„Nie znosiłam świąt i całej tej magicznej otoczki. Spędzałam Wigilię sama, w świętym spokoju, aż do pewnego dnia”
„Wigilia już dawno przestała być dla mnie jakiś wyjątkowym dniem. Zwykle wtedy po prostu siedziałam sama w domu i oglądałam filmy czy seriale. Nie miałam z kim spędzić tego czasu, więc nie lubiłam go i chciałam, żeby jak najszybciej minął. Pewnego razu spotkało mnie jednak coś, co zmieniło moją wizję świąt”.

- Redakcja
Nigdy nie lubiłam świąt. Wprost nie mogłam znieść tych rodzinnych scen przy stole i drażniących dźwięków kolęd, które brzmiały dla mnie jak fałszywe nuty przymusu. Nie podobało mi się też to całe udawanej bliskości i świątecznej magii, w której znikają nagle wszystkie konflikty. W moim mieszkaniu nie było choinki, pierników, ani świątecznego obrusu. Był za to spokój, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki sąsiedzi zza ściany nie postanowili urządzić najgłośniejszej Wigilii w bloku. Nie wytrzymałam i wyszłam, by im powiedzieć, co myślę o ich „magii świąt”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta decyzja zmieni wszystko.
Nie lubiłam tego czasu w roku
Nie szykowałam świąt z tygodniowym wyprzedzeniem, a właściwie to nie szykowałam ich wcale. Usiadłam na kanapie, otuliłam się kocem i włączyłam telewizor. Leciały kolędy. Oczywiście. Przełączyłam na inny kanał – rodzinny film świąteczny. Jeszcze lepiej. W końcu wyłączyłam telewizor tylko ciężko i westchnęłam. Święta w pełni.
Za ścianą było już głośno. Ktoś podnosił głos, ktoś coś zrzucił – chyba talerz. Pewnie przygotowania do Wigilii działy się pełną parą, aż zastawa leciała z rąk. Wiedziałam, że to sąsiedzi z mieszkania 7. Młode małżeństwo z czwórką dzieci. Nieraz słyszałam z ich domu przeróżne hałasy i miałam tego serdecznie dość. Pewnie to dzieci tak dokazują, ale dlaczego rodzice nic sobie z tego nie robią? Miałam wrażenie, że przez te dźwięki całe ich życie znałam na pamięć.
– Jeszcze trochę i chyba też im talerz zrzucę – mruknęłam sama do siebie.
Potem jednak dźwięki się wzmacniały i za ścianą ktoś się już darł na całe gardło. Serce mi przyspieszyło. Może jednak to nie dziecięce zabawy i coś się dzieje? Wstałam i przez chwilę chodziłam po mieszkaniu, a potem założyłam sweter, kapcie i... wyszłam na klatkę. Zapukałam do ich drzwi. Chciałam tylko powiedzieć im, żeby się uciszyli, ale gdy drzwi się otworzyły, zapomniałam języka w gębie.
W drzwiach stał nastoletni chłopak
Na oko mógł mieć siedemnaście, może szesnaście lat. Patrzył na mnie zrezygnowany, ze szklanymi oczami i opuszczonymi ramionami.
– Przepraszam, moglibyście trochę ciszej? – powiedziałam, chociaż bardziej przypominało to pytanie niż pretensję.
Chłopak nic nie odpowiedział. Odwrócił się tylko, a ja zobaczyłam w głębi mieszkania nie choinkę, prezenty czy uśmiechy przy stole – tylko płaczącą kobietę i jeszcze troje mniejszych dzieci. W tle leciała kolęda z głośników, jakby ktoś ironicznie podłożył ścieżkę dźwiękową do tej smutnej sceny. Pewnie chcieli zagłuszyć awanturę sprzed chwili.
– To nie jest dobry moment. Ojciec nas właśnie wyszedł i nas zostawił... – powiedział chłopak i zamknął drzwi.
Stałam jak idiotka na tej zimnej klatce. To nie było to, czego się spodziewałam. Miałam zrobić awanturę, zagrozić wezwaniem straży miejskiej, a nie wpatrywać się w czyjeś domowe piekło.
Wróciłam do siebie i usiadłam na krześle. Telewizor znów brzęczał, ale gapiłam się na niego bez celu, aż w końcu wyłączyłam. Nie mogłam przestać myśleć o tej porzuconej kobiecie z dziećmi i o tym, że dla nich święta w tym roku będą sto razy gorsze niż dla mnie kiedykolwiek.
Postanowiłam zaoferować pomoc
Nie wiem dlaczego, ale coś mnie tknęło, żeby do nich znów zajrzeć. Może kobieta potrzebuje pomocy przy dzieciach, a może nie mają co jeść? Zapukałam delikatnie i znów otworzył mi tamten chłopak. Wpuścił mnie, chociaż nie wyglądał, jakby cieszył się z tego faktu. W korytarzu leżała rozbita szklanka, której nikt nie sprzątnął. Słychać było tylko jakieś niewyraźne szepty z pokoju dziennego.
W salonie, na białym obrusie leżały talerze, i skromna kolacja, ale nikt nie jadł. Wszyscy milczeli. Matka chłopaka miała rozmazany makijaż, a młodsze dzieci wierciły się na krzesłach. Tylko ten chłopak, który mi otwierał, patrzył na mnie.
– Ojciec właśnie wyszedł z trzaskiem drzwi. Teraz ma nową rodzinę i wybrał ich...
Zrobiło mi się dziwnie. Niewygodnie. Jakby ktoś mnie wsadził w buty niepasujące do mojego życia.
– Przepraszam, że przyszłam. Ja po prostu... myślałam, że coś się stało. Może mogę wam jakoś pomóc?
Spojrzał na stół. Leżał tam opłatek. Nietknięty. Jego krawędź była lekko zawilgocona, jakby ktoś się na nim wypłakał.
– Może pani z nami usiądzie? – spytał nagle. – Chociaż na chwilę.
Nie wiedziałam czemu, ale się zgodziłam. Niby nie cierpiałam świąt, ale gdy zobaczyłam ich sytuację, nagle moje lodowate serce zaczęło się nieco topić. Nie odezwałam się ani słowem, gdy usiadłam. Czułam, że nie mam do tego prawa. Byłam obca, a jednak miałam przed sobą czyjeś życie w najintymniejszym, rozczłonkowanym wydaniu. Takie, jakiego nie pokazuje się znajomym, a tym bardziej sąsiadom.
Nagle święta nabrały sensu
Matka chłopaka wstała i dolała mi kompotu, nie pytając, czy chcę. Oczy miała smutne, więc delikatnie zapytałam, czy może chce się przytulić? Tak po prostu, bez żadnych słów. Od razu rzuciła mi się w ramiona i mocno je ścisnęła, jakby właśnie tego w tym momencie potrzebowała. Trwałyśmy w tym uścisku przez jakiś czas, a potem mama dzieci otarła łzy i zaprosiła mnie do kuchni, żeby nie rozmawiać przy dzieciach.
– Mąż od dawna był nieobecny i wszystkie obowiązki były na mojej głowie. Przynosił jednak do domu pieniądze, a teraz zostaliśmy sami, bez niczego. Postanowił wyprowadzić się właśnie w Wigilię, a ja nie wiem, jak to wszystko wytłumaczyć dzieciom. One czekały na prezenty, a tu nie ma nic, tylko rozpacz...
Spojrzałam na nią. Była zmęczona. Nie fizycznie, tylko tak głęboko, wewnętrznie. Jakby niosła coś ciężkiego przez całe życie i nie wiedziała, że można to odłożyć.
– Rozumiem wszystko, nie musi pani nic więcej mówić. Mieszkam obok, jeśli będziecie czegokolwiek potrzebowali, wystarczy zapukać – powiedziałam, łapiąc ją za dłoń – I wie pani co... Mam w domu prezenty, które kupiłam moim chrześniakom i trochę słodkości. Może przyniosłabym i posiedzielibyśmy razem? Chrześniaków i tak widzę dopiero po Nowym Roku, więc zdążę uzupełnić zapasy.
Kobieta kiwnęła głową, a ja od razu pobiegłam do siebie. Spakowała nie tylko świąteczne podarunki, które miałam przyszykowane dla rodziny, ale także niemal całą zawartość swojej lodówki. Obładowana po brzegi znów poszłam do sąsiadów.
Poczułam, że święta mają sens
– To znowu ja. Zgadnijcie, kogo spotkałam na klatce? Mikołaj przekazał mi coś dla was. Chyba byliście bardzo grzeczni, bo całkiem sporo tu tego. Zobaczcie.
Weszłam do salonu i rozdałam dzieciom podarunki. Nie wszystkie pasowały idealnie, bo w końcu kupowałam je z myślą o kimś zupełnie innym, ale mimo wszystko dzieci bardzo się ucieszyły i rozdzieliły między sobą zabawki, elektronikę i książki.
– A jednak Mikołaj istnieje! A już myśleliśmy, że w tym roku do nas nie przyjdzie – powiedział kilkuletni chłopiec, otwierając karton z klockami.
– Mamusiu, zobacz! – krzyknęła najmłodsza dziewczynka – Takie lalki to widziałam tylko w reklamach!
Potem podeszłam do najstarszego chłopaka, który otwierał mi drzwi i dałam mu banknot w kopercie. Powiedziałam, żeby dbał o mamę i rodzeństwo, a w razie potrzeby, na odwrocie koperty zapisałam swój numer telefonu. Nastolatek uśmiechnął się wstydliwie i przez chwilę wydawało mi się, że oczy mu się zaszkliły. Nie mówiłam już do niego nic więcej i poszłam do kuchni, gdzie przekazałam sąsiadce jedzenie z mojej lodówki.
– Nie wiem, jak mam pani dziękować. Uratowała pani nasze święta – powiedziała, ocierając łzę z policzka.
– To ja powinnam podziękować pani i pani dzieciom, bo dzięki wam pierwszy raz od dawna poczułam, że to wszystko ma sens.
Potem usiedliśmy wspólnie do stołu i długo rozmawialiśmy
Wróciłam do siebie
W mieszkaniu pachniało winem i mandarynkami. Po raz pierwszy od dawna nie przeszkadzało mi, że ściany są cienkie, że z klatki słychać każde słowo, każdy płacz, każdy dźwięk. W tej nocy było coś dziwnego. Niby nie wydarzyło się nic wielkiego, a jednak czułam, jakby coś pękło i zostawiło po sobie pustkę, do której mogło wpaść coś nowego.
Zgasiłam światło, ale zamiast odruchowo włączyć serial, usiadłam przy oknie. Patrzyłam na bloki naprzeciwko, na światła mrugające w mieszkaniach. W niektórych były choinki, w innych telewizory, a gdzie indziej cisza. Zastanawiałam się, ile jeszcze jest takich rodzin, jak moi sąsiedzi.
Następnego dnia, przed południem, ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłam. Stał tam nastoletni sąsiad, ten sam, który wczoraj zaprosił mnie do swojego świata.
– Mama zapytała, czy nie przyszłaby pani do nas na kawę.
Zawahałam się, ale tylko przez chwilę. Włożyłam sweter, ten sam, co w Wigilię. I poszłam. Nie po kawę, ale po rozmowę i bliskość drugiego człowieka. Może właśnie tak wyglądają ciche cuda.
Dorota, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wstydziłam się przyznać, że moje serce skradł siwiejący Adonis. Gdy postawił mi ultimatum, poczułam, ile mogę stracić”
- „Na święta polecieliśmy do Malagi, żeby uniknąć całej tej szopki. Niestety sami odstawiliśmy przed sobą niezły cyrk”
- „Odebrany o północy telefon zdradził mi prawdę o moim małżeństwie. Gdybym nie to, dalej ufałabym naiwnie mężowi”