„Nie świętowałam walentynek, bo nie miałam z kim. Po kłótni z mamą zrozumiałam, że nie jestem singielką z wyboru
„Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie bolało. Przypomniałam sobie ludzi, którzy chcieli zostać dłużej, a ja znajdowałam powody, by ich odsunąć. Bo łatwiej było być tą niezależną niż tą potrzebującą miłości”.

- Redakcja
Nie planowałam nic na walentynki. Dla wszystkich były serca i kolacje, dla mnie cisza. Myślałam, że to kwestia pecha albo złego momentu. Dopiero kłótnia z mamą ujawniła bolesną prawdę. W jej słowach było coś, co połączyło samotność z dawnymi decyzjami. Zrozumiałam, że brak świętowania nie wziął się znikąd.
Chciałam zaprzeczyć
Czternastego lutego wróciłam wcześniej z pracy. W mieszkaniu było chłodno. Zdjęłam płaszcz i postawiłam torbę na krześle, tym samym, na którym od lat odkładałam rzeczy „na chwilę”. Zaparzyłam herbatę w ulubionym kubku z wyszczerbionym uchem. Mama zawsze mówiła, żebym go wyrzuciła, ale jakoś nie umiałam. Telefon leżał ekranem do dołu. Ani jednej wiadomości. Nawet tej niezręcznej, od kogoś, kto pisze tylko dlatego, że wypada. Usiadłam przy stole i wpatrywałam się w parę unoszącą się znad kubka, jakby mogła mi coś powiedzieć. Dopiero wieczorem zadzwoniła mama.
– Przyjedziesz jutro? – zapytała tonem, który zawsze oznaczał, że decyzja już zapadła.
– Nie wiem, mamo. Jestem zmęczona – odpowiedziałam ostrożnie.
– Zmęczona czym? Siedzeniem sama? – rzuciła niby żartem, ale poczułam ukłucie.
Zacisnęłam palce na kubku.
– Nie zaczynaj.
– Ja nie zaczynam, ja tylko mówię. Widziałam dziś twoją kuzynkę. Zaręczona. Taka młoda, a poukładana.
– Gratuluję jej – powiedziałam, czując, jak coś we mnie się prostuje, gotowe do obrony.
– Tobie też by się przydało trochę… stabilności. Zawsze wszystko na później odkładałaś. Ludzi też.
Milczałam.
– Nie każdy musi żyć tak samo – odezwałam się w końcu.
– Wiem, ale ty zawsze uciekasz, gdy robi się blisko – powiedziała ciszej. – Nawet przede mną.
To zdanie zawisło między nami. Chciałam zaprzeczyć, ale zabrakło mi słów.
– Porozmawiamy jutro – dodała, jakby żałowała, że powiedziała za dużo.
Rozłączyła się, a ja siedziałam jeszcze długo przy stole. Zrozumiałam, że ta walentynkowa cisza była echem czegoś starszego. Nie braku okazji, tylko moich decyzji.
Spojrzała na mnie uważnie
Pojechałam do mamy następnego dnia, choć całą drogę powtarzałam sobie, że to zły pomysł. Jej mieszkanie pachniało rosołem i pastą do podłóg, dokładnie tak jak w dzieciństwie. Zdjęłam buty i od razu poczułam, że jestem znowu „córką”, a nie dorosłą kobietą z własnym życiem.
– Usiądź, zjesz coś – powiedziała, nie patrząc na mnie.
– Nie jestem głodna.
– Zawsze tak mówisz.
Usiadłam przy kuchennym stole. Tym samym, przy którym kiedyś odrabiałam lekcje, a ona poprawiała mi zadania domowe. Teraz poprawiała moje życie.
– Wczoraj przesadziłam – zaczęła nagle. – Ale martwię się o ciebie.
– Martwienie się to jedno, mamo. A wbijanie mi szpil to drugie – odpowiedziałam, szybciej, niż planowałam.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Ty naprawdę myślisz, że jesteś sama przez przypadek?
To pytanie zabolało bardziej niż wczorajszy żart.
– A ty myślisz, że to moja wina? – uniosłam głos.
– Myślę, że zawsze wybierałaś bezpieczną odległość – odparła spokojnie. – Od ludzi, od uczuć. Nawet ode mnie, kiedy było trudno.
– Bo kiedy było trudno, ty nigdy nie słuchałaś! – wyrwało mi się. – Zawsze wiedziałaś lepiej.
Zapadła cisza. Mama usiadła naprzeciwko mnie, wolno, jakby coś ważyła.
– Może – przyznała. – Ale ty też nigdy nie dawałaś się poznać do końca. Zamykałaś drzwi, zanim ktoś zdążył zapukać.
Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie bolało. Przypomniałam sobie ludzi, którzy chcieli zostać dłużej, a ja znajdowałam powody, by ich odsunąć. Bo łatwiej było być tą niezależną niż tą potrzebującą miłości.
– Myślałam, że tak jest bezpieczniej – powiedziałam ciszej.
Mama wyciągnęła rękę i położyła ją na mojej.
– Bezpieczniej nie zawsze znaczy szczęśliwiej.
Wyszłam od niej późnym popołudniem z uczuciem ciężaru, ale też jasności. Ta kłótnia nie była tylko o walentynki. Była o schemat, który nosiłam latami. I pierwszy raz nie chciałam już udawać, że go nie widzę.
Zawahałam się
Przez kilka dni po wizycie u mamy chodziłam jak w półśnie. W pracy wykonywałam obowiązki automatycznie, uśmiechałam się tam, gdzie wypadało, ale w środku cały czas wracały jej słowa. „Zamykałaś drzwi, zanim ktoś zdążył zapukać”. Wieczorami siadałam na kanapie i przeglądałam stare wiadomości. Niektóre rozmowy kończyły się nagle, z mojej strony. Bez kłótni, bez dramatu. Po prostu przestawałam odpisywać. Tłumaczyłam to sobie zmęczeniem, brakiem chemii, intuicją. Teraz widziałam w tym strach. Pewnego dnia zadzwoniła Ola, koleżanka z pracy.
– Idziemy jutro na kawę? – zapytała lekko. – Zawsze mówisz, że nie masz czasu, więc pomyślałam, że spróbuję jeszcze raz.
Zawahałam się. Już miałam powiedzieć „innym razem”, kiedy poczułam znajome napięcie w brzuchu. To był ten moment, w którym zwykle się wycofywałam.
– Dobrze – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Ku mojemu zaskoczeniu, spotkanie było zwyczajne. Rozmawiałyśmy o pracy, o jej psie, o mojej mamie. W pewnym momencie Ola spojrzała na mnie uważnie.
– Wiesz, zawsze wydawałaś mi się bardzo zamknięta – powiedziała bez złośliwości. – Ale jak już coś powiesz o sobie, to nagle robi się… miło.
To zdanie mnie zaskoczyło. Wróciłam do domu z myślą, że może nie wszyscy ode mnie odchodzili. Może to ja nie zostawiałam im miejsca. Wieczorem stanęłam przed lustrem w łazience. Patrzyłam na siebie długo, bez oceniania. Pierwszy raz pomyślałam, że samotność nie była karą. Była konsekwencją.
Przestałam się bać
Zmiany nie przyszły nagle. Nie obudziłam się odmieniona ani odważniejsza. Raczej uczyłam się zatrzymywać w tych momentach, w których wcześniej uciekałam. Kiedy ktoś zadawał pytanie zbyt osobiste, nie obracałam go w żart. Kiedy zapraszano mnie gdzieś spontanicznie, nie szukałam od razu wymówki. Najtrudniejsza była rozmowa z mamą, kilka tygodni później. To ja zadzwoniłam.
– Wpadniesz w niedzielę? – zapytałam, zanim zdążyła przejąć inicjatywę.
W jej głosie pojawiło się zaskoczenie.
– Oczywiście.
Siedziałyśmy w salonie, przy oknie. Za szybą topniał śnieg, a w pokoju było cicho, inaczej niż zwykle.
– Myślałam o tym, co powiedziałaś – zaczęłam. – O tym, że uciekam.
Mama spojrzała na mnie ostrożnie, jakby bała się, że to tylko wstęp do kolejnej obrony.
– I?
– I chyba miałaś rację. Jednak to nie znaczy, że robiłam to z wygody. Raczej ze strachu.
Westchnęła.
– Wiem. Ja też się bałam. Czasem za bardzo naciskałam, bo wydawało mi się, że inaczej cię stracę.
Te słowa były miękkie, bez oskarżeń. Poczułam, jak napięcie, które nosiłam latami, powoli puszcza.
– Nie chcę już tak – powiedziałam. – Ani z tobą, ani z innymi.
Mama uśmiechnęła się smutno. A potem podeszła i przytuliła mnie mocno. Tak od serca.
– To dobrze. Bo ja też nie chcę.
Wieczorem miałam poczucie, że coś się domknęło, choć nic spektakularnego się nie wydarzyło. Nie pojawił się nagle ktoś nowy, nie było wielkich deklaracji. Zrozumiałam, że walentynki były znakiem, że przez lata trzymałam serce na dystans. Teraz drzwi wciąż były ciężkie, ale już nie były zamknięte na klucz.
Nauczyłam się ufać sobie
Kiedy rok później przyszły kolejne walentynki, nie miałam nagle wielkiej miłości ani idealnego planu na wieczór. Miałam za to zaproszenie od Oli na wspólną kolację i wiadomość od mamy:
„Jak będziesz chciała, wpadnij w weekend”.
Proste zdania, bez presji. I ja, która nie szukała już wymówek. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Tamta samotność nie była losem ani pechem. Była mechanizmem obronnym, który działał aż za dobrze. Chronił mnie przed rozczarowaniem, ale zabierał też bliskość. Kiedy przestałam go używać bezmyślnie, świat nie stał się od razu łatwy, ale zrobił się pełny. Nie świętowałam walentynek w klasycznym sensie. Nie było świec ani wielkich gestów. Była rozmowa, śmiech i uczucie, że jestem już sama. I to wystarczyło.
Agnieszka, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remont kuchni planowałam od dawna, marząc o rodzinnych obiadach. Niestety wspólny stół nie sklei tego, co w nas pękło”
- „Ferie u teściów okazały się pułapką. Zamiast szusować po stoku, musiałem zająć się remontem ich mieszkania”
- „W tłusty czwartek zamiast faworków najadłam się wstydu. Po słowach teściowej zapadłam się pod ziemię”