym nie mówiła do niej po drodze. Czasem tak miała, a ja to rozumiałam. Miasto było szare. Ludzie mijali nas bez słowa. Przechodzili obok jak duchy. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą, dokąd idę jutro. I po co. Miałam wrażenie, że mam to wypisane na twarzy. Nie byłam dumna. Byłam tylko zmęczona.

Nikt nie pytał, jak się czuję

Weszłam do budynku i od razu poczułam, jak robi mi się gorąco. Zimno zostało na zewnątrz, a tutaj panował zapach plastiku, papieru i kawy z automatu. Rozejrzałam się niepewnie. Pod ścianami stały rzędy krzeseł. Na większości siedzieli ludzie – starsi, młode kobiety z dziećmi, jacyś mężczyźni z pękami dokumentów w dłoniach. Każdy miał ten sam wyraz twarzy: obojętność przemieszana z rezygnacją. Usiadłam na wolnym miejscu, córka wcisnęła się obok i wyciągnęła z kieszeni mój stary telefon. Wiedziała, że ma być cicho. Przesuwała palcem po wyłączonym ekranie, udając, że ogląda bajkę.

Patrzyłam na tablicę z numerkami. Co jakiś czas rozlegał się dźwięk i ktoś wstawał. Wszystko działo się bez słowa. Miałam w ręce segregator z dokumentami. Trzymałam go na kolanach, jakby był jedynym, co mnie trzyma jeszcze w pionie. Kiedy wywołali mój numer, podniosłam się od razu. Nie chciałam, żeby musieli powtarzać. Weszłam do pokoju. Za biurkiem siedziała kobieta w ciemnym swetrze. Miała krótkie włosy i okulary zsunięte na czubek nosa. Bez uśmiechu, bez przywitania, tylko skinęła głową i wyciągnęła rękę po papiery.

– Proszę, to wszystko, o co pani prosiła wczoraj – podałam jej dokumenty.

Przeglądała je szybko, stukała palcem w kalkulator.

– Dochód... pół etatu. Ojciec dziecka?

Zamilkłam. Spojrzałam na nią i nic nie powiedziałam.

– Nie mieszka z panią?

Pokręciłam głową.

– Alimenty?

– Nie płaci – powiedziałam cicho. – Jest dłużnikiem.

– Ma pani zaświadczenie z funduszu alimentacyjnego?

– Nie mam... jeszcze nie składałam.

To będzie potrzebne. Inaczej nie wliczymy tego jako utraconego dochodu.

Córka poruszyła się na krześle. Kobieta spojrzała na nią przez okulary, potem z powrotem na mnie.

– Proszę wypełnić ten wniosek – podała mi kartkę. – I to. I jeszcze oświadczenie o stanie majątkowym.

Pochyliłam się nad dokumentami. Ręka mi drżała. Z każdą kolejną rubryką czułam się coraz bardziej przezroczysta. Pytania były dokładne, techniczne. Czy posiadam samochód? Czy mam oszczędności? Czy ktoś z rodziny może mnie wspierać finansowo? Czułam, jak rośnie we mnie frustracja. Byłam jednocześnie w środku tego wszystkiego i jakby poza. Nikt mnie nie zapytał, co się wydarzyło. Nikt nie zapytał, jak się czuję. Tylko liczby, rubryki, podpisy. Wyszłam z pokoju po godzinie. W dłoni miałam kolejną kartkę – tym razem z datą wydania decyzji. Nie czułam ulgi. Czułam się, jakbym oddała coś, co powinno należeć tylko do mnie.

Kwota wyglądała jak wyrok

Wróciłam do domu z kartką złożoną na pół i wetkniętą między inne papiery, jakby była czymś wstydliwym, co lepiej schować, zanim ktoś zobaczy. Klucze zgrzytnęły w zamku, drzwi ustąpiły i wpadł do środka ten sam chłód, który czekał tu na mnie codziennie. Córka od razu pobiegła do pokoju, ściągnęła buty i zaczęła mówić coś do zabawek, jakby chciała zagłuszyć ciszę. Zostałam w kuchni. Rozłożyłam papier na stole i przez chwilę tylko patrzyłam na czarne litery. Decyzja. Wysokość przyznanego zasiłku: 320 zł. Trzysta dwadzieścia. W innym życiu to byłby rachunek za jedzenie na kilka dni albo zwykły wydatek, o którym człowiek zapomina. W moim życiu to była różnica między „może jeszcze tydzień” a „jutro nam to odetną”.

Nie poczułam ulgi. Nie pojawiła się też radość. Pojawiło się zmęczenie, takie gęste, że aż ciężko było oddychać. Złapałam się na tym, że trzymam tę kartkę jak dowód własnej porażki, jak potwierdzenie, że jednak nie dałam rady. Spojrzałam na rachunek za prąd, który leżał obok, wciąż nieopłacony. Kwota wyglądała jak wyrok. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do dostawcy. Rozmowa była krótka, mechaniczna, tak samo pozbawiona ludzkiego tonu, jak w urzędzie.

– Dzień dobry, chciałabym opłacić zaległość – powiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić.

– Numer klienta? – usłyszałam.

Podyktowałam. Przez chwilę klikał coś w komputerze.

– Kwota do zapłaty to…

Nie słuchałam nawet dokładnie. Wiedziałam, że zapłacę. Nieważne, czy zostanie mi na coś innego. W tej jednej chwili liczyło się tylko to, żeby prąd został. Żeby nie było kolejnego upokorzenia. Żeby nie musieć tłumaczyć córce, czemu nie świeci się lampka. Kiedy potwierdził, że płatność przeszła, poczułam coś dziwnego. Jakby powietrze było odrobinę lżejsze. Jakby nieco mniej dociskało mi klatkę piersiową. I zaraz obok tego przyszło inne uczucie, ostre i gorzkie, bo dotarło do mnie, jak mało potrzeba, żebym przestała się bać. Jak nisko zaszłam, skoro trzysta dwadzieścia złotych brzmiało jak ratunek.

Usiadłam na krześle i oparłam głowę o szafkę. W drugim pokoju córka zaczęła nucić coś pod nosem. Poszłam do niej i zobaczyłam, że zasnęła na dywanie, z policzkiem wciśniętym w poduszkę. Wyglądała spokojnie, jakby nie wiedziała, ile wysiłku kosztuje mnie każda doba. Patrzyłam na nią długo. W głowie miałam własny głos, cichy i zmęczony, ale uparty. Powiedziałam sobie w myślach: „Nie umrzemy tej zimy. To chyba sukces. Albo chociaż coś na jego kształt”.

Miał spuszczony wzrok

Tamtego dnia padał śnieg. To był ten sam dzień, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam. Pamiętam, bo córka biegała wtedy od okna do drzwi i wołała, że świat zrobił się cały biały. A on stał w przedpokoju, z torbą przerzuconą przez ramię i niezasznurowanymi butami. Nie patrzył na mnie. Miał spuszczony wzrok, jakby nie umiał wymyślić nic, co warto by powiedzieć. A może po prostu nie chciał.

– Wiesz, że nie mam zamiaru biegać za tobą z prośbą o alimenty – powiedziałam. – Ale ona cię zapamięta. Pamięta się, kto cię zostawił. Całe życie.

Nie odpowiedział. Oparł się o framugę i tylko powiedział, że to nie tak miało być. Że się pogubił. A potem wyszedł. Po prostu. Bez krzyku, bez drzwi trzaśniętych na znak buntu. Po cichu, jakby nie chciał zostawiać śladów. A ja zostałam z dzieckiem na rękach i poczuciem, że zostałam z niczym. Od tamtej chwili – cisza. Dwa lata. Ani jednego telefonu. Ani jednego „jak ona?”. Żadnego przelewu, żadnego sms-a w święta. Gdyby nie to, że mam jego zdjęcie w jednym z folderów, mogłabym uznać, że sobie go wymyśliłam. Kilka dni temu sąsiadka z góry wpadła na mnie na klatce.

– Nie masz z nim kontaktu? – zapytała, poprawiając siatkę z zakupami. – Ojciec dziecka to powinien się interesować...

Uśmiechnęłam się krzywo. Co miałam powiedzieć? Że ostatni raz widziałam go, jak znikał w śniegu? Że przez chwilę miałam nadzieję, że wróci, bo zapomniał kluczy? I że przez kolejne miesiące sprawdzałam skrzynkę mailową z tą samą głupią nadzieją? Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności, słuchając, jak w rurach coś bulgocze. Może to zapowiedź, że ogrzewanie ruszy. Ale kaloryfery nadal były lodowate. Na palcach miałam dreszcze, mimo że przykryłam się trzema kocami.

Sięgnęłam po telefon. Otworzyłam wiadomość do niego. Pisałam bez planu, bez sensu, po prostu: „Powinna cię obchodzić. Ma twoje oczy”. Potem skasowałam. Napisałam inną: „Nie chcę twoich pieniędzy. Chcę, żebyś chociaż raz zapytał, czy śpi w ciepłym łóżku”. I znów usunęłam. W końcu napisałam tylko jedno słowo: „Naprawdę?” Nie wysłałam. Położyłam telefon na poduszce i odwróciłam się do ściany. W nocy córka przekręciła się w łóżku, zawinęła się ciaśniej w koc i powiedziała przez sen:

– Mamo, zimno...

Leżałam obok, patrzyłam w sufit i nie czułam już nic.

Nie czułam triumfu

Zaskrzypiały rury. Prawdziwie, głośno. Potem nagle – ciepło. Najpierw nieśmiałe, jakby kaloryfer próbował się upewnić, czy może. Potem mocniejsze, rozchodzące się po mieszkaniu jak coś zapomnianego. Córka wstała rano i powiedziała:

– Mamo, grzeje! – i zanim zdążyłam odpowiedzieć, już przytulała się do ciepłego kaloryfera.

Stałam w progu kuchni, patrzyłam na to i przez chwilę nie mogłam się poruszyć. Woda zagotowała się w czajniku. Zaparzyłam herbatę – taką zwykłą, z jedną torebką – i usiadłam przy stole. Nie czułam triumfu. Raczej zdziwienie. Jakby ktoś niechcący wcisnął przycisk „lepiej”. Wiedziałam, że to nie koniec. 320 zł nie rozwiązywało wszystkiego. Ale dało dzień. Może dwa. I to wystarczyło.

Usiadłam z kartką i napisałam kilka zdań. Nie do kogoś. Do siebie. Napisałam, że się bałam. Że wstyd mnie paraliżował. Że nie byłam gotowa na bycie matką. Ale jestem. I że nie poddam się tylko dlatego, że ktoś uznał, że matka bez męża to już tylko przegrana. Pomyślałam, że może nie jestem silna. Może po prostu nie mam wyboru. Ale przecież to też coś.

Marta, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama