Reklama

W praktyce to albo faceci, którzy po trzech spotkaniach chcą ustalać datę ślubu i planować imiona dzieci, albo tacy, którzy znikają bez słowa, jakby pochłonęła ich czarna dziura. I ja niby mam się w tym odnaleźć? No cóż… próbowałam. I właśnie o tym będzie ta historia.

Aplikacja randkowa

Wszystko zaczęło się od sobotniego wieczoru z przyjaciółką, która uparcie twierdziła, że muszę „otworzyć się na nowe możliwości”. Ja byłam bardziej skłonna otworzyć drugą butelkę, ale dałam się namówić na założenie konta w aplikacji randkowej. Zdjęcie profilowe zrobiłyśmy naprędce w mojej kuchni – trochę rozmazane, ale podobno miałam na nim „ten błysk w oku”. Profil uzupełniłam szczerze: lubię książki, spacery, nie palę, szukam normalności. Brzmi banalnie, ale już miałam dość udawania kogoś innego.

Na początku wszystko wydawało się nawet zabawne. Ktoś napisał, że mam piękny uśmiech, ktoś inny, że wyglądam „bardzo kobieco” – co to znaczy, nie wiem do dziś. Jeden z panów – Wojtek, informatyk z Warszawy – zaprosił mnie na kawę. Był miły, grzeczny, opowiadał o swoich dwóch córkach i rozwodzie z żoną, która „nie rozumiała jego pasji do gier planszowych”. Trochę się pośmialiśmy, ale kiedy przy drugim spotkaniu zapytał, czy wyobrażam sobie wspólną Wigilię z jego mamą, coś we mnie zgrzytnęło.

Po miesiącu aplikacja stała się bardziej obowiązkiem niż przyjemnością. Codziennie dziesiątki wiadomości, z których większość była kopiuj-wklej. Raz trafił mi się pan, który wysłał mi zdjęcie pierścionka i zapytał, czy lubię złoto. Inny zniknął po dwóch dniach rozmowy, choć już planował dla nas wyjazd w Bieszczady. Zaczęłam się zastanawiać, czy wszyscy po czterdziestce mają problem z równowagą emocjonalną.

Pierścionek po trzeciej randce

Grzegorza poznałam wiosną. Miał profil bez zbędnych ozdobników – jedno zdjęcie w golfie, drugie z rowerem i opis, że szuka „czegoś prawdziwego”. Nasze rozmowy były lekkie, bez nadęcia. Spotkaliśmy się w parku, potem poszliśmy na herbatę i śmialiśmy się, jakbyśmy znali się od lat. Spodobał mi się. Nie był nachalny, słuchał, patrzył w oczy. Po drugiej randce pocałował mnie na pożegnanie, delikatnie, bez presji. To było miłe, aż za bardzo. Przez chwilę uwierzyłam, że może właśnie tak wygląda coś, co ma szansę się udać.

Na trzecim spotkaniu zabrał mnie do restauracji. Było elegancko, kelner przyniósł przystawki, a ja miałam wrażenie, że trafiłam do innego świata. Grzegorz mówił, że jest zmęczony byciem samemu, że ludzie marnują czas na przypadkowe znajomości. Kiwając głową, zaczęłam czuć coś dziwnego – to tempo zaczynało mnie przytłaczać.

Pod koniec wieczoru wyjął z kieszeni małe pudełeczko.

– Nie bój się, nie klękam – zaśmiał się nerwowo. – To tylko symbol. Chciałem ci pokazać, że mam poważne intencje.

W środku był złoty pierścionek z cyrkonią. Uśmiechnęłam się, ale w gardle miałam gulę.

– Grzegorz... ja... przecież to dopiero trzecia randka.

– Wiem, ale czasami człowiek po prostu wie – powiedział i spojrzał na mnie z taką nadzieją, że zrobiło mi się autentycznie przykro.

Wróciłam do domu z mętlikiem w głowie i coraz większym przekonaniem, że coś tu jest nie tak.

Michał – mistrz znikania

Michał pojawił się nieoczekiwanie. Miał ten luz w rozmowie, który sprawiał, że od razu chciało się pisać dalej. Bez słodzenia, bez banałów, po prostu dobrze się gadało. Był fotografem, mieszkał sam, miał dorosłego syna i bardzo sprecyzowane poglądy na temat samotności. Po tygodniu pisania zaproponował spotkanie. Poszliśmy na spacer nad Wisłę. Przyniósł kawę w termosie, mówił o życiu w Hiszpanii, a ja naprawdę poczułam, że mogłabym się przy nim rozluźnić.

Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy. Wysłał mi piosenkę, która „kojarzyła mu się ze mną”, przysłał zdjęcie psa, którym opiekował się czasem u sąsiadki, a potem… przestał odpowiadać. Najpierw myślałam, że coś się stało. Napisałam jedną wiadomość – bez odpowiedzi. Drugą – też cisza. Po trzech dniach odezwałam się jeszcze raz, tym razem krótkim: „Wszystko okej?”. Zniknął. Po prostu. Jego konto na aplikacji wciąż było aktywne, ale mnie już nie było wśród kontaktów.

Siedziałam wtedy na kanapie z telefonem w dłoni i próbowałam sobie przypomnieć, czy powiedziałam coś nie tak. Może byłam zbyt otwarta? Może za mało? Może źle się ubrałam na ostatnie spotkanie? A może po prostu był jednym z tych ludzi, którzy pojawiają się w czyimś życiu tylko na chwilę, bez zamiaru zostania? Najgorsza była ta cisza. Nawet nie miałam się na co wkurzyć, bo nie było słów, których mogłabym się uczepić.

Samotność i wiadomość od Krzysztofa

To był jeden z tych wieczorów, kiedy samotność nie boli, tylko ciąży – jak kołdra, której nie da się zsunąć z ramion. Siedziałam na sofie, scrollując wiadomości, które od dawna przestały mnie cieszyć. Wtedy napisał Krzysztof. Wcześniej wymieniliśmy parę wiadomości, ale temat jakoś się rozmył. Teraz wrócił z pytaniem, czy mam ochotę na spacer.

Pomyślałam: czemu nie? Nie miałam żadnych oczekiwań. Krzysztof był wdowcem, miał dorosłą córkę, prowadził własną firmę. Na zdjęciach wyglądał przyzwoicie. Spotkaliśmy się w niedzielę, w południe, w parku. Miał na sobie granatowy płaszcz i pachniał czymś spokojnym. Rozmawialiśmy o książkach, o podróżach, o tym, że ciężko zacząć od nowa po czterdziestce.

– Wszyscy teraz albo chcą od razu ślubu, albo nic nie chcą – powiedział. – A ja bym chciał po prostu być z kimś blisko. Bez scenariusza.

Brzmiało znajomo. I dobrze. Po spotkaniu napisał, że było mu bardzo miło. Odpisałam z uśmiechem. Zaczęliśmy rozmawiać codziennie – krótkie wiadomości, czasem wieczorne telefony. Czułam się z tym spokojnie. Niczego nie obiecywał, nie znikał. Nie było też romantycznych deklaracji. To było takie zwyczajne, ale może właśnie tego potrzebowałam?

Wtedy zaczęłam się łapać na tym, że sprawdzam telefon z lekkim niepokojem, kiedy zbyt długo milczy. A ja już przecież obiecałam sobie, że nie dam się znowu wciągnąć w czyjeś „zobaczymy”.

Rozmowy, które nic nie znaczą

Z Krzysztofem rozmawialiśmy przez trzy tygodnie. Regularnie, ale bez pośpiechu. To nie było wielkie uniesienie, raczej coś w rodzaju cichej obecności. Czasem opowiadał o pracy, czasem o córce, raz nawet o zupie, którą sam ugotował. Niby nic szczególnego, ale było to lepsze niż cisza. A jednak coś zaczęło mnie drażnić – brak konkretu.

– Spotkamy się w weekend? – zapytałam w piątek po południu.

– Zobaczę, dam znać – odpowiedział.

Nie dał. W sobotę nic. W niedzielę napisał: „Przepraszam, jakoś przegapiłem”.

To „jakoś przegapiłem” to dla mnie dziś czerwony alarm. Tylko że wtedy jeszcze próbowałam rozumieć, tłumaczyć go przed sobą. Przecież to nie było nic zobowiązującego, prawda? Nie byliśmy razem, nie obiecywał, że będzie pisał codziennie.

Im bardziej starałam się nie oczekiwać, tym bardziej czułam się jak ktoś, kto próbuje wejść w rozmowę przez zamknięte drzwi.

– Jesteś jeszcze zainteresowany, żeby się spotykać? – zapytałam w końcu, prosto z mostu.

– Tak, tylko... dużo się dzieje. Nie chcę niczego przyspieszać.

– Aha – odpisałam. I od tamtej pory już się nie odezwałam.

Nie byłam zła. Byłam zmęczona. Tym niby-czymś, co tylko wyglądało jak relacja. Tym udawaniem, że neutralność to czułość, że rozmowa to zaangażowanie. Potrzebowałam odpoczynku. Od ludzi. Od aplikacji. Od niedopowiedzianych emocji.

Nie mieszczą się w środku

Zamknęłam aplikację randkową. Nie na chwilę, nie „na próbę”, tylko naprawdę. Skasowałam konto, odinstalowałam, odłożyłam telefon. Przez kilka dni czułam ulgę, jak po zdjęciu za ciasnych butów. Nagle nikt nie zadawał mi pytań typu „Co robisz w wolnym czasie?” albo „Lubisz sushi?”. Nikt nie znikał, nie wysyłał mi zdjęć z opisem „to mógłby być nasz widok z tarasu”. Była cisza. I ta cisza okazała się kojąca.

Zrozumiałam, że nie jestem już tą samą kobietą, co dziesięć lat temu. Nie szukam księcia, nie marzę o bajce. Chcę być z kimś, kto jest obecny, ale nie narzucający się. Kto słucha, ale nie znika bez słowa. Kto umie powiedzieć: „Nie jestem pewien” – i to też będzie okej. Ale prawda jest taka, że faceci po czterdziestce rzadko mieszczą się w środku. Albo są w trybie „zakładamy rodzinę teraz, zaraz, szybko”, albo uciekają na hasło „związek”.

Może to kwestia pokolenia. Może oczekiwań. Może ja też mam swoje schematy, których nie widzę. Nie zamykam się na ludzi. Ale przestałam szukać ich w miejscach, które uczą nas, że rozmowa to inwestycja, a uczucia trzeba planować jak kredyt hipoteczny. Jeśli coś ma się wydarzyć, to nie potrzebuje siedmiu spotkań i pierścionka po trzecim tygodniu.

Joanna, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama