Reklama

Nie ma roku, żebym przed świętami nie wpadła w ten sam kołowrotek myśli. Wigilia. Choinka. Córka. I zięć, z którym – mimo że jest dobrym człowiekiem – wciąż nie umiem się dogadać. Wszystko przez ten ich weganizm, jak to nazywają. U nas barszcz z uszkami, karp, śledzik, pierogi. A oni? Sałatki, glony, tofu. Niby to nic wielkiego, ale przed rodziną mi głupio. Bo jak wytłumaczyć ciotce Wiesi, że zamiast kapusty z grzybami będą nori i jakieś humusy? Marzę, żeby zaprosić ich na Wigilię. Tylko że... trochę się wstydzę. I boję.

Wigilia z kłopotem w tle

W listopadzie w naszym domu zaczyna się gorączka świąteczna. Zwykle to ja pierwsza wyciągam bombki z piwnicy, przeglądam serwetki i zaczynam planować menu. Barszcz na zakwasie, uszka z grzybami, kompot z suszu, karp, pierogi z kapustą i grzybami, ryba po grecku, śledź pod pierzynką… I choć co roku narzekam, że to za dużo roboty, to przecież bez tego wszystkiego święta nie byłyby świętami. A jednak od trzech lat jest coś, co mnie uwiera. Coś, co każe mi się zastanowić, zanim zaproszę własną córkę z mężem na Wigilię.

Nie chodzi o to, że się nie dogadujemy. Ewa zawsze była czuła i serdeczna. Zawsze potrafiła mnie uściskać, gdy było ciężko i przywieźć ciasteczka, kiedy nie miałam siły piec, ale od kiedy wyszła za tego „nowoczesnego” — jak mówi ciotka Wiesia — to wszystko się zmieniło. Mąż Ewy nie je mięsa, ryb, mleka, jajek. A ona razem z nim. Śledzia nie tkną, pierogów też nie, bo w cieście jajko. Barszczu nie, bo na zakwasie z miodem. Raz przynieśli swoje dania: zieloną sałatkę z pestkami i jakąś brunatną masę z glonów. Wiesia aż odsunęła talerz, a brat męża tylko sapnął. I właśnie dlatego nie wiem, co robić. Chcę, żeby byli z nami, ale też nie chcę znów czuć wstydu. I znowu szeptów przy stole. Bo ja kocham Ewę, ale też kocham ten nasz świąteczny porządek. I ten zapach śledzia z cebulką.

Zielona rewolucja w moim domu

Kiedy pierwszy raz Ewa powiedziała mi, że przeszli z Krzyśkiem na weganizm, pomyślałam, że to jakaś moda. Że przejdzie im, jak już się naczytają tych swoich książek i najedzą soi. Pamiętam, że wtedy wzruszyłam ramionami i powiedziałam:

– No dobrze, to ja wam zrobię kapustę bez mięsa i będzie po sprawie.

Ale nie, nie wystarczyło. Musiałam usłyszeć całą prelekcję o tym, że w cieście do pierogów nie może być jajek, że masło też odpada, a nawet kompot musi być bez miodu, bo „to produkt odzwierzęcy”. Początkowo się starałam. Chciałam im dogodzić. Kupiłam olej kokosowy, chia i mleko migdałowe. Pół nocy lepiłam pierogi z ciasta na wodzie i z farszem z soczewicy, ale potem usłyszałam od brata męża:

– A co to za pierogi z błotem?

I znów poczułam ten wstyd. Że się staram, a i tak wszyscy patrzą na mnie, jak na wariatkę. A Krzysiek? Usiadł z Ewą z boku, przynieśli swoje słoiczki z tofu i humusem. Jedli po cichu, ale było widać, że czują się dziwnie. I ja też. Bo u nas jedzenie to nie tylko pokarm. To znak, że jesteś u siebie, że ktoś cię przyjmuje do stołu. A tu nagle... dwa stoły. Dwa światy. Od tamtej Wigilii Ewa już nie proponowała, że przyjadą. Mówiła, że mają dużo obowiązków, że Krzysiek pracuje, ale ja wiem. Wiem, że po prostu nie chcieli kolejnego wieczoru, gdzie nikt nie rozumie, co mają na talerzu. I jak żyją.

Co powie ciotka Wiesia?

Z ciotką Wiesią to zawsze był osobny temat. Starsza siostra mojego męża, z tych kobiet, co wszystko wiedzą najlepiej i nie mają oporów, żeby to powiedzieć. Każdą Wigilię zaczyna od „Ojcze nasz”, a kończy na ocenianiu wszystkiego – od karpia po fryzurę Ewy.

– Jak ona może chodzić w takich włosach? Wygląda, jakby wyszła z łóżka i zapomniała o grzebieniu – rzuciła dwa lata temu, patrząc na luźny kok mojej córki.

Tego samego wieczoru, kiedy Krzysiek wyjął na stół plastikowy pojemnik z sałatką z kaszy gryczanej i tofu, Wiesia wciągnęła powietrze tak, jakby zobaczyła diabła w stroju św. Mikołaja.

– U nas się mięso jadło i ryby, a nie jakieś chwasty! – stwierdziła głośno, zerkając na mnie, jakby to była moja wina, że wychowałam córkę, co teraz gardzi śledziem.

Nie powiedziałam nic. Udawałam, że nie słyszę. A przecież chciałam wstać, krzyknąć, że Ewa ma prawo jeść, co chce, ale wstyd mnie przybił do krzesła. Bo tak naprawdę to ja też nie do końca rozumiałam. Czułam się między dwoma światami. Z jednej strony moje tradycyjne „będzie zupa grzybowa i koniec dyskusji”, z drugiej – córka, która nie chciała być kłopotem, ale nim właśnie się stawała. I teraz boję się, co będzie, jak znów ich zaproszę. Bo Wiesia już w listopadzie pytała, czy Ewa znowu przyjdzie z „tym dziwakiem”. A ja… znowu coś wymamrotałam, że nie wiem. Że zobaczymy.

Miska sałaty kontra tradycja

– Może w tym roku Wigilia tylko dla najbliższych? – rzucił mój mąż nieśmiało, kiedy zobaczył mnie siedzącą nad kartką z listą gości.

Wiedziałam, co ma na myśli. Od tygodni czuł napięcie. Bo widział, jak kombinuję, żeby pogodzić jedno z drugim – Wigilię z Ewą i Krzyśkiem, i Wigilię z ciotką Wiesią, co krzywi się na sam widok rukoli.

– Najbliżsi to przecież Ewa – powiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

– No tak, ale ona... sama wiesz, jak to się kończy – mruknął i wyszedł z kuchni.

I znów zostałam z tym sama. Jak co roku. Miałam przed oczami tamtą Wigilię, gdy Ewa delikatnie odsunęła barszcz, a Wiesia wzięła to za osobistą zniewagę. A przecież Ewa nie chciała nikogo obrażać. Po prostu nie je produktów od zwierząt. Nie dla kaprysu, tylko z przekonania. A ja? Ja chcę, tylko żeby było jak dawniej. Żeby usiedli przy jednym stole. Żeby się śmiali, dzielili opłatkiem, nawet jeśli jedni zjedzą śledzia, a drudzy sałatkę z jarmużu. Ale w mojej głowie siedzi ten głos: „A co ludzie powiedzą?”. A co, jeśli Wiesia znów coś palnie? Jeśli ktoś się obrazi? Usiadłam i zadzwoniłam do Ewy. Po prostu.

– Córciu… a może wpadniecie do nas na Wigilię? – zapytałam cicho.

– Mamo… naprawdę? – w jej głosie słyszałam zaskoczenie. I wzruszenie.

– Naprawdę. A ja... coś wymyślę. Może podzielimy stół. Ty swoje dania, ja swoje, ale razem.

– Razem – powtórzyła.

Miłość, tofu i kompromisy

Zabrałam się do przygotowań z sercem pełnym obaw, ale i nadziei. Wigilia miała być za dwa tygodnie, więc zaczęłam działać. Zadzwoniłam do Ewy i poprosiłam, żeby przysłała mi przepisy. Takie, które mogłabym przygotować sama, ale które nie będą wyglądać jak pasza dla królika, jak to zwykła mówić Wiesia.

– Mamo, a może zrobimy pierogi? – zaproponowała Ewa. – Ciasto bez jajek, farsz z kapusty i grzybów. My z Krzyśkiem pomożemy.

W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć: „Nie trzeba”, bo przecież sama umiem lepić pierogi, ale potem pomyślałam, że niech przyjadą wcześniej, niech poczują, że to też ich dom. Może razem jakoś to wszystko skleimy. Dosłownie i w przenośni. Z Krzyśkiem też zamieniłam kilka słów. Uprzejmy był. Cichy jak zawsze. Zaproponował, że przywiozą swoją patelnię, żeby nie mieszać smaków. Uśmiechnęłam się, chociaż nikt tego nie widział. Doceniłam, że się starają. W międzyczasie zadzwoniła Wiesia.

– Będą? – zapytała od razu.

– Będą – odpowiedziałam pewnie. – I proszę cię, Wiesiu, bez uwag w tym roku. Każdy ma prawo jeść, co chce.

Zaskoczyłam ją, to było słychać, ale odparła tylko:

– No, jak chcesz, ale ja się sałaty z algami nie tknę.

– Nie musisz, ale niech oni też zjedzą, co chcą. Dobrze?

Zamilkła. A ja wiedziałam, że pierwszy raz od lat naprawdę próbuję to wszystko poukładać. Bo może Wigilia to właśnie najlepszy czas, żeby nauczyć się kochać – nawet wtedy, gdy na stole stoi tofu zamiast śledzia.

Śledź nie musi wygrywać

Wieczór wigilijny był inny niż wszystkie. Ciepło od choinki mieszało się z zapachem grzybów, pieczonego buraka i... czegoś, co przypominało pieczeń, ale nią nie było. Ewa przyjechała wcześniej. Pomogła mi w kuchni, a ja pozwoliłam jej robić po swojemu – bez marudzenia. Raz tylko chciałam sięgnąć po masło, ale powstrzymała mnie, łagodnie.

– Mamo, spróbuj z olejem rzepakowym. Serio, nie będziesz tęsknić za masłem – zaśmiała się.

Nie tęskniłam. Pierogi wyszły zaskakująco dobre. Kiedy przyszli goście, stół był już gotowy. Po jednej stronie stały dania tradycyjne, po drugiej – ich wersje wegańskie. Wszystko ładnie podane, w tej samej zastawie. Bez podziałów. Wiesia weszła z przytupem i z miejsca rzuciła:

– Co to za zapach? Tofu smażone? – skrzywiła się.

Ale Krzysiek uśmiechnął się do niej, podał talerz i powiedział:

– To pasztet z soczewicy. Z warzywami i przyprawami. Bardzo aromatyczny. Proszę spróbować, ale bez przymusu.

Wiesia machnęła ręką i usiadła. I co zaskakujące – nic więcej nie powiedziała. A potem, gdy myślała, że nikt nie widzi, wzięła mały kawałek tego pasztetu. Było spokojnie. Było serdecznie. Gdy dzieliliśmy się opłatkiem, Ewa się rozpłakała.

– Dziękuję, mamo – wyszeptała. – Naprawdę. To najpiękniejszy prezent.

I wtedy zrozumiałam jedno, że może śledź nie musi zawsze wygrywać. Może Wigilia to nie jest tylko to, co na stole, ale to, kto przy tym stole siedzi.

Danuta, 61 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama